sobota, 16 lipca 2011

Wysypisko dziwnych myśli

*Im więcej chcesz, tym więcej dostajesz… po dupie.

*Szczęście to takie dziecko. To się w chowanego chce bawić, to w berka.

*Latać można na dwa sposoby. Pokonać grawitację albo udać się tam gdzie jej nie ma. Tylko, że pierw tak czy inaczej trzeba pokonać grawitację.

*Dlaczego ludzie boją się duchów? Przecież gdyby ktoś zobaczył ducha to miałby niepodważalny dowód na istnienie życia pozagrobowego, co moim zdaniem jest jak najbardziej pozytywnym wydarzeniem. No chyba, żeten ktoś boi się, iż zobaczenie ducha to przejaw choroby psychicznej.

*Najwygodniej jest czekać aż owoc sam spadnie z drzewa. Tyle że owoc wtedy może się już okazać popsuty albo nadryziony przez kogoś innego.

*Serce dziewczyny, która desperacko łaknie miłości, jest jak lampa Alladyna. Wystarczy potrzeć, żeby jego właścicielka była gotowa spełnić każde życzenie…

*Im jesteś większy, tym większy rzucasz cień. A nikt nie lubi stać w cieniu.

*Słowa są jak woda, dopasowywują się do naczynia, w którym na chwilę obecną się znajdują…

*Wyobraź sobie, że materializuje się przed tobą dżin i oferuje rzucenie zaklęcia, które sprawi, że Twoje życie będzie wyglądać dokładnie tak jak jak sobie wymarzysz. Niestety jest to początkujący dżin-pierdoła i otwracie się do tego przyznaje, mówiąc że szansa na udane zaklęcie to 60%, a jeżeli zaklęcie się nie powiedzie to Twoje życie potoczy się według najczarniejszego scenariusza. Zgadzasz się przyjąć ofertę dżina? (oczywiście oferta jest darmowa)

*Cierpisz na dziwną chorobę, która za 3 dni sprawi, że zupełnie bezboleśnie umrzesz. Lekarze mówią, że jedyną szansą na przeżycie jest długa i ciężka operacja, która musi zostać koniecznie przeprowadzona BEZ jakiegokolwiek znieczulenia czy narkozy, a do tego szanse na jej powodzenie są znikome, gdzieś w pobliżu 1%. Umierasz w spokoju, czy zgadzasz się na operację?

sobota, 9 lipca 2011

Inny świat

   Przyznaję, Miriam wywarła na mnie spore wrażenie. Drobna Meksykanka podróżująca samotnie autostopem po Europie, nocująca na zasadzie coachsurfingu, przekonana że świat w każdym swoim szczególe jest przezabawnym miejscem, czemu dawała wyraz nieustannymi salwami śmiechu. Bardzo polubiłem jej głos, windowany często do wysokich częstotliwości przez tę jej wewnętrzną radość. Być może dla wielu ludzi głos jest mało istotny, ale nie dla mnie. Jeszcze do niedawna tak jak większość facetów uważałem, że najbardziej atrakcyjnym atrybutem fizycznym dziewczyn jest biust, ale już od jakiegoś czasu to właśnie barwa głosu stała się dla mnie najważniejsza. Niektóre dziewczyny mają taki głos, że choćby przedstawiały mi topografię sklepów ze szpilkami to i tak chłonąłbym każde ich słowo. Zresztą w przypadku Miriam było podobnie. Z racji mojego niezbyt imponującego poziomu znajomości angielskiego połowa jej wypowiedzi do mnie skierowanych była dla mnie zupełnie niezrozumiała. Ale i tak lubiłem jej słuchać.
   W prawdzie moje koleżanki też jeżdżą na autostopa wszędzie gdzie ich szalone myśli poniosą, ale w tej małej Meksykance było coś niezwykłego. Może po prostu to, że była obcokrajowcem, a może to ta jej wesoła otwartość i ufność. Tak czy inaczej to coś wystarczyło, żeby jawiła się dla mnie jak jakąś postać mityczna w stylu Hercules i jemu podobni. Niby spędziłem w jej towarzystwie mało czasu, ale było to jakieś takie egzotyczne doznanie. Zapewne tak samo czułaby się złota rybka, którą wyjęto ze szklanej kuli wypełnionej tylko wodą i żwirkiem po czym wrzucono do wielkiego, kolorowego akwarium pełnego wszelkiej maści atrakcji. Nie oznacza to, że nagle zapragnąłem zerwać z moim domatorstwem. Nic z tych rzeczy, to nie jest moja bajka. W swoich poglądach na ten temat jestem równie stały jak liczba Eulera.  Niemniej na pewno dobrze jest mieć takich znajomych jak ona.
   Najzabawniejsza była dla mnie scena pożegnania, gdy usłyszałem od niej słowa „I wish you happy life” wypowiedziane z czymś jakby ukrytym zwątpieniem, które towarzyszy studentowi zarzekającemu się, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Miriam zdawała się ciągle nie móc uwierzyć, że można żyć w taki sposób jak ja to robię. Prawdopodobnie roześmiałbym się na dobre, gdyby nie to, że jestem raczej sztywny i śmieję się tylko raz w miesiącu. „I wish you happy life” – dobre, to będzie za mną chodzić.

