Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2012

Ten niezwykly dzień

       Robert był zwykłym, szarym człowiekiem, idealnie rozpuszczającym się w szarym tłumie. Założył nieodstającą statystycznie pod żadnym względem rodzinę. Miał zupełnie przeciętną żonę oraz dwójkę niewyróżniających się dzieci.  Każdego dnia roboczego opuszczał swoje mieszkanie by bez zbędnego entuzjazmu i zaangażowania piastować swoje urzędnicze stanowisko, marząc jak każdy inny człowiek w swojej powszechności, żeby jakoś z tej powszechności się wybić. Wzlecieć ponad przeciętność, wyróżnić się, błysnąć. Cokolwiek, co pomogłoby podnieść jego wartość we własnych oczach, w którą ostatnio zaczynał powątpiewać. Do starości było mu w prawdzie daleko, ale mimo to czuł, że nadchodzi pierwsza fala kryzysu wieku średniego i trzeba jej przeciwdziałać. Niestety, czy to wierzył w jakiś fatalizm, czy był przesiąknięty konsumpcjonizmem i materializmem, a może to po prostu przez tą swoją zwykłą przeciętność, ale jedynym środkiem jaki według niego mógł go wyciągnąć poza strefę powszechności były pieniądze. Dlatego, gdy pojawiła się okazja by się dofinansować, bez chwili zastanowienia postanowił ją wykorzystać. Łapówka w postaci 25 tysięcy euro, którą przyjął, może i nie stanowi kwoty, która znacząco zmienia życie, ale czasami może się zdarzyć, że wywróci je do góry nogami.
       Wbrew pozorom, Robert nie był w żaden sposób upośledzony moralnie, właściwie to wręcz przeciwnie. Owszem nabył pieniądze w nielegalny sposób, owszem schował je gdzieś głęboko w szafie i owszem nie powiedział o tym nawet żonie. Ale sumienie nie dawało mu spokoju i pomimo tego, że snuł bujne wizje na temat rzeczy, które sobie kupi, to jego samoocena zamiast piąć się w górę, poleciała kilka stopni w dół. Nie taki był plan. Nie trwało to jednak długo. Kilka dni po przyjęciu łapówki nadszedł, nazwijmy to, rozstrzygający dzień.
       Była to sobota, dobry dzień na niecodzienne wydarzenia. Na przykład na zmiany. Poza tym, był to również dzień ojca. Ale po tym jak Robert przyjął standardowe życzenia od swojego nastoletniego syna i po tym jak sam przedzwonił do swojego ojca, dzień ojca stał się już po prostu sobotą. Zwykłą, typową sobotą, a przynajmniej tak się wydawało. Nie można bowiem mówić hop zanim się nie przeskoczy.
- Seweryn! – Robert zakładając buty, zawołał syna z sieni.
- Noo? – odpowiedział mu głos zza uchylonych drzwi pokoju.
- Wychodzę do sklepu. Mama jest u fryzjera, więc zostajecie sami. Uważaj na małą. – odrzekł i wyszedł.
       Seweryn nie bardzo wiedział po co ma uważać na swoją młodszą siostrę. Iza za kilka miesięcy miała rozpocząć edukację w szkole podstawowej, była zatem w stanie sama się sobą zaopiekować. Oczywiście nie miał nic przeciwko, żeby się z nią pobawić, ale z drugiej strony nie miał też nic przeciwko grom komputerowym. A szczególnie przeciwko tej w którą właśnie grał z zaangażowaniem podobnym to tego, z jakim Gargamel próbował odnaleźć wioskę smerfów. To były idealne warunki do działania dla małej Izki, która do tej pory udawała, że śpi. Gdy jednak tylko zamknęły się drzwi za ojcem, dziewczynka szybko się zerwała z łóżka i przystąpiła do realizacji swojego planu-niespodzianki.
       Robert wrócił ze sklepu jakąś godzinę później. Ledwie zdążył przekroczyć próg mieszkania, gdy jego córka przybiegła go przywitać, obdarowując go deszczem serduszek wyciętych z papieru i składając życzenia dla „najlepszego tatusia”. Robert już chciał ją wziąć na ręce, gdy nagle dostrzegł, z jakiego rodzaju papieru są wycięte owe serduszka. W jednej chwili poczuł zimny pot na plecach, jego źrenice przybrały rozmiar spodków, a serce zaczęło walić jak młot pneumatyczny. Nogi się pod nim ugięły, więc chowając twarz w dłoniach usiadł na komodzie.
- Nie mogłam znaleźć kolorowego papieru, więc użyłam tego z twojej szafki – mała Iza nie bardzo rozumiejąc reakcję ojca próbowała nawiązać jakąś komunikację  – Czy… jesteś zły tato? – dodała po tym jak powoli zaczynała podejrzewać, że coś poszło nie tak jak powinno.
Nie. Robert nie był zły. Robert był wstrząśnięty. Robert był przerażony.
-To był drogi papier – odpowiedział oddychając ciężko – bardzo drogi papier…
       Nie mógł uwierzyć w to co się stało. To było po prostu zbyt absurdalne, niedorzeczne. To nie miało prawa się wydarzyć! Jego pieniądze, jego plany, jego marzenia… wszystko w jednej chwili przestało istnieć. Już to wszystko miał i nagle los mu je wyrwał z zaciśniętej kurczowo pięści. Obraz porozrzucanych w przedpokoju szczątków po banknotach omal nie przyprawił go o zawał serca. Żeby wyjść z tej sytuacji ze zdrowymi zmysłami jego umysł zaktywował wszystkie mechanizmy obronne jego psychiki.  Robert w duchu zaczął przekonywać sam siebie, że pieniądze nie są ważne w życiu, że są inne dużo lepsze sposoby wyróżnienia się ze społeczeństwa niż epatowanie bogactwem. Powoli zaczynał wręcz wierzyć, że dobrze się stało. Z każdą chwilą czuł się coraz lżej, coraz lepiej, coraz szczęśliwiej. Szok, którego doznał, był na tyle silny, że zainicjował zmiany w jego osobowości. Ocknął się w końcu z letargu i mocno przytulił swoją córeczkę.
-Dziękuję – wyszeptał – to najpiękniejszy prezent jaki mogłaś mi dać.
       Od tego dnia naprawdę dużo się zmieniło. Robert poświęcił się innym wartościom niż te które można wycenić w jakiejkolwiek walucie. Przestał marzyć o majętnościach, luksusach i wysokim statusie. Przede wszystkim skupił się na rodzinie i  bliskich, ale również i na obcych. Z każdy dniem jego relacje z ludźmi stawały się coraz lepsze, aż w końcu Robert stał się powszechnie znany i lubiany. I niespodziewanie odkrył, że nic więcej do szczęścia nie jest mu potrzebne.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Niech nastanie moda na uśmiech.

