Karola poznałem na jednej z imprez u koleżanki. Wyróżniał się z tłumu. Z przyczyn, których nie mogłem jeszcze wtedy odgadnąć był jedyną osobą, która nie spożywała tam alkoholu. A mimo to świetnie wczuwał się w klimat. Niecodzienny talent powiedziałbym. Gdy w końcu nadszedł moment, w którym wszyscy zajęci byli wyszukiwaniem wygodnego kąta do spoczynku i tempo imprezki zwolniło niemal do zera, Karol zaproponował mi grę w orła i reszką na pieniądze. Mi, bo zdaje się, że oprócz niego byłem ostatnią w miarę trzeźwą osobą, która jeszcze trzymała się na nogach. Nie, nie dlatego że mam mocną głowę. Po prostu nigdy nie lubiłem nadużywać alkoholu. Oczywiście zgodziłem się na jego propozycję, bo powoli nuda zaczynała zalewać pomieszczenie ze wszystkich stron. Zasady gry były proste: jeżeli zgadnę co wypadnie to Karol daje mi stówę, jeżeli nie zgadnę to ja daję stówę jemu.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprozowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprozowane. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2011
sobota, 18 czerwca 2011
Nieuchwytny
Zbliżała się północ, więc czym prędzej sięgnąłem po kurtkę uszytą z jakiś podwójnie nieprzemakalnych molekuł i opuściłem moje inteligentne mieszkanie, w języku potocznym zwane kompaktem. Na zewnątrz lało jak z cebra, ale mi to akurat bardzo odpowiadało. Chaotycznie padające ogromne krople deszczu rozczepiały światło miejskich neonów, tworząc w ten sposób coś na wzór kolorowej mgły. Dzięki temu całe miasto nabrało impresjonistycznego wdzięku. Wyglądało jakby zostało namalowane długimi, bardzo nieprecyzyjnymi pociągnięciami stanowczo zbyt grubego pędzla. Takie coś można zobaczyć bardzo rzadko. Bo to nie był normalny deszcz. Normalny deszcz kapie rytmicznie, z natężeniem 4 kropli na centymetr kwadratowy w ciągu minuty. Jak nic znowu nawalił komputerowy system sterowania pogodą. Wydawałoby się, że w trakcie takiej nawałnicy ulice miasta będą opustoszałe. Ale jednak, tu i tam widać było poruszające się z donośnym chlapaniem postaci. Postaci takie jak ja sam, mające nadzieję, że zasłona mroku i deszczu zapewni im anonimowość. Rozejrzałem się, żeby stwierdzić czy nikt mnie nie śledzi, a gdy się zorientowałem, że i tak nikogo nie zobaczę, ruszyłem na miejsce w którym miałem spotkać się z agentem największej firmy zajmującej się poszukiwaniem i odzyskiwaniem wszystkiego.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Za spalonym mostem.
Słońce już dawno schowało się za horyzontem. Na niewielkiej polanie wiatr rozdmuchiwał nieśmiałe kłęby dymu dogasającego ogniska. Wątły blask rozżarzonych kawałków drewna rzucał skromne światło na ogromną sylwetkę człowieka siedzącego w pobliżu ze skrzyżowanymi nogami, przepasanego jedynie kawałkiem zwierzęcej skóry na biodrach. Z jego postury biła nadludzka siła i godność. Pod jego skórą malowały się potężne mięśnie. Były tak wyhartowane, że można było dostrzec każde włókno. Całe jego ciało pokryte było szerokimi bliznami. Pamiątki po wielu zwycięskich bitwach. I to nie tylko z ludźmi. Często przychodziło mu stawać nawet przeciwko niedźwiedziom. Nigdy nie przegrał. Gdyby przegrał to by nie żył, bo wolał umrzeć niż zhańbić się ucieczką. Niegdyś był wodzem plemienia. Powszechnie poważanym i szanowanym. Cieszył się ogromną sławą, wszędzie gdzie tylko doszły o nim wieści. Kiedyś… Ale ludzka natura nie jest ani wierna ani stała, ale za to nad wyraz podatna. Brekoree, chytry lis, siał podstępnie ziarno zwątpienia w sercach jego ludzi. Stopniowo i konsekwentnie podżegał i namawiał do buntu, aż w końcu dopiął swego. Wódz został obalony i wygnany. I teraz siedział tutaj, zapatrzony przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie poruszył się nawet, gdy wyłowił z oddali odgłos zbliżających się szybkich kroków. Z mroku wyłoniły się dwie rosłe postaci.
-Wazuuki!- krzyknął pierwszy z nich zdyszanym głosem - szukamy cię już od połowy księżyca!
Mężczyzna drgnął na dźwięk swojego imienia. Wiele wody upłynęło, gdy słyszał je po raz ostatni. W samotności spędził tyle czasu, że musiał się zastanowić, czy w ogóle tak właśnie się nazywa. Spojrzał na przybyłych i bez słów wskazał im miejsce do spoczęcia.
-Nie Wazuuki, nie ma czasu na odpoczynek - odmówił energicznie drugi z nich.
Chwackie chłopy. Wytrwałości nie można im odmówić, pomyślał i przyjrzał się im bliżej. W końcu rozpoznał w nich jego dwóch byłych najznakomitszych gońców. Garoth i Meaguel. Wprawdzie, gdy ostatni raz ich widział, byli jeszcze bardzo młodzi, ale krzepkość najwyraźniej wciąż im służy. Wstał do nich i skinął lekko głową na przywitanie. Mimo, że jego niezapowiedziani goście również odznaczali się pokaźną tężyzna fizyczną, to przy Wazuukim wyglądali jak chude brzozy przy starym dębie.
-Zatem mówcie, co was skłoniło, żeby zadać sobie tyle trudu na odnalezienie banity w tak rozległym świecie. – Ponaglał bez ogródek. W końcu nie było czasu nawet na chociażby zapalenie fajki. Zresztą od zarania dziejów był znany z lakoniczności i lapidarności języka.
-Wazuuki… potrzebujemy cię - wydusił z siebie Garoth, jakby przełamując się przez niewidzialne bariery – Hiszpanie idą! Brekoree nakazał odwrót w stronę Kamiennego Lasu. Tam mamy się wszyscy spotkać. Przyszliśmy po Ciebie, bo chcemy ciebie znów jako wodza.