niedziela, 3 lipca 2011

Gdybym wiedział to co wiem

   Tak, pomyłki chodzą po ludziach. Kiedyś na przykład zdarzyło mi się pomylić toaletę damską z męską. Od tego czasu bacznie analizuję oznaczenia na drzwiach łazienek, a w kieszeni zawsze noszę ściągawkę na której mam wyjaśnione co oznaczają owe symbole. Innym razem wracając z kolegą ze szkoły tak bardzo zachwyciłem się pewnym modelem samochodu, że zacząłem się do niego przytulać. Pech chciał, że nie zdążyłem w porę zauważyć, iż w środku zasiadują sobie jacyś ludzie. Ale przynajmniej w jednej kwestii nigdy się nie pomyliłem. Mianowicie w ocenie aktualnego nastroju mojej kotki. Zawsze zakładałem, że jest rozjuszona i zawsze miałem rację!
   Najgorsze jednak jest gdy człowiek żyje w błędzie, a mimo wszystko jest przekonany, że ma rację. Wydaje mu się, że pozjadał wszystkie mózgi włącznie z rdzeniami. Później się okazuje, że owszem pozjadał, ale chyba mózgi jakiś imbecyli albo motyli. I idzie ślepo przed siebie, nieczuły na przekonywania  bliskich, głuchy na rady swojego chomika. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że zmierza on w złym kierunku. Rzeczy na jego biurku układają się w magiczne symbole po czym w tajemniczy sposób zmieniają miejsce położenia i trzeba ich szukać. Automatyczne drzwi w sklepie nie chcą się otworzyć za pierwszym razem, a w środku jakaś osoba przed nim wykupiła ostatniego Kubusia, na którego miał wielką ochotę. Wypożycza książkę z biblioteki i zastaje tam podkreślone na jaskrawy kolor podgniłej wiśni słowo „zawróć”. W końcu wychodząc z domu napotyka zdechłą mrówkę, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale on, zadufany człowiek nie zwraca na to uwagi. Brnie dalej. Aż w końcu dochodzi do katastrofy, która na zawsze zmienia dzieje jego życia. Ale wtedy jest już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń. Musi dźwigać ciężkie brzemię, każdego poranka zastanawiając się jakby to było wspaniale, gdyby nie podjął tamtej złej decyzji. Bywa.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Zwierz