    Właściwie większość z nas ma potrzebę bycia oryginalnym i niepowtarzalnym. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby zauważyć jak bardzo ludzie próbują manifestować swoją odrębność. Np. niektórzy wspinają się po ścianie Mariotu, jakby nie mogli kulturalnie skorzystać z windy. Inni z kolei jeżdżą idealnie rzucającym się w oczy różowym Ferrari. Całe rzesze ludzi tracą czas i pieniądze by wyrazić swoje jedno jedyne ja przy pomocy odpowiedniej stylizacji wyglądu zewnętrznego, co tworzy z tłumu czasami całkiem barwną mozaikę. Tymczasem, żeby wyróżnić się z tłumu wystarczy tak niewiele. Wystarczy się uśmiechnąć. Jednak nie chodzi mi o śmianie się na cały głos z ziomkami, ale o taki błogi uśmiech odzwierciedlający pozytywne nastawienie do świata.
   Czemu tak rzadko się uśmiechamy na ulicy? Przecież w uśmiechu właściwie nie ma nic złego. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby komuś, dajmy na to, pękły od niego policzki. Zgadzam się, czasami może on nam nadać głupkowatego wyrazu twarzy. Tak, mogą się od niego robić zmarszczki. I owszem, według badań uśmiechnięci mężczyźni są oceniani jako mniej atrakcyjni fizycznie wśród płci przeciwnej. Ale to wszystko drobiazg w porównaniu do profitów, które płyną z jego stosowania.
   Cielesność z naszym stanem umysłu przeplatuje się w jeszcze większym stopniu niż nam się wydaje. Wystarczy przybrać inną pozycję fizyczną, żeby delikatnie zmienić kierunek myśli. Np. jak twierdzą naukowcy, stojąc z założonymi rękami człowiek okazuje się być bardziej zdecydowanym. Albo inny przykład, kiwanie głową w rytm „tak” w trakcie zamartwiania się spowoduje wzrost negatywnego wpływu naszych smutków. Podobnie jest z uśmiechem. Aktywując go, nasz umysł przechodzi na jasną stronę mocy. A jak uśmiechniemy się do swojego odbicia w lustrze, to efekt będzie podwójny. I od razu świat wygląda przyjaźniej.
    I to by było na tyle z teorii. Z praktyką jest nieco trudniej.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Urbanizacja Rotka

   I stało się. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę intrygi oraz złożonych przeze mnie obietnic in blanco, tudzież mojego własnego zrzędzenia, wylądowałem ponownie w słynnym mieście, to jest w Pruszkowie. Dzielę tutaj z moim bratem i jego dziewczyną mieszkanie o powierzchni niewiele większej niż powierzchnia chusteczki, dzięki czemu na dywany nie trzeba wydawać fortuny.
   Muszę przyznać, że pomimo moich obaw, Pruszków okazał się być przyjemnym miastem… jeżeli  tylko lubicie chodzić z połamanymi żebrami i rękojeścią noża wystającą z brzucha. Nie no, bez takich. Na dzień dzisiejszy to już naprawdę bezpieczna miejscowość… o ile jesteście dzieckiem znanego gangstera. Eh, dobra, koniec z tymi durnymi żarcikami. Z ręką na sercu przyznaję, że mieszka się tam całkiem dobrze. Mam pokoik z widokiem na park, skąd z wielką wesołością obserwuję jak obłąkani ludzie tarzają się po ziemi ze swoimi czworonogami. W dodatku pozytywnie zaskoczyła mnie masowa ilość rowerzystów, przebieżających ten niewielki skrawek zieleni. Nie wiem skąd w ogóle wzięło się tyle rowerów w Pruszkowie. Pewnie kradzione.
   O ile za oknem dzieją się rzeczy pasjonujące i nie z tej ziemi, to po wewnętrznej stronie ścian nie dzieje się prawie nic, do tego stopnia, że widzę jak zastyga czas w powietrzu. A to dlatego, że na zawarość mojego pokoju składa się jedynie łóżko i szafa, która rzecz oczywista stoi pusta. Nie zabrałem z domu praktycznie nic. Nie mam w mieszkaniu komputera, wieży, gitary, pianina, telewizora ani nawet biurka. Wszystko czym muszę się zadowolić to książki. Bo to naprawdę dobry układ. Mam dużo zaległości czytelniczych, a teraz nareszcie mogę się poświęcić całkowicie ich nadrabianiu.
   Ale ale, oczywiście jest pewien haczyk.  Na weekendy wracam do domu. Ciężko sobie wyobrazić mój nastrój, gdy nadchodzi piątek, a ja wsiadam w kolejkę i jadę na moją wieś. Każdego piątku czuję się jakbym wracał do kraju po przymusowej emigracji, trwającej przynajmniej kilka wieków.  A kiedy już pojawię się w moim kochanym, prawdziwym, naukochańszym pokoju, pierwsza rzecz na którą patrzę to… pianino. Serio, to niewiarygodne uczucie, które udziela się chyba tylko takim pojebusom jak ja, ale kiedy patrzę na to pianino po 4 dniach nieobecności… nie da się tego opisać. To nie jest rozkosz, radość, eforia czy ekstaza. Nic z tych rzeczy. To jakaś taka błogość, wewnętrzna harmonia, przekonanie, że wszystko jest tak jak powinno być, a ja właśnie znajduję się we właściwym miejscu. I to że nie umiem na nim grać nie ma nic do rzeczy.

środa, 14 września 2011

Mała rewolucja w domu

   Z pewnością każde dziecko wie, że rodzice to niemały problem i potrzeba do nich nieskończonych pokładów cierpliwości.  Poziom trudności wychowania sobie grona rodzicielskiego dorównuje czy może wręcz przebija poziom trudności opanowania umiejętności przesuwania przedmiotów siłą woli.
   Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę.  A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.