-Nigdzie nie pójdę- rzucił krótko, treściwie i dosadnie. Naprawdę był w tym dobry. Garoth wprawdzie spodziewał odmowy, jednak ta była tak stanowcza, że stracił rezon, o ile w ogóle go miał. Zapadła grobowa cisza, stali naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem.
-Wazuuki… - wtrącił się nieśmiało Meaguel - tu nie chodzi tylko o Hiszpan. Nasi ludzie krzyczą we śnie, ich ciała jednego dnia biją żarem, a następnego już zioną chłodem… wiecznym chłodem. Do tego panoszy się głód. Wazuuki nie radzimy sobie. Potrzebujemy znowu twardej ręki.
-Dawno, dawno temu podjęliście decyzję. Pozbawiliście mnie władzy. Nie ma odwrotu - wielki wódz był nieugięty.
-Wazuuki! Przełknij swoją dumę - wrzeszczał Garoth już widocznie straciwszy cierpliwość – Zgubisz zarówno nas jak i siebie.
-Być może tak właśnie powinno być. Może tak będzie lepiej. Może okazaliśmy się niegodni, aby żyć -odparł z goryczą.
Jego postawa dawała jasno do zrozumienia, że nic nie wskórają. Rzucili mu smutne spojrzenie. Wiedzieli, że nie zdołają go przekonać, znali go nie od dziś. A jednak, gdy ruszali w poszukiwania, tliła się w nich jeszcze nadzieja. Wazuuki zdmuchnął ją w mgnieniu oka. Z jednej strony chwytała ich wściekłość, z drugiej przyznawali w duchu, że sami są sobie winni. Gdyby tylko nigdy nie porzucili swojego wodza…
-Nic tu po nas, idziemy Meaguel. Żegnaj Wazuuki - nie śmieli dalej kontynuować tej krótkiej dyskusji. Odwrócili się i pognali jak wiatr przed siebie.
Wazuuki wrócił na swoje miejsce i dorzucił nieco suchych gałęzi do ledwie tlącego się ogniska. Płomień dziko skwiercząc szybko ogarnął nową dostawę. Były wódz spojrzał w niebo. Z góry leciał spadający powoli uschnięty liść, zmierzający powoli kołyszącym ruchem prosto w płomienie. Taki bezwładny. Prosto w unicestwienie. I nic nie może z tym zrobić. Nie może tego zatrzymać. Bezsilny w obliczu praw fizyki. Wobec losu. Mógł dalej rosnąć szczęśliwy na drzewie, ale wolał wybrać swoją drogę…
-Wazuuki!- krzyknął pierwszy z nich zdyszanym głosem - szukamy cię już od połowy księżyca!
Mężczyzna drgnął na dźwięk swojego imienia. Wiele wody upłynęło, gdy słyszał je po raz ostatni. W samotności spędził tyle czasu, że musiał się zastanowić, czy w ogóle tak właśnie się nazywa. Spojrzał na przybyłych i bez słów wskazał im miejsce do spoczęcia.
-Nie Wazuuki, nie ma czasu na odpoczynek - odmówił energicznie drugi z nich.
Chwackie chłopy. Wytrwałości nie można im odmówić, pomyślał i przyjrzał się im bliżej. W końcu rozpoznał w nich jego dwóch byłych najznakomitszych gońców. Garoth i Meaguel. Wprawdzie, gdy ostatni raz ich widział, byli jeszcze bardzo młodzi, ale krzepkość najwyraźniej wciąż im służy. Wstał do nich i skinął lekko głową na przywitanie. Mimo, że jego niezapowiedziani goście również odznaczali się pokaźną tężyzna fizyczną, to przy Wazuukim wyglądali jak chude brzozy przy starym dębie.
-Zatem mówcie, co was skłoniło, żeby zadać sobie tyle trudu na odnalezienie banity w tak rozległym świecie. – Ponaglał bez ogródek. W końcu nie było czasu nawet na chociażby zapalenie fajki. Zresztą od zarania dziejów był znany z lakoniczności i lapidarności języka.
-Wazuuki… potrzebujemy cię - wydusił z siebie Garoth, jakby przełamując się przez niewidzialne bariery – Hiszpanie idą! Brekoree nakazał odwrót w stronę Kamiennego Lasu. Tam mamy się wszyscy spotkać. Przyszliśmy po Ciebie, bo chcemy ciebie znów jako wodza.
-Nigdzie nie pójdę- rzucił krótko, treściwie i dosadnie. Naprawdę był w tym dobry. Garoth wprawdzie spodziewał odmowy, jednak ta była tak stanowcza, że stracił rezon, o ile w ogóle go miał. Zapadła grobowa cisza, stali naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem.
-Wazuuki… - wtrącił się nieśmiało Meaguel - tu nie chodzi tylko o Hiszpan. Nasi ludzie krzyczą we śnie, ich ciała jednego dnia biją żarem, a następnego już zioną chłodem… wiecznym chłodem. Do tego panoszy się głód. Wazuuki nie radzimy sobie. Potrzebujemy znowu twardej ręki.
-Dawno, dawno temu podjęliście decyzję. Pozbawiliście mnie władzy. Nie ma odwrotu - wielki wódz był nieugięty.
-Wazuuki! Przełknij swoją dumę - wrzeszczał Garoth już widocznie straciwszy cierpliwość – Zgubisz zarówno nas jak i siebie.
-Być może tak właśnie powinno być. Może tak będzie lepiej. Może okazaliśmy się niegodni, aby żyć -odparł z goryczą.
Jego postawa dawała jasno do zrozumienia, że nic nie wskórają. Rzucili mu smutne spojrzenie. Wiedzieli, że nie zdołają go przekonać, znali go nie od dziś. A jednak, gdy ruszali w poszukiwania, tliła się w nich jeszcze nadzieja. Wazuuki zdmuchnął ją w mgnieniu oka. Z jednej strony chwytała ich wściekłość, z drugiej przyznawali w duchu, że sami są sobie winni. Gdyby tylko nigdy nie porzucili swojego wodza…
-Nic tu po nas, idziemy Meaguel. Żegnaj Wazuuki - nie śmieli dalej kontynuować tej krótkiej dyskusji. Odwrócili się i pognali jak wiatr przed siebie.