   Jaś miał 6 lat, gdy rodzice sprowadzili do domu psa. Przybyły czworonóg, z racji swoich ogromnych gabarytów, natychmiast otrzymał przydomek Boeing. Momentalnie zyskał też sympatię wszystkich domowników. Ale przede wszystkim sympatię Jasia. Między chłopcem a pieskiem już w pierwszej chwili narodziła się magiczna nić przyjaźni. Jaś robił wszystko, żeby tylko umilić szczeniactwo swojemu pupilowi. Dbał o niego z największą pieczołowitością. Można by powiedzieć, że nie odstępował od niego na krok. Nie raz wręcz zdarzyło się, że spali w jednym łóżku. Z czasem jednak pies stał się na tyle duży, że swoją siłą zaczął zagrażać meblom, dlatego rodzice zgodnie doszli do wniosku, że nadszedł moment, aby Boeing przeprowadził się do hangaru, jak to określił ojciec mając na myśli budę. Oczywiście nie miało to żadnego wpływu na przyjaźń Boeinga z Jasiem. Po prostu chłopiec zaczął spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. Uczucie jakim Jaś obdarzył psa nie mijało nawet z wiekiem.
   Pewnego poranka zresztą jak i każdego innego Jaś wystawił na zewnątrz miskę świeżego jedzenia dla swojego ulubieńca. Jednak zwierzak nie pojawił się pomimo długich, głośnych nawoływań. Wiedziony złymi przeczuciami chłopiec czym prędzej udał się na poszukiwanie Boeinga, ale nie znalazł go ani na posesji, ani nigdzie na drodze, ani w ogóle w okolicy. Pies przepadł jak kamień w wodzie. Pomimo zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej, obejmującej nawet ogłoszenia w lokalnej gazecie, nie udało się go odnaleźć. Jaś bardzo źle zniósł stratę najlepszego przyjaciela. Nie wierzył, że Boeing tak po prostu go opuścił. Ciągle wypatrywał na ulicę i łudził się, że czworonóg w każdej chwili może wrócić. Ale mijały dni, a pies jak się nie pojawiał tak się nie pojawiał. Rodzice nie mieli serca powiedzieć synkowi, że to definitywny koniec. Przypatrywali się tylko ze smutkiem jak codziennie rano Jaś z wiecznie tlącą się nadzieją w oczach wystawia na dwór nową miskę z jedzeniem.
   Wielka i bezgraniczna była radość chłopca, gdy za którymś razem wystawiając nową porcję posiłku dostrzegł, że miska którą wczoraj wystawił jest pusta. Rzucił się więc pędem na podwórko nawołując ukochanego psa ile tylko miał sił w płucach. I przybiegł do niego wesoło merdając ogonem… jakiś rudy, wychudzony kundel. Najwyraźniej przechodząc ulicą zwietrzył zapach jedzenia i był tak zdesperowany, że zdołał przeforsować ogrodzenie. Jaś rzucił mu zawiedzione spojrzenie, ale jego rozczarowanie trwało tylko chwilę, po czym rzucił się na psa i wyprzytulał na wszystkie strony. Bez chwili namysłu przygarnął go do siebie. Wiedział, że Boeing byłby z niego dumny. A rodzice odetchnęli z ulgą. Ich dziecko znowu było wesołe i pełne życia. Czasami dobrze jest kurczowo trzymać się nadziei. Nawet jeżeli sprawa jest przegrana.

sobota, 18 czerwca 2011

Nieuchwytny

   Zbliżała się północ, więc czym prędzej sięgnąłem po kurtkę uszytą z jakiś podwójnie nieprzemakalnych molekuł i opuściłem moje inteligentne mieszkanie, w języku potocznym zwane kompaktem. Na zewnątrz lało jak z cebra, ale mi to akurat bardzo odpowiadało. Chaotycznie padające ogromne krople deszczu rozczepiały światło miejskich neonów, tworząc w ten sposób coś na wzór kolorowej mgły. Dzięki temu całe miasto nabrało impresjonistycznego wdzięku. Wyglądało jakby zostało namalowane długimi, bardzo nieprecyzyjnymi pociągnięciami stanowczo zbyt grubego pędzla. Takie coś można zobaczyć bardzo rzadko. Bo to nie był normalny deszcz. Normalny deszcz kapie rytmicznie, z natężeniem 4 kropli na centymetr kwadratowy w ciągu minuty. Jak nic znowu nawalił komputerowy system sterowania pogodą. Wydawałoby się, że w trakcie takiej nawałnicy ulice miasta będą opustoszałe. Ale jednak, tu i tam widać było poruszające się z donośnym chlapaniem postaci. Postaci takie jak ja sam, mające nadzieję, że zasłona mroku i deszczu zapewni im anonimowość. Rozejrzałem się, żeby stwierdzić czy nikt mnie nie śledzi, a gdy się zorientowałem, że i tak nikogo nie zobaczę, ruszyłem na miejsce w którym miałem spotkać się z agentem największej firmy zajmującej się poszukiwaniem i odzyskiwaniem wszystkiego.