niedziela, 3 lipca 2011

Gdybym wiedział to co wiem

   Tak, pomyłki chodzą po ludziach. Kiedyś na przykład zdarzyło mi się pomylić toaletę damską z męską. Od tego czasu bacznie analizuję oznaczenia na drzwiach łazienek, a w kieszeni zawsze noszę ściągawkę na której mam wyjaśnione co oznaczają owe symbole. Innym razem wracając z kolegą ze szkoły tak bardzo zachwyciłem się pewnym modelem samochodu, że zacząłem się do niego przytulać. Pech chciał, że nie zdążyłem w porę zauważyć, iż w środku zasiadują sobie jacyś ludzie. Ale przynajmniej w jednej kwestii nigdy się nie pomyliłem. Mianowicie w ocenie aktualnego nastroju mojej kotki. Zawsze zakładałem, że jest rozjuszona i zawsze miałem rację!
   Najgorsze jednak jest gdy człowiek żyje w błędzie, a mimo wszystko jest przekonany, że ma rację. Wydaje mu się, że pozjadał wszystkie mózgi włącznie z rdzeniami. Później się okazuje, że owszem pozjadał, ale chyba mózgi jakiś imbecyli albo motyli. I idzie ślepo przed siebie, nieczuły na przekonywania  bliskich, głuchy na rady swojego chomika. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że zmierza on w złym kierunku. Rzeczy na jego biurku układają się w magiczne symbole po czym w tajemniczy sposób zmieniają miejsce położenia i trzeba ich szukać. Automatyczne drzwi w sklepie nie chcą się otworzyć za pierwszym razem, a w środku jakaś osoba przed nim wykupiła ostatniego Kubusia, na którego miał wielką ochotę. Wypożycza książkę z biblioteki i zastaje tam podkreślone na jaskrawy kolor podgniłej wiśni słowo „zawróć”. W końcu wychodząc z domu napotyka zdechłą mrówkę, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale on, zadufany człowiek nie zwraca na to uwagi. Brnie dalej. Aż w końcu dochodzi do katastrofy, która na zawsze zmienia dzieje jego życia. Ale wtedy jest już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń. Musi dźwigać ciężkie brzemię, każdego poranka zastanawiając się jakby to było wspaniale, gdyby nie podjął tamtej złej decyzji. Bywa.

poniedziałek, 30 maja 2011

Dziwny jest ten świat; epizod pierwszy

    Kiedyś jak byłem mały i głupi (czyli tak jak teraz, z tym że urosłem) wierzyłem, że jeżeli coś jest dobre to świat to doceni i wkrótce wszyscy będą mogli tego zaznać. Innymi słowy myślałem, że dobry produkt sam się wypromuje. Ale wtedy również myślałem, że patelnia to wieżyczka od czołgu dla skrzatów i że klocki lego ożywają w nocy.
   O tym jak wiele jest w stanie zdziałać promocja oraz tworzenie odpowiedniego wizerunku przekonałem się tak naprawdę dość niedawno. Mianowicie natknąłem się na bloga, naczelnego bloggera w Polsce, czyli Kominka, którego popularność , rosnąca normalnie jak opętany bambus, jest dla mnie fenomenem. Oczywiście bardzo lubię Kominka (tzn. może nie samego Kominka, ale jego twórczość, a przynajmniej jakąś jej część ), ale uważam, że w blogosferze można odnaleźć dużo bardziej wartościowe perełki, które takiego aplauzu jak jego blog, się jakoś nie doczekały. Rzecz jasna nie mówię o sobie, bo ja nie jestem nawet godzien sprzątać kup po psie Kominka (jeżeli go ma, a jak nie ma to tym bardziej). Natomiast szczerze uważam, że tacy Voluś i Nivejka piszą od niego lepiej, a mimo to nie zdobyli nawet ułamka takiej audiencji. Oczywiście jestem świadomy, że to nie ta „branża”, że Kominek pisze dla młodzieży, która jest przecież najbardziej aktywną grupą wyjadaczy Internetu, ale mimo wszystko to nie uzasadnia tak wielkich różnic w oglądalności.
   Smuci mnie, że tak wiele smakołyków dla duszy nie jest w stanie się przebić przez komercyjne sito. Boli mnie jak pomyślę, że gdzieś tam daleko jest coś wspaniałego o istnieniu czego nie mam pojęcia.  I że szukanie muzycznych delicji muszę brać w swoje ręce, bo radio mnie w tym nie wyręczy.
   Najgorsze jest jednak to, że ludzka psychika jest na tyle elastyczna, że osoby trzecie mogą ją ugniatać jak plastelinę. Że wszystko można tak zaaranżować, żeby stało się atrakcyjne w oczach odbiorcy. Że można tak przekabacić człowieka, żeby polubił coś, o czym zawsze myślał, że nigdy nie polubi. Marny produkt można sprzedać, tylko dlatego, że ma ładne opakowanie, albo dlatego, że gwarantuje nam on przynależność do jakiejś grupy społecznej. Czasami sama forma staje się po prostu dużo ważniejsza od treści. W ten sposób tandetny plastik unosi się na wodzie, podczas gdy kamienie szlachetne idą na dno. Szkoda trochę, nie?

   PS. Ale zacząłem biadolić, coś mi ten blog popada w ruinę. Plantację farmazonów opanowały chwasty!

środa, 4 maja 2011

Smaczny dymek

    Komary świętują, bo nadszedł ich upragniony sezon, w którym będą mogły zebrać krwawe żniwo. Ku ich uciesze ludzie aktywowali grill-mode i zaczynają spędzać wieczory na dworze, stając się dla nich łatwym celem. Łupy będą srogie. Czasami mam wrażenie, że gość który wymyślił grilla pracował dla jakiejś szajki tych latających popaprańców! Tak, popaprańców! Wybaczcie, ale okoliczności naprawdę wymagają użycia tak mocnych słów.
   Dobra, ale skąd bierze się takie powodzenie grillowania wśród ludu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to wbrew pozorom trudne pytanie przeanalizowałem literaturę znad Mezopotamii oraz stare zapisy Azteków. Wynika z nich, że ludzie dlatego lubią grillować, bo jest to niezwykle podobne do palenia sheeshy. Tylko spójrzmy: jest węgiel, jest piwko, jest towarzystwo. Czego chcieć więcej? Wszyscy dobrze się bawią, czas leci miło i wesoło.  Poza tym zauważyłem, że ludzie zbierający się dookoła grilla stanowią swego rodzaju zamkniętą kastę. Trochę jak Power Rangers, którzy połączyli swoją moc i scalili się w jedno*. Przez to czasami zamieniają się w grono, które dość gwałtownie reaguje na intruzów naruszających im święty porządek imprezki. I takim intruzem miałem nieprzyjemność być.
   Swego czasu będąc konsultantem Oriflame`u wyszukiwałem miejsc, w których zasiadywały tuziny osób i próbowałem się do nich przebić z moimi katalogami. Więc w skrócie mówiąc, chodziłem po domach, w których diagnozowałem symptomy grillowania. Kulturalnie korzystałem wtedy z domofonu i pytałem czy można wejść przedstawić ofertę. I raz o dziwo mnie wpuścili, ale jak się okazało przez przypadek! Nieświadomy pomyłki wszedłem czym prędzej na ichnią działkę i udałem się w stronę gęsto skupionego tam ludzia. Niestety nawet nie zdążyłem dojść, bo jakiś gość się rzucił na mnie i bardzo efektywnie, choć bez użycia brzydkich słów, zasugerował ewakuację. Minę przy tym miał jak tygrys kopnięty w zadek. No zupełnie, jakbym przyszedł mu zabrać tego grilla. Serio, gdyby jedyny sprzedawca orzechów laskowych w okolicy przywitał mnie taką miną, to choćby nie wiem na jakim byłbym głodzie orzechowym to bym ich nie kupił! Dlatego błyskawicznie skuliłem ogon i wycofałem się błyskawicznie w bezpieczne miejsce z dala od jego posesji, jednak jego mina prześladowała mnie jeszcze długo po tym wydarzeniu. Na Świętą Rozwielitkę z Zaczarowanych Wód Gwadalkiwiru, ludzie, wyluzujcie trochę z tymi waszymi grillami.