Wazuuki wrócił na swoje miejsce i dorzucił nieco suchych gałęzi do ledwie tlącego się ogniska. Płomień dziko skwiercząc szybko ogarnął nową dostawę. Były wódz spojrzał w niebo. Z góry leciał spadający powoli uschnięty liść, zmierzający powoli kołyszącym ruchem prosto w płomienie. Taki bezwładny. Prosto w unicestwienie. I nic nie może z tym zrobić. Nie może tego zatrzymać. Bezsilny w obliczu praw fizyki. Wobec losu. Mógł dalej rosnąć szczęśliwy na drzewie, ale wolał wybrać swoją drogę…
środa, 5 stycznia 2011
Prawo Dżungli
Mizerne, długie i naciągne, ale skoro napisałem to zamieszczam. Nie przyjmuję reklamacji za stracony czas.
Wspinali się od jakiegoś czasu stromą ścieżką na górę przypominającą kształtem zamarznięty płomień. To nie pierwsza taka góra, którą zdobywali, ale ta zdecydowanie była najwyższa. Dziewczyna miała nadzieję, że to już ostatnia. Że nareszcie znajdą tutaj to czego szukają już od kliku miesięcy. Była naprawdę bardzo szczęśliwa, wyprawa okazała się być fascynująca, ale czuła się już zmęczona i tęskniła za rodzinną wioską.
Wszystko zaczęło się od tego, gdy Sevil wpadł jak burza do jej domu i wielce podekscytowany zaczął opowiadać o odkryciu którego dokonał. Wyciągnął ją na spacer i z niezwykłym przejęciem mówił o istnieniu jakiegoś magicznego artefaktu, dającego nadzwyczajną moc i wyglądem przypominającym gwiazdę.
Zabawne. Kiedyś rozmawiając z mamą powiedziała jej, że tak bardzo chciałaby, żeby na świecie był zawsze pokój i ludzie żyli ze sobą w zgodzie. W odpowiedzi od mamy usłyszała po prostu suche
„A ja bym chciała mieć gwiazdkę z nieba”. Eh, gdyby tylko wtedy była w posiadaniu tego dziwnego artefaktu to by go wręczyła mamie i może wtedy świat zmieniłby się na lepsze.
Sevil wyrwał ją w tym czasie z zamyślenia łapiąc za rękę:
- Chcę znaleźć ten artefakt. I liczę, że mi w tym pomożesz - powiedział patrząc jej głęboko w oczy.
Oczywiście, że pomoże. W końcu go kocha. Jest dla niej wszystkim. Jest jej dzielnym wojownikiem. Podziwiała jego siłę woli, zdecydowanie i inteligencję. Czuła się przy nim bezpiecznie. Ufała mu bezgranicznie. Nawet przez głowę jej nie przeszło, aby podważać istnienie tego przedmiotu. Jeżeli Sevil mówi, że taki istnieje to znaczy, że istnieje i kropka. Oczywiście w ich związku, nie zawsze było kolorowo. Na początku było dużo zgrzytów, bo narzucał jej swoją wolę. Właściwie nie miała nic do powiedzenia. Ale w końcu przyzwyczaiła się, podporządkowała. I była szczęśliwa. A teraz będzie miała okazję być z nim sam na sam, całe dnie. Na samą myśl jej dusza promieniała.
-Pewnie! Brzmi jak niesamowita przygoda! - odpowiedziała uśmiechając się radośnie - Kiedy chcesz wyruszyć?
-Jutro z rana - odparł krótko.
I tak znaleźli się tutaj. W tym urzekającym miejscu, gdzie natura kształtowała finezyjne kształty ze skał. Gdzie las tętnił życiem, a z wysokości rozciągał się zapierający dech w piersi widok na łąki i inne szczyty. Zatrzymała się i spojrzała w rozległą przestrzeń. Ogarnęło ją przyjemne uniesienie. Kompletnie zapomniała o zmęczeniu, chciała tańczyć, śpiewać i śmiać się. Podbiegła do Sevila i zarzuciła mu ręce na szyję.
-Pięknie tu, prawda? Prześlicznie! - brakowało jej słów, żeby się wyrazić.
-Owszem - przyznał jej rację - ale musimy iść dalej.
Zauważyła, że z każdą chwilą, która zbliża ich do szczytu stawał się coraz mniej rozmowny. Jeszcze do niedawna potrafili rozmawiać przez długie godziny. Może to przez to, że powietrze staje się coraz bardziej rozrzedzone i Sevil stara się oszczędzać siły? W takim razie ona też powinna. Dalej szła już milcząc, ale uśmiechając się do przelatujących ptaków, rosnących mchów czy do wiatru. W ogóle do wszystkiego. Szli aż dotarli do końca ścieżki. Znaleźli się na półce skalnej, przed nimi znajdowała się pionowa ściana. Nie dało się iść dalej. Chłopak badawczym wzrokiem przyglądał się skale. Wyobraziła sobie zawód, którego musiał właśnie doświadczyć. Znowu fiasko, a tym razem wydawał się być taki pewny siebie.
-No ale przynajmniej widoki są piękne… nie? - próbowała go pocieszyć, jednak jej wypowiedź zabrzmiała dziwnie żałośnie.
Nie zwrócił na nią uwagi. Kontynuował badanie skały.
-Połóż tutaj rękę - powiedział w końcu i wskazał miejsce na skale opatrzone ledwie widocznym tajemniczym znakiem -i pomyśl o czymś co najbardziej cenisz w życiu.
Zrobiła tak jak polecił. Bez chwili zastanowienia pomyślała o miłości. Przed oczami stanął jej świat, w którym wszyscy ludzie miłują się nawzajem, kierują się dobrem drugiego człowieka i nigdy nie skalali się kłamstwem. Na jej twarzy automatycznie wymalowało się szczęście. Sevil bacznie się jej przyglądał. Miała 19 lat a wciąż wyglądała jak dziecko. Wydawała się taka delikatna. Jeden lekki dotyk, a rozpadnie się na milion drobnych kawałków. Ten jej mały nosek, nieco pyzate policzki, czoło na które spływały kosmyki złotych włosów, falujące teraz na wietrze, a pod nim wielkie, niebieskie, wiecznie roześmiane oczy. Była kwintesencją niewinności. Drgnęła nagle, gdy usłyszała rozchodzący się wewnątrz jej głowy basowy głos: możesz wejść. Gwałtownie rozejrzała się dookoła. W tym samym momencie powietrze zawibrowało, a na środku skały pojawił się obszar, który zdawał się falować.