poniedziałek, 30 maja 2011

Dziwny jest ten świat; epizod pierwszy

    Kiedyś jak byłem mały i głupi (czyli tak jak teraz, z tym że urosłem) wierzyłem, że jeżeli coś jest dobre to świat to doceni i wkrótce wszyscy będą mogli tego zaznać. Innymi słowy myślałem, że dobry produkt sam się wypromuje. Ale wtedy również myślałem, że patelnia to wieżyczka od czołgu dla skrzatów i że klocki lego ożywają w nocy.
   O tym jak wiele jest w stanie zdziałać promocja oraz tworzenie odpowiedniego wizerunku przekonałem się tak naprawdę dość niedawno. Mianowicie natknąłem się na bloga, naczelnego bloggera w Polsce, czyli Kominka, którego popularność , rosnąca normalnie jak opętany bambus, jest dla mnie fenomenem. Oczywiście bardzo lubię Kominka (tzn. może nie samego Kominka, ale jego twórczość, a przynajmniej jakąś jej część ), ale uważam, że w blogosferze można odnaleźć dużo bardziej wartościowe perełki, które takiego aplauzu jak jego blog, się jakoś nie doczekały. Rzecz jasna nie mówię o sobie, bo ja nie jestem nawet godzien sprzątać kup po psie Kominka (jeżeli go ma, a jak nie ma to tym bardziej). Natomiast szczerze uważam, że tacy Voluś i Nivejka piszą od niego lepiej, a mimo to nie zdobyli nawet ułamka takiej audiencji. Oczywiście jestem świadomy, że to nie ta „branża”, że Kominek pisze dla młodzieży, która jest przecież najbardziej aktywną grupą wyjadaczy Internetu, ale mimo wszystko to nie uzasadnia tak wielkich różnic w oglądalności.
   Smuci mnie, że tak wiele smakołyków dla duszy nie jest w stanie się przebić przez komercyjne sito. Boli mnie jak pomyślę, że gdzieś tam daleko jest coś wspaniałego o istnieniu czego nie mam pojęcia.  I że szukanie muzycznych delicji muszę brać w swoje ręce, bo radio mnie w tym nie wyręczy.
   Najgorsze jest jednak to, że ludzka psychika jest na tyle elastyczna, że osoby trzecie mogą ją ugniatać jak plastelinę. Że wszystko można tak zaaranżować, żeby stało się atrakcyjne w oczach odbiorcy. Że można tak przekabacić człowieka, żeby polubił coś, o czym zawsze myślał, że nigdy nie polubi. Marny produkt można sprzedać, tylko dlatego, że ma ładne opakowanie, albo dlatego, że gwarantuje nam on przynależność do jakiejś grupy społecznej. Czasami sama forma staje się po prostu dużo ważniejsza od treści. W ten sposób tandetny plastik unosi się na wodzie, podczas gdy kamienie szlachetne idą na dno. Szkoda trochę, nie?

   PS. Ale zacząłem biadolić, coś mi ten blog popada w ruinę. Plantację farmazonów opanowały chwasty!

wtorek, 24 maja 2011

Ups

   Opowiadanie. Typ: Harlekin; kategoria: gniot. Dla tych, którzy dotrwają do końca tekstu przewidziana jest nagroda w postaci kruchej krówki. Dla tych którzy dotrwają do końca tekstu i nie zbesztają mnie później w komentarzach czeka krówka ciągutka gratis.

   Lidia głównie stała i patrzyła się tępo przed siebie, przyglądając się pustym wzrokiem zebranym w galerii tłumom. Czasami jednak przypominała sobie gdzie się znajduje i starała się udawać zainteresowanie obrazami, które bogato zdobiły ściany. Była to winna autorce, w końcu to jej dobra przyjaciółka. Lawirowała wtedy między ludźmi i po raz setny rzucała znudzonym okiem na kolorowe dzieła. Niektóre były wycenione na kilkanaście tysięcy złotych, a mimo to zawsze znajdował się ktoś chętny, żeby je nabyć. Lidia zazdrościła przyjaciółce talentu. Zazdrościła jej również sukcesu, męża, domu, ogrodu, psa… właściwie wszystkiego, oprócz urody. Bo urody nie musiała zazdrościć chyba żadnej kobiecie, która pojawiła się na tym bankiecie, mimo że sala wypełniona była wieloma pięknościami. Swoim wyglądem lśniła tutaj jak prawdziwy brylant wśród plastikowych koralików.