   *wiem, że może wam być ciężko wychwycić analogię, ale wierzcie mi, że ona tam jest, no przynajmniej w moim świecie

czwartek, 21 kwietnia 2011

Być niejadalnym - oto jest marzenie.



   Wiele osób na świecie jest oburzonych przerabianiem zwierzęcej sierści na ekskluzywną odzież. Gdy jakaś dama pojawi się na ulicy w dostojnie wyglądającym futrze to musi się liczyć z tym, że zostanie jej przypięta metka „bezdusznej pogromczyni Bogu ducha winnych stworzonek”, która dla zabawy wkłada koty do mikrofalówki, traktuje paralizatorem chomiki oraz głodzi króliki po czym rzuca im sztuczną marchewkę z jakiegoś twardego materiału. Dlatego momentalnie zostanie obrzucona karcącymi spojrzeniami obrońców praw zwierząt, których na takie futro niestety nie stać. Żeby było jasne, wcale mi się nie podoba zabijanie futrzaków tylko po to, żeby ktoś później mógł podkreślić swoją pozycję społeczną poprzez wyrafinowane odzienie. Ale pójdźcie do kurnika i poopowiadajcie tamtejszym kurom o problemach takich powiedzmy norek. Wygdakają was.
   Nowoczesne kurniki to najzwyklejsza fabryka jajek. Kury są tak ciasno upakowane, że nawet nie mogą się obrócić. Jak wiadomo brak minimalnej przestrzeni do życia rodzi agresję, więc kury atakują się nawzajem. Pomysłowy człowiek, żeby nie dopuścić do tego aby kury się powygryzały (bo to by oznaczało tylko straty finansowe), najzwyczajniej obcina im dzioby. W ogóle życie zwierząt hodowlanych, które później trafiają na nasze stoły to najgorszy z możliwych koszmarów. Bo obawiam się, że chów tradycyjny, w którym zwierzęta hodowane są na świeżym powietrzu ze wszystkimi tego zaletami, stosowany jest już tylko w FarmVille.
   W związku z tym jakaś tam garstka osób postanowiła zostać weganami. Trąbi się o tym, że to takie zdrowe, że jest to dieta wolna od nasyconych kwasów tłuszczowych, że daje masę energii i w ogóle sprawia, że Twoje życie staje się szczęśliwe, a wszystkie psy na Twój widok zaczynają machać ogonem. Ale to stek głupot. Człowiek jest wszystkożercą. Jeżeli, ktoś naprawdę bardzo chce się przerzucić tylko na roślinki, to musi posilać się soją, która jest jedyną rośliną zawierającą pełnowartościowe białko. Ale tu jest problem, bo soja jest rośliną, która najczęściej jest poddawana modyfikacji genetycznej. A żywność modyfikowana genetycznie to kolejny temat kontrowersyjny dla Eko-ludzi. Poza tym pojawiły się doniesienia, że soja zmniejsza produkcję testosteronu, co może zniechęcić płeć brzydką do jej spożywania..
   Tak więc trzeba się pogodzić z tym, że zwierzęta umierały, umierają i będą umierać po to żeby było nam dobrze. Tak zorganizowany jest świat, więc nie to jest problemem. Problemem jest brak humanitarnego podejścia do ich hodowania i uśmiercania, wywołany ciągłym dążeniem przedsiębiorców do zwiększania zysków. Z drugiej strony, gdyby nie produkcja masowa, cena jedzenia byłaby dla wielu osób nie do zaakceptowania. Niestety tkwimy nieco w matni.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Rysią przed siebie.

   Czy jest coś lepszego niż słuchanie muzyki? Jest kilka dziewczyn, na których patrzenie może być do tego porównywalne. Jest wiele miejsc na ziemi, w których przebywanie z pewnością też jest równie fascynujące co doświadczanie melodii. Grałem również w kilka gier i przeczytałem kilka książek, po których długo nie mogłem dojść do siebie, tak byłem nimi oczarowany. No i jest jeszcze zielona herbata z owocem pigwy oraz orzechy laskowe. Czyli może słuchanie muzyki wcale nie jest absolutnym numerem jeden. Ale tą czynność zawsze można połączyć z innymi. I niepodważalnie najcudowniejszą rzeczą na świecie jest kombinacja radio+samochód. Co jak co, ale delikatnie przebijający się ryk silnika przez muzykę najzwyczajniej potęguje doznania płynące ze słuchania. Puszczasz swoje ulubione utwory, dajesz gaz do samej podłogi i znajdujesz się w stanie Nirwany. Oczywiście nie w moim Punto, bo do niego to tylko muzyka poważna pasuje (nie mam nic przeciwko muzyce poważnej, ale niech ona lepiej pozostanie w domu). No bo jak tu niby słuchać czegoś żwawszego, gdy jadąc ma się przed sobą jedynie tyłek jakiegoś ślimaka. Na szczęście rodzice mają lepsze samochody, więc im zabieram.
   Jak rozmawiałem z moim bratem ciotecznym to on też stwierdził, że prowadząc samochód w kierunku zachodzącego słońca, z Guns&Roses w tle, miał najzwyczajniej ochotę zatrzymać czas. Na zawsze. Chwilo trwaj. I tyle. Zacząłem się zastanawiać skąd się biorą te emocje w takich okolicznościach. Może gdzieś w naszej podświadomości mamy zakodowane, że ruch to zmiany. A gdy słuchamy ulubionych kawałków to te zmiany wydają się zmianami na lepsze. Towarzyszy nam przekonanie, że uciekamy od problemów już na amen i zmierzamy do innego wymiaru, gdzie z otwartymi rękami czeka na nas szczęście. Iluzja, bo iluzja, ale jaka piękna. A może po prostu jest to efekt synergiczny wynikający z połączenia dwóch przyjemnych czynności. Nie wiem, ale cieszę się, że człowiek tworzy muzykę i samochody.