-Dobra robota - pochwalił ją chłopak.
Podszedł i ostrożnie dotknął falującego miejsca. Jego palec zdawał się zanurzyć w skale. Zrobił krok na przód, przekroczył portal i znikł. Ruszyła się za nim.
Znaleźli się w całkowicie zamkniętym pomieszczeniu, zapewne w samym sercu góry. Jedynym źródłem światła była ognista kula lewitująca nad piedestałem w samym środku pomieszczenia. Zbliżyli się do niej powolnym krokiem.
-To to? - zapytała, nieco oszołomiona jaśniejącym obiektem.
Skinął głową nie odrywając oczu od kuli.
-Czyli udało nam się! Tak się cieszę! - uśmiechnęła się do niego.
Nie odpowiedział. Błyskawicznie wyciągnął sztylet i wbij jej pod żebra nim zdążyła się zorientować co się dzieje. Poczuła jak zimna stal z łatwością rozcina jej ciało. Jej źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Świat zawirował. Żeby nie upaść objęła ręką szyję chłopaka a głowę oparła na jego ramieniu.
-Dla… dlaczego? - wyjąkała z niedowierzeniem. Z jej oczu płynęły łzy. Jedna po drugiej, druga po trzeciej… Nie z fizycznego bólu bynajmniej. Była w takim szoku, że ten zszedł na dalszy plan.
-Choćby dlatego, że nie jesteś mi już potrzebna - odpowiedział spokojnie.
-Ale… ja.. cię… kochałam… - z trudem wypowiadała słowa. Szybko uchodziło z niej życie. Miała wrażenie jakby czas zatrzymywał się w miejscu. Słowa Sevila płynęły bardzo powoli z oddali.
-Ojej - prychnął - Zrozum, właściwie to wyświadczyłem ci przysługę. Jesteś taka naiwna. Na tym świecie nie spotkałoby cię nic oprócz cierpienia. Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać. - powiedział po czym wyrwał sztylet i zrzucił ją z siebie. Upadła na plecy. Ujrzała jeszcze przez chwilę sylwetkę chłopaka, jego obnażone kły w bezdusznym uśmiechu i ostrze ociekające jej własną krwią. Po czym świat zaszedł mgłą.
Wszystko zaczęło się od tego, gdy Sevil wpadł jak burza do jej domu i wielce podekscytowany zaczął opowiadać o odkryciu którego dokonał. Wyciągnął ją na spacer i z niezwykłym przejęciem mówił o istnieniu jakiegoś magicznego artefaktu, dającego nadzwyczajną moc i wyglądem przypominającym gwiazdę.
Zabawne. Kiedyś rozmawiając z mamą powiedziała jej, że tak bardzo chciałaby, żeby na świecie był zawsze pokój i ludzie żyli ze sobą w zgodzie. W odpowiedzi od mamy usłyszała po prostu suche
„A ja bym chciała mieć gwiazdkę z nieba”. Eh, gdyby tylko wtedy była w posiadaniu tego dziwnego artefaktu to by go wręczyła mamie i może wtedy świat zmieniłby się na lepsze.
Sevil wyrwał ją w tym czasie z zamyślenia łapiąc za rękę:
- Chcę znaleźć ten artefakt. I liczę, że mi w tym pomożesz - powiedział patrząc jej głęboko w oczy.
Oczywiście, że pomoże. W końcu go kocha. Jest dla niej wszystkim. Jest jej dzielnym wojownikiem. Podziwiała jego siłę woli, zdecydowanie i inteligencję. Czuła się przy nim bezpiecznie. Ufała mu bezgranicznie. Nawet przez głowę jej nie przeszło, aby podważać istnienie tego przedmiotu. Jeżeli Sevil mówi, że taki istnieje to znaczy, że istnieje i kropka. Oczywiście w ich związku, nie zawsze było kolorowo. Na początku było dużo zgrzytów, bo narzucał jej swoją wolę. Właściwie nie miała nic do powiedzenia. Ale w końcu przyzwyczaiła się, podporządkowała. I była szczęśliwa. A teraz będzie miała okazję być z nim sam na sam, całe dnie. Na samą myśl jej dusza promieniała.
-Pewnie! Brzmi jak niesamowita przygoda! - odpowiedziała uśmiechając się radośnie - Kiedy chcesz wyruszyć?
-Jutro z rana - odparł krótko.
I tak znaleźli się tutaj. W tym urzekającym miejscu, gdzie natura kształtowała finezyjne kształty ze skał. Gdzie las tętnił życiem, a z wysokości rozciągał się zapierający dech w piersi widok na łąki i inne szczyty. Zatrzymała się i spojrzała w rozległą przestrzeń. Ogarnęło ją przyjemne uniesienie. Kompletnie zapomniała o zmęczeniu, chciała tańczyć, śpiewać i śmiać się. Podbiegła do Sevila i zarzuciła mu ręce na szyję.
-Pięknie tu, prawda? Prześlicznie! - brakowało jej słów, żeby się wyrazić.
-Owszem - przyznał jej rację - ale musimy iść dalej.
Zauważyła, że z każdą chwilą, która zbliża ich do szczytu stawał się coraz mniej rozmowny. Jeszcze do niedawna potrafili rozmawiać przez długie godziny. Może to przez to, że powietrze staje się coraz bardziej rozrzedzone i Sevil stara się oszczędzać siły? W takim razie ona też powinna. Dalej szła już milcząc, ale uśmiechając się do przelatujących ptaków, rosnących mchów czy do wiatru. W ogóle do wszystkiego. Szli aż dotarli do końca ścieżki. Znaleźli się na półce skalnej, przed nimi znajdowała się pionowa ściana. Nie dało się iść dalej. Chłopak badawczym wzrokiem przyglądał się skale. Wyobraziła sobie zawód, którego musiał właśnie doświadczyć. Znowu fiasko, a tym razem wydawał się być taki pewny siebie.