poniedziałek, 9 maja 2011

Miłość, czyli kto kogo bardziej

   To niesamowite, że wytworzenie pewnych norm moralnych zajęło ludzkości tyle lat, a ich degradacja potrafi nastąpić w ciągu jednej chwili. Kiedyś seks był tematem tabu, a jedna o nim wzmianka wywoływała pąsy na licach damy. No a dzisiaj ludzie zdają się prześcigać w osiągnięciach na tym obszarze. Podejrzewam, że jaskiniowcy podobnie się bawili. Potem człowieczeństwo wyrobiło sobie jakieś zasady etyczne i teraz zrobiliśmy mały krok do tyłu. Nie ma co się dziwić, w końcu jesteśmy zwierzętami. Sztucznie narzucone normy, niezgodne z ludzką naturą muszą ostatecznie się rozsypać. Każdy chce przyjemności, każdy ma popędy i niech sobie robi co chce. No może nie do końca, ale nie mnie to oceniać. (Jeśli czujecie się zgorszeni to bardzo dobrze.)
   Natomiast co mnie drażni to wykorzystywanie ludzkich popędów do zbicia kokosów. Irytują mnie bilbordy, z których doprowadzone graficznie do perfekcji panie szczerzą do facetów biusty i uśmiechają się zalotnie. Chociaż może na bilbordach nie jest jeszcze tak źle. Prawdziwym siedliskiem kuszących reklam jest Internet. Obnażona kobieta staje się tam coraz częściej nierozłącznym elementem reklamy, tak jak ser stał się integralną częścią pizzy. Negliż jest chyba największą dźwignią handlu, więc nic dziwnego, że sięgają po nią nawet twórcy gier. Np. w grze Wiedźmin 2 dzieje się to co dzieje i to bez żadnej cenzury. Tylko wyobraźcie sobie tych napalonych chłopców ustawiających się w kolejkach do sklepów żeby zakupić owy tytuł. Nie ma co, twórcy Wiedźmina będą mieć co opijać. Bo szczucie erotyzmem naprawdę działa efektywnie. Ale to jest chwyt poniżej pasa. Dosłownie! Przedsiębiorcy (zresztą same kobiety też) dobrze wiedzą jak pociągać za sznurki, żeby facet zrobił to czego się od niego oczekuje i wykorzystują to jak tylko mogą. Bo facet to taka marionetka.  I jeżeli jakiś mężczyzna mówi, że nie kręci go biust, to pamiętajcie: albo nie jest to mężczyzna (w sensie psychicznym), albo po prostu ktoś go właśnie dźgnął nożem i zostało mu 5 minut życia. Gdy jakiś jegomość temu zaprzecza to wygląda jak ten kot co zjadł Tweetiego,  który nie przyznaje się do konsumpcji biednego ptaszka pomimo, że wciąż wystają mu pióra z pyska. Przypomnijcie sobie tylko słynny cytat z bash.org.pl: „zarówno duże piersi, jak i duża pupa są dla mnie źródłem ciepła i bezpieczeństwa”. To chyba rozwiało wszystkie wątpliwości, co do natury płci brzydkiej.
   Najsmutniejsze jest jednak to, że miałem pisać o miłości, a wyszło mi coś takiego. No cóż jestem tylko facetem. Jednak spróbuję coś napisać na temat tego szlachetnego uczucia. Kiedyś mojej wspaniałej znajomej dałem linka do utworu Happysad – Długa droga w dół. Jeżeli ktoś nie słyszał jest to kawałek o przeogromnie zakochanym człowieku, który zadłużył się u Amora na astronomiczne kwoty. Oczywiście odpowiedziała mi, że kawałek jest znakomity (w końcu to jeden z najlepszych na polskiej scenie muzycznej). Ale co do jego treści lirycznej miała zastrzeżenia. „Bo czy facet umie tak kochać?”  zapytała. No a kto jak nie facet?! Czy w poezji romantycznej to do cholery kobieta ratowała faceta z opresji, walczyła za niego w bojach z jego imieniem na ustach, klękała przed nim jak wasal, jak jakiś zniewolony kundel i ostatecznie popełniała samobójstwo? O nie, motyla noga, to tylko facet w ten sposób postępował *. Gdzieś miałem nawet przeczytać, że to mężczyźni gorzej znoszą rozstania! Ale nie wiem czy w końcu przeczytałem. Ok, wiem, że to zabrzmi nader prowokacyjnie, ale: kobiety, co wy tak naprawdę możecie wiedzieć na temat burzy hormonalnej, która nas popycha do czynów, których sami po sobie się nie spodziewamy?

