Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mankament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mankament. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2011

Ziewa


   Nawet nie wiecie jak ciężkie życie mają śpiochy. Z jakiś legendach gminnych słyszałem, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. No ok, ale co to jest to rano? Chyba jeszcze nigdy go nie doświadczyłem.
Marzy mi się tylko, żeby pewnego dnia się obudzić z uśmiechem na twarzy i dostać obiad do łóżka.
I jeszcze koniecznie pamiętać co mi się przyśniło!

czwartek, 14 kwietnia 2011

Bo w kredkach tkwi moc

    Jestem sążniście zaskoczony faktem, że nie narzekałem już od kilku postów. Jest to sytuacja zbójnicko niedorzeczna, dlatego spieszę nadrobić zaległości. No bo nienarzekający Rotek jest zjawiskiem równie często spotykanym co nosorożec tańczący salsę. Albo wręcz polityk mówiący prawdę.
   No więc, przeglądając różne kolorowe gazetki o tematyce psychologicznej co chwila natrafiam na jakieś ilustracje, które swoją pomysłowością i głębią przesłania wprawiają mnie w osłupienie. Mnogość aluzji i metafor uchwyconych przy pomocy kresek po prostu budzi respekt. To niesamowite, że na małym kawałku papieru można zawrzeć tak wielką ilość informacji. Bo jak wiadomo obraz wyraża więcej niż tysiąc Raffaello. Z kolei Raffaello wyraża więcej niż tysiąc słów. Po zastosowaniu wielu algorytmów matematycznych przy pomocy skomplikowanych narzędzi można wyliczyć, że w takim razie obraz wyraża więcej niż naprawdę dużo*  słów.  Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ja sam jestem kaleką plastycznym. Autentycznie przerasta mnie narysowanie czegokolwiek co składa się z więcej niż trzech linii. Na mój widok chowają się ołówki. Z kredkami w ręku wyglądam jak predator w stroju króliczka Playboya. No po prostu wszelkie przybory plastyczne pasują do mnie jak ekstrakt ze skunksa do perfum Armaniego. I bardzo mnie to boli, bo nie mogę znieść faktu, że tracę tak wspaniałą możliwość wypuszczenia swoich myśli na światło dzienne. Yepa, od razu mi lepiej jak się wyżaliłem.
*W przybliżeniu będzie to w cholerę.

czwartek, 3 lutego 2011

Więc chodź pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko...