-No ale przynajmniej widoki są piękne… nie? - próbowała go pocieszyć, jednak jej wypowiedź zabrzmiała dziwnie żałośnie.
Nie zwrócił na nią uwagi. Kontynuował badanie skały.
-Połóż tutaj rękę - powiedział w końcu i wskazał miejsce na skale opatrzone ledwie widocznym tajemniczym znakiem -i pomyśl o czymś co najbardziej cenisz w życiu.
Zrobiła tak jak polecił. Bez chwili zastanowienia pomyślała o miłości. Przed oczami stanął jej świat, w którym wszyscy ludzie miłują się nawzajem, kierują się dobrem drugiego człowieka i nigdy nie skalali się kłamstwem. Na jej twarzy automatycznie wymalowało się szczęście. Sevil bacznie się jej przyglądał. Miała 19 lat a wciąż wyglądała jak dziecko. Wydawała się taka delikatna. Jeden lekki dotyk, a rozpadnie się na milion drobnych kawałków. Ten jej mały nosek, nieco pyzate policzki, czoło na które spływały kosmyki złotych włosów, falujące teraz na wietrze, a pod nim wielkie, niebieskie, wiecznie roześmiane oczy. Była kwintesencją niewinności. Drgnęła nagle, gdy usłyszała rozchodzący się wewnątrz jej głowy basowy głos: możesz wejść. Gwałtownie rozejrzała się dookoła. W tym samym momencie powietrze zawibrowało, a na środku skały pojawił się obszar, który zdawał się falować.
-Dobra robota - pochwalił ją chłopak.
Podszedł i ostrożnie dotknął falującego miejsca. Jego palec zdawał się zanurzyć w skale. Zrobił krok na przód, przekroczył portal i znikł. Ruszyła się za nim.
Znaleźli się w całkowicie zamkniętym pomieszczeniu, zapewne w samym sercu góry. Jedynym źródłem światła była ognista kula lewitująca nad piedestałem w samym środku pomieszczenia. Zbliżyli się do niej powolnym krokiem.
-To to? - zapytała, nieco oszołomiona jaśniejącym obiektem.
Skinął głową nie odrywając oczu od kuli.
-Czyli udało nam się! Tak się cieszę! - uśmiechnęła się do niego.
Nie odpowiedział. Błyskawicznie wyciągnął sztylet i wbij jej pod żebra nim zdążyła się zorientować co się dzieje. Poczuła jak zimna stal z łatwością rozcina jej ciało. Jej źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Świat zawirował. Żeby nie upaść objęła ręką szyję chłopaka a głowę oparła na jego ramieniu.
-Dla… dlaczego? - wyjąkała z niedowierzeniem. Z jej oczu płynęły łzy. Jedna po drugiej, druga po trzeciej… Nie z fizycznego bólu bynajmniej. Była w takim szoku, że ten zszedł na dalszy plan.
-Choćby dlatego, że nie jesteś mi już potrzebna - odpowiedział spokojnie.
-Ale… ja.. cię… kochałam… - z trudem wypowiadała słowa. Szybko uchodziło z niej życie. Miała wrażenie jakby czas zatrzymywał się w miejscu. Słowa Sevila płynęły bardzo powoli z oddali.
-Ojej - prychnął - Zrozum, właściwie to wyświadczyłem ci przysługę. Jesteś taka naiwna. Na tym świecie nie spotkałoby cię nic oprócz cierpienia. Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać. - powiedział po czym wyrwał sztylet i zrzucił ją z siebie. Upadła na plecy. Ujrzała jeszcze przez chwilę sylwetkę chłopaka, jego obnażone kły w bezdusznym uśmiechu i ostrze ociekające jej własną krwią. Po czym świat zaszedł mgłą.
Wciąż nie docierało do niej co się stało. Skuliła się do pozycji embrionalnej i zamknęła oczy. Zaczęły nawiedzać ją różne wizje z przeszłości. Wydawało jej się, że jest znowu dzieckiem. Bawi się z innymi maluchami na placu w centrum wioski, gdy nagle dostrzegła stojącą pod ścianą postać małego chłopca.
-Rozmawiasz ze ścianą? - podeszła i zapytała.
Chłopiec rzucił jej tylko spojrzenie spode łba i nie odrzekł ani słowem. Znowu ktoś przyszedł się z niego nabijać. Kiedyś im wszystkim się odpłaci pięknym za nadobne! Kiedyś się zemści…
-Bo wiesz, kiedyś słyszałam, że ściany mają uszy - próbowała nawiązać kontakt, nie zdając sobie sprawy, z tego co oznacza jego reakcja - I gdy jest mi smutno to ja z nimi rozmawiam. Ale one nigdy nie odpowiadają - zawahała się, po czym dodała - jak masz na imię?
- Sevil - odpowiedział po długiej chwili milczenia.
Szybko się zaprzyjaźnili, aż pewnego dnia, powiedział jej, że ją kocha i chce z nią być. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu.
Wizja się rozmazała.
Znajdowała się teraz w mieście. Mama ją tutaj zabrała, bo musiała dobić jakiegoś interesu. Poszła do jakiegoś domu, a jej kazała cierpliwie czekać pod wejściem. Ale ona nie miała w zwyczaju stać i nic nie robić. Urządziła sobie wycieczkę krajoznawczą po mieście, które wydawało się jej tak wielkie i wciągające. Idąc przed siebie natknęła się na ludzi pracujących na budowie, a wśród nich młodego chłopaka, który ewidentnie był za młody i za słaby do tej pracy.
- Czemu pracujesz?- nie omieszkała się go zapytać - Mama mi zawsze mówiła, że praca jest dla dużych - Dla dużych? Heh, czasami nawet oni nie dają rady… Ale nie ma wyjścia. Trzeba być twardym. Silnym. Ojciec pije i bije, zamiast pracować. A coś trzeba jeść – chłopak mówił bez żadnego skrępowania. W zasadzie sam się dziwił czemu tak po prostu otworzył się przed nieznajomą. Ta dziewczynka miała w sobie coś niezwykłego. Poczuł przypływ sił.
-Może bym Ci pomogła trochę? - zaoferowała swoją pomoc - i tak nie mam nic do roboty teraz.