wtorek, 22 marca 2011

Polowanie na ludzi rozpoczęte

    Przez sterylnie czystą szybę w laboratorium wpadały ostatnie promienie dnia, nieśmiało rozświetlając pomieszczenie.  Na biurku stała mieniąca się w zachodzącym słońcu klatka, w której znajdowały się dwa osowiałe szczury. Ich opadające aż do samej podłogi wąsy świadczyły o niewymownym przygnębieniu. Zwykle o tej porze klatka była już otwarta i dwaj jej mieszkańcy entuzjastycznie zabierali się do pracy. Ale nie dzisiaj.
   Pinky stał oparty o ściankę i patrzył smutnym wzrokiem na przyjaciela, który siedział załamany w kącie klatki. Mózg wyglądał jak trup. Jego sierść straciła dawny blask. W oczach zgasła pasja, a jej brak podkreślały głębokie wory pod oczami. Najwyraźniej nie spał już od dawna.
- O co chodzi, Mózgu? - zapytał Pinky zatroskanym głosem.
- To już koniec, Pinky. - odpowiedział mu zdruzgotany głos Mózga. Nie było w nim dawnej pewności siebie. Pinky był wstrząśnięty.
- Koniec czego? - kontynuował indagację, jak zwykle nie pojmując spraw oczywistych.
- No nasz koniec - westchnął zapytany – Nie mamy już po co żyć, Pinky. Zawiedliśmy. Nie udało nam się podbić świata. Oni byli pierwsi. Teraz już za późno… - wypowiadając ostatnie zdanie w jego oku zalśniła łza. W takim stanie Pinky nie widział go nigdy.
- Ale jacy oni?
   Serie pytań głupiego szczura zawsze irytowały Mózga, wywołując wybuch gniewu i niedowierzenia jak głupi może być szczur laboratoryjny. Teraz jednak nie miał siły się denerwować.
- Marketingowcy Pinky, marketingowcy… - odrzekł tylko cicho, zaciskając pięści.

   Przyczajeni marketingowcy czyhają wszędzie. Opanowali techniki aburajskich ninja, którzy słyną z aburajskiej skuteczności. Posiedli moc, której nie są w stanie oprzeć się nawet najznakomitsi rycerze Jedi. Przyswoili wiedzę z zakazanych ksiąg, zawierających wiedzę tak bardzo obszerną, że ja pierdolę. I nie zawahają się tego wszystkiego użyć, aby cię przekonać, że twoje życie nie jest pełne dopóki nie pójdziesz za głosem ich rady. Marketingowcy wiedzą, że pieniądze szczęścia nie dają i mają poczucie misji, żeby uwolnić od ich ciężaru jak największą ilość ludzi. A sami biorą na siebie to brzemię i postanawiają cierpieć za pieniądze innych. I nie spoczną dopóki nie wycisną ci ostatniego grosza z portfela albo nie wyzerują konta. Ich troska o dobro ludzkie jest bezgraniczna. Choć czasami muszą sięgać po środki, które nie zawsze wydają się przyzwoite, to pamiętajmy, że cel uświęca środki. Bo widzicie na ekonomii uczą, że głównym celem przedsiębiorstwa jest maksymalizacja zysku. Nie ma przebacz.

piątek, 18 marca 2011

Naprawdę nie wiem skąd on się tu wziął!

   Jasne, że kocham rower. I to pod każdą postacią. Jeżeli ktoś by upiekł mi ciasto w kształcie roweru, to zjadłbym je, nawet gdyby było upieczone z siana i przyprawione uranem. Gdybym był super bohaterem jak Batman to moim symbolem byłby właśnie bicykl. Rower dostarcza więcej przyjemności niż armia pączków dostarcza kalorii. Jeżeli jakiś akwizytor zapukałby któregoś dnia do moich drzwi i powiedział, że sprzedaje maszynę rozkoszy to bez chwili zastanowienia zaprosiłbym go na herbatę i czym prędzej chciał zapoznać się z jego ofertą, myśląc że handluje on rowerami. A teraz już wiosna przejmuje pałeczkę, więc znowu zaczyna się sezon na jeżdżenie. Sezon radości. Ale nie o tym miałem pisać.
   Jakiś niedawny czas temu przyjechał starszy, sympatyczny gość z węglem. Wiecie takie czarne kamyczki, które się pali. Coś jak zioło, tylko że dla pieca. Pomogłem ludkowi rozładować towar, po czym wywiązała się krótka rozmowa. Pan od węgla nie omieszkał stwierdzić, że nasz dom znajduje się na kompletnym odludziu i nic w pobliżu nie ma. Zaraz, zaraz. To, że wyprawę do sklepu planujemy skrupulatnie przez miesiąc, po czym przez następny miesiąc organizujemy zasoby niezbędne do realizacji tego epickiego przedsięwzięcia wcale nie znaczy, że żyjemy na zadupiu! No dobra, kogo ja chcę okłamać. Oczywiście, że żyjemy na zadupiu. Dlatego przyznałem, mu rację mówiąc, że bez samochodu tutaj jest się niczym ogórek zamknięty w słoiku. W wyniku tych zawiłych okoliczności, ziomek uraczył mnie opowieścią o jego czasach. Okazało się, że gdy był mały, samochody właściwie nie istniały. Dlatego w grę wchodziły tylko rowery. I to takie, które wręcz samemu sobie budowali, pokraczne i amatorskie, ale jeżdżące. A dzisiaj… dzisiaj to on widuje wyrzucone na śmieci rowery, takie prawdziwe i zupełnie nie może zrozumieć jak można czegoś takiego się pozbywać. Za młodu pewnie wypiłby całą butelkę tranu, żeby takie cudo posiadać. Z racji moich poglądów gorliwo-skwapliwie mu przytaknąłem, że to się nie godzi, żeby rower taki los mógł spotkać. Następnie podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i każdy poszedł w swoją stronę.
  To znaczy on pojechał, a ja udałem się pochodzić trochę po naszym stawiku. Bo wiadomo, nic tak nie relaksuje jak chodzenie po wodzie. Wprawdzie po zamarzniętej wodzie to już nie ten sam efekt, ale zawsze coś. Przechadzając się w tą i z powrotem rzuciłem okiem na małą kupkę śmieci, które z racji jeszcze w miarę świeżej przeprowadzki, wciąż znajdowały się na naszej posesji. I o zgrozo! Leżał tam rower mamy… Ciekawe czy pan od węgla też go dostrzegł?

wtorek, 1 marca 2011

Pasja buduje, gnuśność rujnuje. Czy jakoś tak.