   Najważniejsze wyrazy zaczynają się na literę K. Tylko spójrzcie: kimać, kochać, kobieta, komputer, kanapka, kurwa…  długo by wymieniać, ale nie o to chodzi. Bo najważniejsze z najważniejszych są i tak kreatywność, koncentracja i to co się z nią wiąże, czyli kontrola myśli.
   Jak już wspominałem, kiedyś byłem mądry. Dzięki temu praktycznie nigdy nie musiałem się uczyć. Heh, gimnazjum to był śmiech na sali. Żenujący poziom trudności. Nieważne jak bardzo się starałem, to ciężko było dostać choćby tróję. Ciągle tylko głupie czwóry i piątki. Nawet w liceum nie skalałem się czynnością zwaną nauką. Oczywiście nie było już tak dobrych ocen, ale co mnie one obchodziły? Ważne było, żeby zdać.  Właściwie nauka była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Zaglądałem co i rusz do słownika sprawdzić definicję tego słowa, ale mimo, że czytałem ją po 5 razy, dalej zrozumienie tego zagadnienia pozostawało poza moim zasięgiem. Dlatego nigdy nie nauczyłem się uczyć. Nigdy nie musiałem. No dobra dosyć przechwalania się, zresztą to i tak przeszłość. Co było a nie jest nie pisze się w rejestr. I wcale nie wyszło mi to na dobre. Chodziło mi jednak o to, że miałem kolegę w gimnazjum, któremu szło fatalnie, same pały i dwóje osiągał i do dzisiaj nawet nie skończył liceum. Aleee, jego głowa zdawała się puchnąć od kreatywności. Miałem wrażenie, jakby każdy pojedynczy włos na jego głowie wpadał co chwila na jakiś pomysł co daje nam razem miliardy różnej maści konceptów. Powiem jedno. Ja tą swoją inteligencję to mogłem sobie o kant dupy potłuc. Bo co z tego, że moja rubryka w dzienniku była wypełniona piąteczkami? Otóż, gówno. Czułem się przy tym koledze jak ameba przy Einsteinie.
   Uważam, że to właśnie pomysłowość czyni życie lepszym i przyjemniejszym. I na pewno dużo bardziej kolorowym. Znacie może program „Whose Line Is It Anyway?”? Ci goście co tam występują muszą mieć wspaniałe, barwne życie. Cholernie im tego zazdroszczę. Emanują pomysłowością w jej najczystszej formie. I nieważne w jakich warunkach by tacy ludzie żyli. Oni swoimi pomysłami szarą rzeczywistość zamienią w raj.
   Jak wiemy, fabryką pomysłów jest prawa półkula mózgu, która odpowiada za myślenie abstrakcyjne. Z tego można wysnuć wniosek, że ludzie leworęczni należą do elitarnego grona ludzi naturalnie kreatywnych. I rzeczywiście tak jest. Każda osoba, którą poznałem i która okazała się władać lewą ręką lepiej niż prawą, okazała się być duszą towarzystwa, właśnie dzięki twórczemu umysłowi. Ale pomysłowość jest ważna nie tylko w relacjach międzyludzkich. Ważna jest również w pracy. I jakoś tak dziwnym trafem wyszło, że ludzie leworęczni średnio zarabiają więcej niż praworęczni. I gdzie tu sprawiedliwość?
   Dla mnie wyszukiwanie pomysłów jest jak polowanie na zwierzynę. Zastawiam sidła. Tropię. Szukam śladów. Niucham co się da. Ale jestem kiepskim myśliwym. Oczywiście marzy mi się jakaś wielka zwierzyna, typu żubr, czyli unikalny łup. Ale niestety w moim lesie nawet nie ma żubra. Więc z pustego to i Salomon nie naleje. Ale niech będzie choćby taki no krzepki dzik. Niestety z reguły kończy się na mrówce… A mrówki są wszędzie, coś najzupełniej powszechnego, więc czy można to w ogóle uznać za zdobycz? Przecież wstyd się przyznać, że złapało się mrówkę. To jak pójść na staw pełen ryb i wyłowić kalosza.