-Już mi pomogłaś - roześmiał się - dziękuje.
Ledwie skończył mówić, a jak spod ziemi wyrósł wysoki, dostojnie wyglądający człowiek i z rykiem wydarł się na chłopca
- Co ty skurwysynu se myślisz!? Może jeszcze ci herbatki zaprzyć?! Bierz się do roboty!
Przeszedł ją dreszcz grozy. Wizja ponownie się rozmyła.
Teraz widziała przed sobą swoją matkę. Siedziała nieruchomo z twarzą schowaną w dłoniach. Na stole widać było zaschnięte ślady łez. Dziewczyna przyglądała się jej milcząc. Nagle poczuła, że coś ją wciąga. Zaczęła się oddalać coraz szybciej i szybciej.
-Mamo nie zostawiaj mnie! - zdążyła wydać z siebie niemy krzyk.
I wszystko zniknęło, dookoła niej była tylko pustka. W jej głowie odbijały się echem ostatnie słowa Sevila. „Jesteś taka naiwna”. „Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać”. Były jak miliony szpilek przeszywające jej umysł. Pewnie miał rację. Zawsze miał. Ostatecznie rozpłynęła się w mroku.
Sevil wciąż patrzył na ognistą kulę. W końcu chwycił ją zgrabnym ruchem. Ogarnęło go sensacyjne uczucie, gdy jego ciało wypełniała nieznana potężna energia. Pora wracać. No proszę, chodzenie po trupach okazało się iść jak po maśle. Przez ramię rzucił jeszcze tylko okiem na posiniałe już ciało dziewczyny i na odchodne rzekł:
- A tymczasem świat należy do mnie - I ruszył w stronę portalu.
-Rozmawiasz ze ścianą? - podeszła i zapytała.
Chłopiec rzucił jej tylko spojrzenie spode łba i nie odrzekł ani słowem. Znowu ktoś przyszedł się z niego nabijać. Kiedyś im wszystkim się odpłaci pięknym za nadobne! Kiedyś się zemści…
-Bo wiesz, kiedyś słyszałam, że ściany mają uszy - próbowała nawiązać kontakt, nie zdając sobie sprawy, z tego co oznacza jego reakcja - I gdy jest mi smutno to ja z nimi rozmawiam. Ale one nigdy nie odpowiadają - zawahała się, po czym dodała - jak masz na imię?
- Sevil - odpowiedział po długiej chwili milczenia.
Szybko się zaprzyjaźnili, aż pewnego dnia, powiedział jej, że ją kocha i chce z nią być. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu.
Wizja się rozmazała.
Znajdowała się teraz w mieście. Mama ją tutaj zabrała, bo musiała dobić jakiegoś interesu. Poszła do jakiegoś domu, a jej kazała cierpliwie czekać pod wejściem. Ale ona nie miała w zwyczaju stać i nic nie robić. Urządziła sobie wycieczkę krajoznawczą po mieście, które wydawało się jej tak wielkie i wciągające. Idąc przed siebie natknęła się na ludzi pracujących na budowie, a wśród nich młodego chłopaka, który ewidentnie był za młody i za słaby do tej pracy.
- Czemu pracujesz?- nie omieszkała się go zapytać - Mama mi zawsze mówiła, że praca jest dla dużych - Dla dużych? Heh, czasami nawet oni nie dają rady… Ale nie ma wyjścia. Trzeba być twardym. Silnym. Ojciec pije i bije, zamiast pracować. A coś trzeba jeść – chłopak mówił bez żadnego skrępowania. W zasadzie sam się dziwił czemu tak po prostu otworzył się przed nieznajomą. Ta dziewczynka miała w sobie coś niezwykłego. Poczuł przypływ sił.
-Może bym Ci pomogła trochę? - zaoferowała swoją pomoc - i tak nie mam nic do roboty teraz.
-Już mi pomogłaś - roześmiał się - dziękuje.
Ledwie skończył mówić, a jak spod ziemi wyrósł wysoki, dostojnie wyglądający człowiek i z rykiem wydarł się na chłopca
- Co ty skurwysynu se myślisz!? Może jeszcze ci herbatki zaprzyć?! Bierz się do roboty!
Przeszedł ją dreszcz grozy. Wizja ponownie się rozmyła.
Teraz widziała przed sobą swoją matkę. Siedziała nieruchomo z twarzą schowaną w dłoniach. Na stole widać było zaschnięte ślady łez. Dziewczyna przyglądała się jej milcząc. Nagle poczuła, że coś ją wciąga. Zaczęła się oddalać coraz szybciej i szybciej.
-Mamo nie zostawiaj mnie! - zdążyła wydać z siebie niemy krzyk.
I wszystko zniknęło, dookoła niej była tylko pustka. W jej głowie odbijały się echem ostatnie słowa Sevila. „Jesteś taka naiwna”. „Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać”. Były jak miliony szpilek przeszywające jej umysł. Pewnie miał rację. Zawsze miał. Ostatecznie rozpłynęła się w mroku.
Sevil wciąż patrzył na ognistą kulę. W końcu chwycił ją zgrabnym ruchem. Ogarnęło go sensacyjne uczucie, gdy jego ciało wypełniała nieznana potężna energia. Pora wracać. No proszę, chodzenie po trupach okazało się iść jak po maśle. Przez ramię rzucił jeszcze tylko okiem na posiniałe już ciało dziewczyny i na odchodne rzekł:
- A tymczasem świat należy do mnie - I ruszył w stronę portalu.
sobota, 4 grudnia 2010
Marzenia za horyzontem czasu
Środek lodowej pustyni. Antarktyda? Grenlandia? A może gdzieś w głębi duszy… Para młodych ludzi w milczeniu uparcie brnie przed siebie w nieznanym kierunku. Bo w tym miejscu żaden kierunek nie jest znany. Towarzyszy im tylko wściekłe wycie wiatru. Chłopak co chwila rzuca tęskne spojrzenia w górę z nadzieją, że ujrzy niebo. Ale z powodu zamieci nie jest w stanie nawet dojrzeć chmur. Właściwie co za różnica? Nie widział nieba przez tak długi okres czasu, że teraz wydaje mu się ono tylko mglistym wymysłem, właściwie przestał już wierzyć w jego istnienie. Nie taki był plan. Nie tak miało być. Niespodziewanie zatrzymał się.