   Pierwszy rok studiów był prześliczny. Skumulowało się w niemalże tak dużo wspaniałych chwil, co w jednym semestrze liceum. Tzn. bardzo dużo. To więcej niż ilość karaluchów w pobliskim akademiku. Byłem tak zachwycony, że o zgrozo, nabyłem aż dwa podręczniki. Co więcej, kilka razy nawet do tych podręczników zajrzałem. A to dzięki temu, że znalazło się kilku intrygujących prowadzących. Wśród nich był jeden szczególnie osobliwy. Wujek Stan… Tak kazał nam się do siebie zwracać. Bardzo lubił przychodzić na zajęcia w karaibskim wieńcu z kwiatów i wiecznie wietrzył zęby w szerokim uśmiechu. Rany, ileż on musiał w życiu much spożyć, jak tak ciągle lata z tą otwartą paszczą. Do tego, w jego oczach tliło się jakieś wesołe szaleństwo. To trochę sprawiło, że autorytetem w naszych oczach nie był, podobnie jak proca w oczach mrówki nie jest rodzajem transportu.
   Ćwiczenia u wujka Stana opierały się na referatach przygotowywanych przez studentów. Zatem nie trudno się domyślić, że z jego zajęć nie wynieśliśmy żadnej wiedzy. Serio, jestem zdziwiony, że do mowy polskiej określenie „studencki referat” nie weszło jeszcze jako synonim słowa „największy możliwy chłam”. Skutki prowadzenia lekcji przez studenta przypominają  skutki operacji plastycznej dokonanej przez  Edwarta Nożycorękiego.  Jest jeszcze gorzej niż było na początku. Ale nic nie szkodzi. Wujkowi Stanowi nie chodziło o to, żeby wbić nam głupie, suche teksty do głowy. On nas chciał nauczyć czegoś więcej. Nastawienia. Postawy.
   Pierwsze zajęcia były nadzwyczajne i absurdalne. Kazał nam stanąć w kółku, złapać się za ręce i powtarzać za nim słowa: „Drogi bracie, droga siostro, bardzo cię szanuję i zawsze jestem gotów nieść ci pomoc…” jakoś tak to się zaczynało i trochę trwało. Kompletnie jak jakaś modlitwa. Sam Wujek Stan wydawał się być jakimś misjonarzem, próbującym ocalić świat od zła. Podśmiewaliśmy się trochę z niego, ale naprawdę chciałbym, żeby takich ludzi było jak najwięcej. Któregoś razu spojrzał na nas i stwierdził, że chyba nie jesteśmy do końca zintegrowani. Wtedy kazał nam wstać i zacząć się do siebie nawzajem przytulać. I tak nasze studia zamieniły się w nasze małe, wspólne przedszkole. Wujek Stan miał też obsesję na punkcie Żydów. Ciągle nam o nich opowiadał. Mówił między innymi, że ten naród dlatego jest bogaty, bo gdy jeden z nich znajdzie się na szczycie to pomaga drugiemu się tam wspiąć. Natomiast, gdy Polak się znajdzie na górze, to zrobi wszystko, żeby nikt inny się tam nie dostał.
  Jednak prawdziwym przesłaniem jakim chciał się z nami podzielić ten poczciwy człowiek było „nic nie zatrzyma rozpalonej duszy ludzkiej”. To zdanie pojawiało się wielokrotnie na zajęciach, powtarzane aż do znużenia. Podkreślał rolę wewnętrznej motywacji na każdym kroku, tak jakby była ona jakimś absolutem. Przepis na sukces według Wujka Stana był prosty: zaraź swoich współpracowników pasją. Bo dla człowieka z pasją nie ma rzeczy niemożliwych…

czwartek, 3 lutego 2011

Więc chodź pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko...