   Z kolei po drugiej stronie są właśnie tacy ludzie, którzy przyciągają pomysły jak magnes po prostu.
Do takich myśliwych żubry same przychodzą żeby jeść im z ręki. A dziki to w ogóle stadem przybywają i umawiają się z nimi na piwo.
   Ale pozostaje jeszcze trzecia opcja. Hodowla własnej trzody. Na czym by to polegało? Na skrzętnym zapisywaniu wszelkiego rodzaju pomysłu w swoim kajeciku. Bo kto wie, może jakiś głupi pomysł, o którym przeczytasz za miesiąc, stanie się punktem wyjściowym dla lepszego pomysłu, a ten do jeszcze lepszego. I oczywiście można by też mieszać je genetycznie. Nie mówię, że w ten sposób da się zbliżyć do ludzi naturalnie kreatywnych. Ale zawsze to lepsze niż zdesperowane polowanie.
   Oczywiście w tym wszystkim dużą rolę gra koncentracja, która jest moją kolejną zmorą. Obawiam się, że w mojej głowie nigdy nie utworzyła się świadomość. Wszystkim sterują procesy na które nie mam wpływu, bo znajdują się pod powierzchnią. Czyli że w podświadomości. Często czuję się bardziej jakbym oglądał film niż prowadził własne życie. Serio, moja głowa przypomina coś co było przed stworzeniem świata według Greków – kompletny chaos. To zabawne, ale jeżeli nie wpadnę na jakieś rozwiązanie w pierwszej chwili, to choćbym siedział i medytował nie jedząc i nie pijąc przez tydzień to i tak bym nic nie wymyślił(Chociaż po tygodniu nie picia to podejrzewam, że bym już nigdy nic nie wymyślił w ogóle)  Naukowcy z Krainy Deszczowców (GB) stwierdzili jakiś czas temu, że ludzie którzy oglądali w dzieciństwie za dużo telewizji, mają problemy z koncentracją. No qrde, to chyba mi rodzice już w kołysce zamontowali telewizję ze wszystkimi kanałami świata. Wszystkimi!
   Skupienie jest cholernie ważne. Ciężko rozwiązać zadanie matematyczne oglądając filmy 18+. Ciężko jest wymyśleć podążający za właścicielem bagaż, jeżeli rozmyśla się o wyższości opiekacza nad tosterem. A gdyby tak można było się skupić na piciu alkoholu, to tego stopnia, żeby upić się jedną lampką wina? Rany, cóż to byłaby za oszczędność. Tyle, że ludzie by się śmiali, ale kogo to obchodzi?
   W każdym razie z koncentracji płyną same profity. Jeżeli, umiesz się skoncentrować i kontrolować myśli niczym Yoda to zazdroszczę. Strasznie dużo ostatnimi czasy zazdroszczę. Mi do Yody jest daleko, dlatego bym chciał, żeby ludzkość wymyśliła w końcu coś co mi pomoże myśleć. Niech da mi jakąś przynętę, która będzie wabić pomysły danej kategorii, tak jak zapach jabola wabi żula. Wyobraźcie sobie, macie przed sobą fiolki każda w innym kolorze. Ich spożycie sprawi, że zaleje was fala twórczości. Np. wybieracie różową fiolkę, dzięki której wyszukane komplementy wylewają się z was pod ciśnieniem 1000MPa i zaczynacie mówić wierszem. Zażyjecie zieloną fiolkę i nagle wszędzie dostrzegacie okazję na zrobienie własnego biznesu i dorobienia się kroci w jeden dzień.  Tego mi trzeba, a nie odkrycia, że durny Pluton nie jest wcale planetą czy przyznania ślimaczkom praw rybich. Naukowcy, przyodziewajcie białe kitle i bierzcie się do roboty!
Skończyłem.