-Nie… nie mogę już, nie mogę! - wydał z siebie zdławiony krzyk i osunął się na śnieg.
Dziewczyna bez słowa przykucnęła obok i spróbowała pomóc mu wstać, jednak spotkała się z oporem z jego strony.
-To bez sensu… Zostaw mnie. Albo w ogóle idź do diabła… tam skąd przyszłaś… - wyrzucił z siebie.
Zupełnie nie zwróciła uwagi na jego słowa. Uśmiechnęła się tylko delikatnie i rzuciła mu spokojne spojrzenie. Kiedyś to spojrzenie dodawało mu skrzydeł. Sprawiało, że wszystko wydawało się możliwe. Marzenia były na wyciągnięcie ręki, jeden leniwy ruch i masz czego pragniesz. Dziś już nie wywoływało niczego. Czar prysł, niewiadomo nawet kiedy.
-Pamiętasz jak obiecywałeś? Jak się zarzekałeś, że nigdy przenigdy się nie poddasz? - zapytała, swoim miękkim, melodyjnym głosem. Zupełnie jakby siedzieli przy kominku popijając gorącą czekoladę.
-Obietnice… Ty w nie jeszcze wierzysz? Deklaracje, które składa człowiek pod wpływem chwili… Nawet jeśli są szczere w momencie wypowiadania to do kurwy nędzy nie znaczy, że są prawdziwe, że zostaną spełnione - odparł z goryczą.
-Twoje obietnice zawsze były inne. Miały certyfikat jakość ISO 9001. Wstawaj!
Odwrócił wzrok i nawet nie drgnął.
-A co z Twoimi marzeniami? - nie dawała za wygraną - Przecież tak bardzo chciałeś TAM dotrzeć!
-Jakie kurwa moje marzenia?! To ty mnie do tego namówiłaś! Ty wskazałaś mi cel, ty mi dałaś to marzenie. To przez ciebie teraz tu jesteśmy, to przez ciebie tu zdechniemy! – pretensje wylewały się z niego wartkim, szerokim strumieniem - Boże jak ja przeklinam dzień, w którym cię poznałem…
Z jego oczu sypały się iskry jawnej nienawiści. Ale nawet ten wybuch wrogości nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Wciąż kąciki jej ust topiły się w policzkach tworząc najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział. W ogóle jej uroda była absolutna, zdawała się lśnić niczym najdoskonalszy brylant, nie mógł temu zaprzeczyć nawet w takiej sytuacji.
- Nie zapominaj, że dzięki temu marzeniu Twoje życie nabrało kolorów. Odnalazłeś w nim sens. Obudziła się w Tobie radość i szczęście. Tak bardzo przecież tego potrzebowałeś, każdy tego potrzebuje.
Owszem, musiał przyznać w duchu, że była to 24 karatowa prawda. Ale jakie to ma teraz znaczenie? To już koniec. Ślepa uliczka. Wydał z siebie tylko ciche westchnienie. Przynajmniej tak wywnioskowała dziewczyna, bo w tych warunkach ciężko było to stwierdzić.
- No ruszaj to dupsko! - rozkazała mu, przybierając udawaną surową minę - Natychmiast. Bo z każdą chwilą szanse na to, że wstaniesz są coraz mniejsze. Już teraz wyglądasz jak bałwan. Albo wręcz jak spuchnięta pieczarka.
- Za późno… Straciłem już czucie w nogach - odpowiedział, tym razem już bez złości. Miejsce gniewu zastąpiła apatia. I bardzo dobrze się z tym czuł. Apatia… to taki przyjemny stan. Powoli czuł jak osuwa się w błogą nicość.
- Pieprzysz głupoty, nigdy nie jest za późno - złapała go i przy użyciu całej swojej siły zarzuciła na barki - Wiesz, zawsze mogłoby być gorzej. Na przykład mogłaby z nieba rozlec się muzyka Feela. Albo mógłby zaatakować nas Lord Vader. Nie ma wśród nas wiecznie zrzędzącego Sida. Słońce nie świeci w oczy. Śnieg mógłby parzyć. A on tylko mrozi, to miło z jego strony, prawda? - wymieniała ledwo łapiąc oddech.
Jednak dźwiganie kogoś komu ciąży własne ego to trudne zadanie. Nie zaszła za daleko. Potykając się raz po raz ostatecznie spotkała swój koniec w lodowatym puchu. Chciała się jeszcze czołgać dalej, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Poza tym chłopak i tak już nie żył, więc nie było nawet po co. Czasami nawet niezachwiana determinacja to za mało. Nie… chcieć wcale nie znaczy móc. Resztką siły przewróciła się na plecy i obserwowała przysypujące ich płatki śniegu. Były takie piękne, tak pięknie się prezentowały. Po czym świat ogarnął mrok. Nadzieja umiera ostatnia.
Szum fal jest taki cudowny. Działa wyciszająco, kojąco. Na brzegu stała matka z dzieckiem obserwująca morze skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Widok przygniatający swoim majestatem. Połyskujące refleksy światła na wzburzonej tafli wody miały w sobie magiczny urok. Wywoływały nostalgię. Kobieta patrzyła przed siebie nieprzytomnie zanurzona w myślach. Z odrętwienia wyrwało ją dziecko.
-Wiesz mama? Dziwne są te fale… Przychodzą, rzucając na brzeg co popadnie. A potem odchodzą i zabierają. Nigdy nie zostają na dłużej. Zupełnie ich nie rozumiem – zakończyło z westchnieniem.
- Ja też nie –odparła jakby nieświadomie. - Z nimi trochę jest jak z nadziejami. Płonne. A czasem przychodzi taka jedna wielka fala, by Cię porwać i zgubić – powiedziała po krótkiej pauzie i ruszyła w drogę powrotną.
Dziecko się zasępiło. Spojrzało jeszcze ostatni raz na malutki rąbek wystającego zza horyzontu jarzącego się okręgu, po czym odwróciło się. Nagle ogarnęło je poczucie pustki. Z nieznanych przyczyn poczuło jakby to był zachód ostateczny, jakby słońce miało już nigdy nie wzejść. Ale morze… morze zawsze będzie szumieć. Stety, czy niestety, fale nigdy nie znikną.