   Najważniejsze wyrazy zaczynają się na literę K. Tylko spójrzcie: kimać, kochać, kobieta, komputer, kanapka, kurwa…  długo by wymieniać, ale nie o to chodzi. Bo najważniejsze z najważniejszych są i tak kreatywność, koncentracja i to co się z nią wiąże, czyli kontrola myśli.
   Jak już wspominałem, kiedyś byłem mądry. Dzięki temu praktycznie nigdy nie musiałem się uczyć. Heh, gimnazjum to był śmiech na sali. Żenujący poziom trudności. Nieważne jak bardzo się starałem, to ciężko było dostać choćby tróję. Ciągle tylko głupie czwóry i piątki. Nawet w liceum nie skalałem się czynnością zwaną nauką. Oczywiście nie było już tak dobrych ocen, ale co mnie one obchodziły? Ważne było, żeby zdać.  Właściwie nauka była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Zaglądałem co i rusz do słownika sprawdzić definicję tego słowa, ale mimo, że czytałem ją po 5 razy, dalej zrozumienie tego zagadnienia pozostawało poza moim zasięgiem. Dlatego nigdy nie nauczyłem się uczyć. Nigdy nie musiałem. No dobra dosyć przechwalania się, zresztą to i tak przeszłość. Co było a nie jest nie pisze się w rejestr. I wcale nie wyszło mi to na dobre. Chodziło mi jednak o to, że miałem kolegę w gimnazjum, któremu szło fatalnie, same pały i dwóje osiągał i do dzisiaj nawet nie skończył liceum. Aleee, jego głowa zdawała się puchnąć od kreatywności. Miałem wrażenie, jakby każdy pojedynczy włos na jego głowie wpadał co chwila na jakiś pomysł co daje nam razem miliardy różnej maści konceptów. Powiem jedno. Ja tą swoją inteligencję to mogłem sobie o kant dupy potłuc. Bo co z tego, że moja rubryka w dzienniku była wypełniona piąteczkami? Otóż, gówno. Czułem się przy tym koledze jak ameba przy Einsteinie.
   Uważam, że to właśnie pomysłowość czyni życie lepszym i przyjemniejszym. I na pewno dużo bardziej kolorowym. Znacie może program „Whose Line Is It Anyway?”? Ci goście co tam występują muszą mieć wspaniałe, barwne życie. Cholernie im tego zazdroszczę. Emanują pomysłowością w jej najczystszej formie. I nieważne w jakich warunkach by tacy ludzie żyli. Oni swoimi pomysłami szarą rzeczywistość zamienią w raj.
   Jak wiemy, fabryką pomysłów jest prawa półkula mózgu, która odpowiada za myślenie abstrakcyjne. Z tego można wysnuć wniosek, że ludzie leworęczni należą do elitarnego grona ludzi naturalnie kreatywnych. I rzeczywiście tak jest. Każda osoba, którą poznałem i która okazała się władać lewą ręką lepiej niż prawą, okazała się być duszą towarzystwa, właśnie dzięki twórczemu umysłowi. Ale pomysłowość jest ważna nie tylko w relacjach międzyludzkich. Ważna jest również w pracy. I jakoś tak dziwnym trafem wyszło, że ludzie leworęczni średnio zarabiają więcej niż praworęczni. I gdzie tu sprawiedliwość?
   Dla mnie wyszukiwanie pomysłów jest jak polowanie na zwierzynę. Zastawiam sidła. Tropię. Szukam śladów. Niucham co się da. Ale jestem kiepskim myśliwym. Oczywiście marzy mi się jakaś wielka zwierzyna, typu żubr, czyli unikalny łup. Ale niestety w moim lesie nawet nie ma żubra. Więc z pustego to i Salomon nie naleje. Ale niech będzie choćby taki no krzepki dzik. Niestety z reguły kończy się na mrówce… A mrówki są wszędzie, coś najzupełniej powszechnego, więc czy można to w ogóle uznać za zdobycz? Przecież wstyd się przyznać, że złapało się mrówkę. To jak pójść na staw pełen ryb i wyłowić kalosza.
   Z kolei po drugiej stronie są właśnie tacy ludzie, którzy przyciągają pomysły jak magnes po prostu.
Do takich myśliwych żubry same przychodzą żeby jeść im z ręki. A dziki to w ogóle stadem przybywają i umawiają się z nimi na piwo.
   Ale pozostaje jeszcze trzecia opcja. Hodowla własnej trzody. Na czym by to polegało? Na skrzętnym zapisywaniu wszelkiego rodzaju pomysłu w swoim kajeciku. Bo kto wie, może jakiś głupi pomysł, o którym przeczytasz za miesiąc, stanie się punktem wyjściowym dla lepszego pomysłu, a ten do jeszcze lepszego. I oczywiście można by też mieszać je genetycznie. Nie mówię, że w ten sposób da się zbliżyć do ludzi naturalnie kreatywnych. Ale zawsze to lepsze niż zdesperowane polowanie.
   Oczywiście w tym wszystkim dużą rolę gra koncentracja, która jest moją kolejną zmorą. Obawiam się, że w mojej głowie nigdy nie utworzyła się świadomość. Wszystkim sterują procesy na które nie mam wpływu, bo znajdują się pod powierzchnią. Czyli że w podświadomości. Często czuję się bardziej jakbym oglądał film niż prowadził własne życie. Serio, moja głowa przypomina coś co było przed stworzeniem świata według Greków – kompletny chaos. To zabawne, ale jeżeli nie wpadnę na jakieś rozwiązanie w pierwszej chwili, to choćbym siedział i medytował nie jedząc i nie pijąc przez tydzień to i tak bym nic nie wymyślił(Chociaż po tygodniu nie picia to podejrzewam, że bym już nigdy nic nie wymyślił w ogóle)  Naukowcy z Krainy Deszczowców (GB) stwierdzili jakiś czas temu, że ludzie którzy oglądali w dzieciństwie za dużo telewizji, mają problemy z koncentracją. No qrde, to chyba mi rodzice już w kołysce zamontowali telewizję ze wszystkimi kanałami świata. Wszystkimi!
   Skupienie jest cholernie ważne. Ciężko rozwiązać zadanie matematyczne oglądając filmy 18+. Ciężko jest wymyśleć podążający za właścicielem bagaż, jeżeli rozmyśla się o wyższości opiekacza nad tosterem. A gdyby tak można było się skupić na piciu alkoholu, to tego stopnia, żeby upić się jedną lampką wina? Rany, cóż to byłaby za oszczędność. Tyle, że ludzie by się śmiali, ale kogo to obchodzi?
   W każdym razie z koncentracji płyną same profity. Jeżeli, umiesz się skoncentrować i kontrolować myśli niczym Yoda to zazdroszczę. Strasznie dużo ostatnimi czasy zazdroszczę. Mi do Yody jest daleko, dlatego bym chciał, żeby ludzkość wymyśliła w końcu coś co mi pomoże myśleć. Niech da mi jakąś przynętę, która będzie wabić pomysły danej kategorii, tak jak zapach jabola wabi żula. Wyobraźcie sobie, macie przed sobą fiolki każda w innym kolorze. Ich spożycie sprawi, że zaleje was fala twórczości. Np. wybieracie różową fiolkę, dzięki której wyszukane komplementy wylewają się z was pod ciśnieniem 1000MPa i zaczynacie mówić wierszem. Zażyjecie zieloną fiolkę i nagle wszędzie dostrzegacie okazję na zrobienie własnego biznesu i dorobienia się kroci w jeden dzień.  Tego mi trzeba, a nie odkrycia, że durny Pluton nie jest wcale planetą czy przyznania ślimaczkom praw rybich. Naukowcy, przyodziewajcie białe kitle i bierzcie się do roboty!
Skończyłem.

niedziela, 30 stycznia 2011

Jak w szwajcarskim zegarku.


   Poszedłem sobie wczoraj na spacer. Jako że nie znam jeszcze dobrze okolicy, wylądowałem w jakiejś bogatej dzielnicy. Upchana była nowymi, serdecznie wyglądającymi domkami, a przy każdym stały po dwa nowiutkie, przyjemnie wyglądające autka. Nie były to jednak tak spektakularne widoki jak w Podkowie Leśnej(tęsknie za tobą moja kochana mieścino), gdzie jeżeli kogoś stać, żeby kupić działkę to od razu stawia pałac dla samej służby, a sobie buduje zamek? fortecę? cytadelę? W każdym razie coś ogromnego, kunsztem dorównującemu Wiszącym Ogrodom . W ogóle tutaj nie ma gdzie chodzić na spacery. Brakuje mi cholernie lasu. Ale to pół biedy, bo najgorsze jest to, że nie ma z kim chodzić.
   Ale wracając do tematu, wędrowałem sobie wśród tego labiryntu domów i moją uwagę przykuła parka owczarków niemieckich. Mój brat chciał mieć owczarka niemieckiego, ale tata wybrał berneńskiego psa pasterskiego. I całe szczęście! Gdy patrzyłem na te owczarki to wiedziałem, że przymiotnik ‘niemiecki’ nie został wyssany z palca. Te psy są brzydkie. Bardzo. Jak ja. Czyli naprawdę bardzo brzydkie. Legendarnie brzydkie. Serio. Poza tym gdy im się bliżej przyjrzałem, zdałem sobie sprawę, że wyglądem przypominają niemiecką flagą, co przypieczętowało sprawę. Z drugiej jednak strony, nie wątpię, że są to psy niezmiernie inteligentne, łatwe do wytresowania i zdyscyplinowania. No właśnie, zupełnie jak sami Niemcy. Bo oni po prostu zostali stworzeni do wchłaniania schematów i postępowania według nich, czego wynikiem jest niesamowita precyzja i jakość wytwarzanych produktów. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że Niemcy to kraj płynący mlekiem i miodem. Ale tak naprawdę jest to kraj ociekający pragmatyzmem i pedantyzmem. To kraina samoczyszczących się sedesów i dróg, które są w stanie odbić asteroidę. I nie mówię, że to złe, gdyż uważam, że to dobre. Możecie czuć awersję do Niemców za to co nam zrobili w przeszłości. Możecie się wyśmiewać z ich poczucia humoru mówiąc, że już nawet twórcy polskich komedii romantycznych mają lepsze gusta. Możecie nienawidzić ich języka, który faktycznie brzmi jak rozchwiany emocjonalnie, styrany traktor, który wszystkimi siłami stara się odpalić, jednak nie daje rady. Ale to nie jest przypadek, że nacja która przegrała dwie wojny światowe i musiała płacić niebotycznie astronomiczne kontrybucje oraz tak naprawdę nie stanowi nawet jednolitego państwa, dzisiaj jest największą potęgą gospodarczą europy. Możecie mnie zlinczować, ale uważam że należy im się szacunek i cichy podziw. Naprawdę moglibyśmy się dużo od nich nauczyć.