* Shakespeare z jego Julią się nie liczy, zresztą ciekawe skąd się wzięło jego nazwisko? Trzęsidzida, heh pewnie zasłużył sobie na taki przydomek

środa, 4 maja 2011

Smaczny dymek

    Komary świętują, bo nadszedł ich upragniony sezon, w którym będą mogły zebrać krwawe żniwo. Ku ich uciesze ludzie aktywowali grill-mode i zaczynają spędzać wieczory na dworze, stając się dla nich łatwym celem. Łupy będą srogie. Czasami mam wrażenie, że gość który wymyślił grilla pracował dla jakiejś szajki tych latających popaprańców! Tak, popaprańców! Wybaczcie, ale okoliczności naprawdę wymagają użycia tak mocnych słów.
   Dobra, ale skąd bierze się takie powodzenie grillowania wśród ludu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to wbrew pozorom trudne pytanie przeanalizowałem literaturę znad Mezopotamii oraz stare zapisy Azteków. Wynika z nich, że ludzie dlatego lubią grillować, bo jest to niezwykle podobne do palenia sheeshy. Tylko spójrzmy: jest węgiel, jest piwko, jest towarzystwo. Czego chcieć więcej? Wszyscy dobrze się bawią, czas leci miło i wesoło.  Poza tym zauważyłem, że ludzie zbierający się dookoła grilla stanowią swego rodzaju zamkniętą kastę. Trochę jak Power Rangers, którzy połączyli swoją moc i scalili się w jedno*. Przez to czasami zamieniają się w grono, które dość gwałtownie reaguje na intruzów naruszających im święty porządek imprezki. I takim intruzem miałem nieprzyjemność być.
   Swego czasu będąc konsultantem Oriflame`u wyszukiwałem miejsc, w których zasiadywały tuziny osób i próbowałem się do nich przebić z moimi katalogami. Więc w skrócie mówiąc, chodziłem po domach, w których diagnozowałem symptomy grillowania. Kulturalnie korzystałem wtedy z domofonu i pytałem czy można wejść przedstawić ofertę. I raz o dziwo mnie wpuścili, ale jak się okazało przez przypadek! Nieświadomy pomyłki wszedłem czym prędzej na ichnią działkę i udałem się w stronę gęsto skupionego tam ludzia. Niestety nawet nie zdążyłem dojść, bo jakiś gość się rzucił na mnie i bardzo efektywnie, choć bez użycia brzydkich słów, zasugerował ewakuację. Minę przy tym miał jak tygrys kopnięty w zadek. No zupełnie, jakbym przyszedł mu zabrać tego grilla. Serio, gdyby jedyny sprzedawca orzechów laskowych w okolicy przywitał mnie taką miną, to choćby nie wiem na jakim byłbym głodzie orzechowym to bym ich nie kupił! Dlatego błyskawicznie skuliłem ogon i wycofałem się błyskawicznie w bezpieczne miejsce z dala od jego posesji, jednak jego mina prześladowała mnie jeszcze długo po tym wydarzeniu. Na Świętą Rozwielitkę z Zaczarowanych Wód Gwadalkiwiru, ludzie, wyluzujcie trochę z tymi waszymi grillami.

   *wiem, że może wam być ciężko wychwycić analogię, ale wierzcie mi, że ona tam jest, no przynajmniej w moim świecie

środa, 27 kwietnia 2011

Wspieram Facebooka

   Och, strasznie mnie poniosło i zamontowałem na blogu wtyczkę socjalną z Facebooka (tam gdzieś po prawej stronie). Nie wiem jak to działa, do czego służy, nie wiem też po co to zrobiłem, więc mnie nie pytajcie. Wiem natomiast, że za każdym razem, gdy klikniecie „łapkę do góry” to gdzieś na świecie ktoś się uśmiechnie! A konkretnie ja ( tzn. tak mi się wydaje, bo nikt jeszcze nie kliknął tego, więc tak naprawdę to nie wiem). Nie no żartowałem. Tak naprawdę to za każdym razem, gdy klikniecie „łapkę do góry” zjadam jedną kostkę czekolady, co bardzo raduje moją mamę, gdyż ona by chciała, żebym przytył. Także zróbcie to dla mojej mamy. Oczywiście jeśli nie jesteście w nastroju do klikania to nie klikajcie. Ale to wasze sumienie, nie moje!
   *Jeżeli podejmiecie się trudu kliknięcia w łapkę, to musicie się dodatkowo liczyć z przykrymi konsekwencjami w postaci powiadomień na Facebooku, że właśnie na Plantacji Farmazonów pojawiła się nowa bzdura. No ale przynajmniej będziecie mieć wdzięczność mojej mamy. Wybór jest wasz.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...