-Nie… nie mogę już, nie mogę! - wydał z siebie zdławiony krzyk i osunął się na śnieg.
Dziewczyna bez słowa przykucnęła obok i spróbowała pomóc mu wstać, jednak spotkała się z oporem z jego strony.
-To bez sensu… Zostaw mnie. Albo w ogóle idź do diabła… tam skąd przyszłaś… - wyrzucił z siebie.
Zupełnie nie zwróciła uwagi na jego słowa. Uśmiechnęła się tylko delikatnie i rzuciła mu spokojne spojrzenie. Kiedyś to spojrzenie dodawało mu skrzydeł. Sprawiało, że wszystko wydawało się możliwe. Marzenia były na wyciągnięcie ręki, jeden leniwy ruch i masz czego pragniesz. Dziś już nie wywoływało niczego. Czar prysł, niewiadomo nawet kiedy.
-Pamiętasz jak obiecywałeś? Jak się zarzekałeś, że nigdy przenigdy się nie poddasz? - zapytała, swoim miękkim, melodyjnym głosem. Zupełnie jakby siedzieli przy kominku popijając gorącą czekoladę.
-Obietnice… Ty w nie jeszcze wierzysz? Deklaracje, które składa człowiek pod wpływem chwili… Nawet jeśli są szczere w momencie wypowiadania to do kurwy nędzy nie znaczy, że są prawdziwe, że zostaną spełnione - odparł z goryczą.
-Twoje obietnice zawsze były inne. Miały certyfikat jakość ISO 9001. Wstawaj!
Odwrócił wzrok i nawet nie drgnął.
-A co z Twoimi marzeniami? - nie dawała za wygraną - Przecież tak bardzo chciałeś TAM dotrzeć!
-Jakie kurwa moje marzenia?! To ty mnie do tego namówiłaś! Ty wskazałaś mi cel, ty mi dałaś to marzenie. To przez ciebie teraz tu jesteśmy, to przez ciebie tu zdechniemy! – pretensje wylewały się z niego wartkim, szerokim strumieniem - Boże jak ja przeklinam dzień, w którym cię poznałem…
Z jego oczu sypały się iskry jawnej nienawiści. Ale nawet ten wybuch wrogości nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Wciąż kąciki jej ust topiły się w policzkach tworząc najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział. W ogóle jej uroda była absolutna, zdawała się lśnić niczym najdoskonalszy brylant, nie mógł temu zaprzeczyć nawet w takiej sytuacji.
- Nie zapominaj, że dzięki temu marzeniu Twoje życie nabrało kolorów. Odnalazłeś w nim sens. Obudziła się w Tobie radość i szczęście. Tak bardzo przecież tego potrzebowałeś, każdy tego potrzebuje.
Owszem, musiał przyznać w duchu, że była to 24 karatowa prawda. Ale jakie to ma teraz znaczenie? To już koniec. Ślepa uliczka. Wydał z siebie tylko ciche westchnienie. Przynajmniej tak wywnioskowała dziewczyna, bo w tych warunkach ciężko było to stwierdzić.
- No ruszaj to dupsko! - rozkazała mu, przybierając udawaną surową minę - Natychmiast. Bo z każdą chwilą szanse na to, że wstaniesz są coraz mniejsze. Już teraz wyglądasz jak bałwan. Albo wręcz jak spuchnięta pieczarka.
- Za późno… Straciłem już czucie w nogach - odpowiedział, tym razem już bez złości. Miejsce gniewu zastąpiła apatia. I bardzo dobrze się z tym czuł. Apatia… to taki przyjemny stan. Powoli czuł jak osuwa się w błogą nicość.
- Pieprzysz głupoty, nigdy nie jest za późno - złapała go i przy użyciu całej swojej siły zarzuciła na barki - Wiesz, zawsze mogłoby być gorzej. Na przykład mogłaby z nieba rozlec się muzyka Feela. Albo mógłby zaatakować nas Lord Vader. Nie ma wśród nas wiecznie zrzędzącego Sida. Słońce nie świeci w oczy. Śnieg mógłby parzyć. A on tylko mrozi, to miło z jego strony, prawda? - wymieniała ledwo łapiąc oddech.
Jednak dźwiganie kogoś komu ciąży własne ego to trudne zadanie. Nie zaszła za daleko. Potykając się raz po raz ostatecznie spotkała swój koniec w lodowatym puchu. Chciała się jeszcze czołgać dalej, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Poza tym chłopak i tak już nie żył, więc nie było nawet po co. Czasami nawet niezachwiana determinacja to za mało. Nie… chcieć wcale nie znaczy móc. Resztką siły przewróciła się na plecy i obserwowała przysypujące ich płatki śniegu. Były takie piękne, tak pięknie się prezentowały. Po czym świat ogarnął mrok. Nadzieja umiera ostatnia.
Szum fal jest taki cudowny. Działa wyciszająco, kojąco. Na brzegu stała matka z dzieckiem obserwująca morze skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Widok przygniatający swoim majestatem. Połyskujące refleksy światła na wzburzonej tafli wody miały w sobie magiczny urok. Wywoływały nostalgię. Kobieta patrzyła przed siebie nieprzytomnie zanurzona w myślach. Z odrętwienia wyrwało ją dziecko.
-Wiesz mama? Dziwne są te fale… Przychodzą, rzucając na brzeg co popadnie. A potem odchodzą i zabierają. Nigdy nie zostają na dłużej. Zupełnie ich nie rozumiem – zakończyło z westchnieniem.
- Ja też nie –odparła jakby nieświadomie. - Z nimi trochę jest jak z nadziejami. Płonne. A czasem przychodzi taka jedna wielka fala, by Cię porwać i zgubić – powiedziała po krótkiej pauzie i ruszyła w drogę powrotną.
Dziecko się zasępiło. Spojrzało jeszcze ostatni raz na malutki rąbek wystającego zza horyzontu jarzącego się okręgu, po czym odwróciło się. Nagle ogarnęło je poczucie pustki. Z nieznanych przyczyn poczuło jakby to był zachód ostateczny, jakby słońce miało już nigdy nie wzejść. Ale morze… morze zawsze będzie szumieć. Stety, czy niestety, fale nigdy nie znikną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)