piątek, 21 stycznia 2011

Przepraszam, którędy do Szczęścia?


   Gdzie leży szczęście? Zapytany o to Google Map entuzjastycznie przystąpił do poszukiwań i już po chwili nieprzyzwoicie radośnie merdając ogonem podał mi współrzędne (kto go nauczył tak sprawnie aportować?). Otóż Szczęście leży gdzieś pod Radomiem. Ale nie Google Mapo, przykro mi, ale nie o to mi chodziło. Udałem się więc do Ojca Google Mapa, czyli do jego wszechwiedzącej Googlowatości Google.Com`a I Wielkiego, ale on również nie wie gdzie jest szczęście. Owszem coś tam niby podejrzewa. Gdy uciąłem sobie z nim pogawędkę przy herbatce, zarzucił mnie tonami teorii o szczęściu. Ale żadna do mnie nie przemówiła. Gdyby posmarować kromkę chleba jedną z tamtych teorii to powstałaby pierwsza na świecie niejadalna kanapka (co trochę gryzie się z definicją kanapki, bo ja jestem święcie przekonany, że kanapka jest po to żeby była jadalna). Moim zdaniem szczęście leży gdzieś za Jeziorem Marzeń, daleko na wschód od Kanionu Kłopotów i nieco na południe od Krainy Nadziei i Złudzeń, a wchodzi się do niego przez Łuk Triumfalny zbudowany ze szczerego, pachnącego piernika i w centrum zastaje się fontannę mlekiem i miodem płynącą.
    Gdyby szczęście było kobietą, to była by to kobieta o nieskazitelnej, perfekcyjnej urodzie, która jednym trzępotnięciem rzęsą zmusiłaby cię do udawania kurczaka w tłumie wygłodniałych lisów.  Przy okazji byłaby nieprzekupna, a wszelkie próby jej poderwania kończyły by się bardzo bolesnym doświadczeniem zwanym pieszczotliwie ‘liściem’.  Tylko co z tego, jeżeli całe swoje życie spędziłaby w jakimś schronie atomowym 10 km pod ziemią i tyle byśmy ją widzieli.
    Jak byłem jeszcze mały i mądry (tak kiedyś byłem mądry) podjąłem pierwsze badania na temat szczęścia. W związku z tym, że w sumie nie było to tak dawno, to już wtedy zdążył się rozszaleć konsumpcjonizm. Zatem założyłem, że podstawą szczęścia jest posiadanie dóbr materialnych. Wychodząc z tej konkluzji, dotarło do mnie, że żeby być szczęśliwym trzeba mieć wszystko to co się chce. A żeby mieć wszystko co się chcesz wystarczy, że nie będziesz chcieć więcej niż posiadasz. Logiczne. I zapragnąłem to wprowadzić w życie. Tak po prostu nic nie chcieć. I chyba mogę dziś powiedzieć, że mi się to całkiem udało. Doszło nawet do tego, że jak dostaję od kogoś banknoty to owszem, uśmiechnę się, podziękuje uprzejmie, kulturalnie wszystko przeprowadzę. Tylko co ja z tą kasą zrobię? Oprawię w ramkę i powieszę na ścianie? Pobawię się w origami i złożę różę? A może użyję jako papierka do zawijania gumy do żucia? Nie no to ostatnie może nie, jakiś szacunek do pieniądza trzeba mieć. Poza tym gumy do życia wypchane są aspartamem jak mech pierwiastkami promieniotwórczymi w okolicach Prypecia. Oczywiście należy uwzględnić, że jestem na utrzymaniu rodziców, więc dach nad głową i wyżywienie mam za darmo.
    Czy zatem jestem szczęśliwy? Oczywiście, że nie! Bo po pierwsze to, że nic więcej nie chcę wcale nie oznacza, że cieszę się tym co mam. Bo po drugie dotyczyło to tylko rzeczy materialnych a nie tych innych. (Na przykład dalej chciałbym być znów mądry). A po trzecie, założenie, że tylko posiadanie daje szczęście jest głupie! (Tak wprawdzie byłem wtedy mądry, ale nawet geniusze mogą się mylić)
Dzisiaj uzbrojony w najnowszą, najbardziej aktualną, Maximus Optimus rzeczową i konkretną wiedzę mogę powtórzyć za wielkimi głowami jakie są składniki szczęścia:
-Spokój ducha, brak natręctw czy innych problemów z głową
-Dobre zdrowie, wolność od problemów fizycznych i w ogóle bycie pełnym sił i energicznym
-Dobre relacje z ludźmi, posiadanie kogoś o kogo się troszczy i kto troszczy się o nas
-Poczucie sensu i celu w życiu
-Niezależność finansowa
-Samorealizacja, poczucie własnej wartości i szacunek do siebie
    No dobra, wykułem się teraz tego na pamięć, tylko że dalej kurwa nic nie wiem. I szczęścia na horyzoncie wciąż nie widzę, i chyba nie zobaczyłbym nawet jakbym użył domowego teleskopu Hubble`a.  Heh, ja nawet nie znam odpowiedniego azymymutu…
    Na koniec przypomniałem sobie jeszcze, że mimo iż każdy z nas pragnie szczęścia, to każdy ma inny sposób na jego osiągnięcie. Zatem wbrew temu co poniektórzy spece od marketingu chcą nam wmówić, nie ma żadnej uniwersalnej recepty na szczęście. Jesteśmy zdani tylko na siebie w poszukiwaniu swojego raju. Szkoda. Chociaż w sumie pozostaje nam jeszcze wszczepienie elektrod w ośrodki odczuwania przyjemności w mózgu i nadużywać ich stymulacji… Ale o nauce to nie dzisiaj.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...