niedziela, 21 listopada 2010

I przyszła. A imię jej będzie Buba.


   Uwaga! Poniższy materiał zawiera treści nawołujące do agresji i zawiera bardziej niż śladowe ilości rasizmu i nietolerancji wobec kotów. Skrajnym wielbicielom tego gatunku o słabszych nerwach nie zaleca się lektury poniższego tekstu.

   Minął już jakiś czas od kiedy czarny, nieogarnięty zwierz w pudełku, prześmiewczo zwany kotem, przekroczył próg naszego domu. Po wielu nieprzespanych nocach i wielu dyskusjach, po miejmy nadzieję udanej próbie oszacowania płci, owo coś zostało ochrzczone imieniem Buba(bzdurne imię moim zdaniem, nawet jak na kota…). Buba okazała się być niezwykle uzdolnioną kotką, swoją intuicją przerastająca nawet starszyznę wśród delfinów. W błyskawicznym tempie nauczyła się gdzie jest miska, jak używać pazurów oraz że spanie to najlepszy sposób na spędzenie dnia.
   Dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości, że Buba jest dzika, bo niemal natychmiastowo pojawiły się u niej objawy ADHD. Wszyscy żyjemy sterroryzowani. Po powrocie każdy z nas próbuje bezszelestnie, starając się nie obudzić Buby, dostać się do swojego pokoju poczym zamknąć na trzy spusty i modlić się, że Buba nie wyważy drzwi. Zdarza się, że głodujemy przez parę dni, jeżeli Buba okupuje lodówkę. Jako że w takim razie jestem odizolowany od świata mam dużo czasu do myślenia. Dzięki temu po dogłębnej analizie postawiłem diagnozę. Buba cierpi na schizofrenię. Albo wciąga za dużo kocimiętki. W każdym razie ubzdurała sobie, że wszystko dosłownie wszystko czy rusza się czy nie, jest gotowe w każdej chwili ją zaatakować. W związku z tym, że wyznaje zasadę, że najlepszą formą obrony jest atak, stała się największym agresorem XXI wieku. Implikuje to nie tylko niebezpieczeństwo dla nas, ale również dla niej samej, gdy z całym impetem rzuca się na nogę od stołu. Inna teoria jest taka, że jest to po prostu wcielenie Hannibala Lectera.
   Już myślałem nawet, żeby skorzystać z usług psa-porywacza albo nawet zabrać Bubę na spacer do Wólki Kosowskiej czy jakiegoś innego Chinatown. Mama jednak wpadła na inny pomysł. Pomysł ciężkiego kalibru. I tak oto złożył nam wizytę w domu Pogromca Kotów i przyciął Bubie pazury. No i jak zwykła mnie ta kocia wkurzać to tak teraz mi się jej żal zrobiło. Bo widzicie kot bez pazurów to już nie kot. Bliżej mu do foki albo kakadu. Uważam, że to najbardziej uwłaczająca rzecz jaka mogła Bubę spotkać. Każdy z nas chyba miał kiedyś podcięte skrzydła, nie? Bubie przynajmniej pazury odrosną, mi skrzydła nie, ale tak czy inaczej łączę się z nią w bólu. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia jak Buba chciała się mi wdrapać po ciuchach na szyję, gdy robiłem se Tosta. Tym razem jej próba zwyczajnie zakończyła się fiaskiem. I tak siedzi i się lampi na mnie, a w jej oczach maluje się niezrozumienie, co właściwie się stało? Bo przecież jak dotąd wdrapywanie się to była bułka z masłem. Nie wiem jak ona sobie z tym poradzi, chyba niezbędna okaże się wizyta u kociego psychologa. Tak czy inaczej niedługo pazury jej odrosną i znowu będziemy żyć w strachu i niepewności o jutrzejszy dzień.
PS. Ten głupi kot mnie ciągle śledzi! A jak się odwracam to jej mina mówi „Nie śledzę cię, po prostu szłam w tym samym kierunku. Zbieg okoliczności, jesteś przewrażliwiony. Nerwosol?”. Ale po oczach widzę, że patrzy na mnie jak na mysz… Rany mam nadzieję, że nie przeczyta tego posta, bo mi poprzegryza kable od kompa. Ba, oby tylko to…
   Wiadomość z ostatniej chwili! Imię Buba jest już nieaktualne. Kocica na chwilę obecną wabić się będzie Figa, ale nikt nie wie jak długo to potrwa.

piątek, 3 września 2010

Ciemno tu jakoś.

   Hola hola. Coś mi tu nie gra. Jestem kompletnie przekonany, że ostatniego posta napisałem najdalej wczoraj. Więc dzisiaj na chłopski rozum powinien być 12 sierpnia. A więc jakim cudem, na przeklęty lewy przycisk myszy, stało się że dziś jest 3 września?!(przepraszam za to siarczyste przekleństwo) Najwyraźniej wpadłem w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, w Polsce wszystko jest możliwe. Nawet czas ma swoje fochy.
   Szkoda, że nikt nie sprzedaje czasu w puszce.  Jestem pewien, że byłby to mój ulubiony przysmak. Podobno kremy Q10 potrafią zatrzymać czas, ale słyszałem, że są niesmaczne i ciężkostrawne. W takim razie teoria względności, która zakłada, że przy prędkości świetlnej czas stoi w miejscu, jest moją ostatnią nadzieją.
   W związku z tym jednak, że poruszanie się z prędkością światła nie jest wcale takie łatwe jak się wydaje, myślę że należałoby się zastanowić nad jakością czasu. I skupić nad tym, żeby wykorzystać go w jak najlepszy sposób. Tylko co to znaczy najlepszy sposób? Czerpać z rozkoszy życia pełną garścią, czy może skupić się na rozwoju, a może ustanowić sobie jakąś misję i ją spełniać? Eh nie wiem. Wiem natomiast, że zmarnowałem kolejne wakacje.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...