Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 kwietnia 2012

Reklama święta

   Byłem wczoraj na cmentarzu posprzątać groby, bo to ponoć idealna okazja na takie eskapady. Nie wiem jaki ma sens zdmuchnąć kilka listków z marmurowej płyty, ale nie mnie kwestionować wolę grand starszyzny. I gdy tak lawirowałem w tym labiryncie nagrobków, jeden szczegół wzrok mój przykuł. Otóż na tych najnowszych grobach, kamieniarze przygotowujący pomniki, wykuwają reklamę swojej działalności.  Nosz ja p… Osobiście grób nie jest dla mnie żadnym symbolicznym miejscem, a rytuał pochówku jest dla mnie zupełnie odarty z mistycyzmu. A jednak nie mogę zdzierżyć, że ktoś umieszcza reklamę w takim właśnie miejscu, które bądź co bądź przez wielu uważane jest za święte. Nie mogę tego zdzierżyć, bo doprowadza mnie do furii ta ekspansja marketingu na każdą, KAŻDĄ! dziedzinę naszego życia, rujnując w ten sposób „atmosferę”. A ja jak wiadomo ideologicznie nie znoszę marketingu, bo jest pochodną konsumpcjonizmu, który obwiniam za całe zło tego świata. I teraz pytanie: co dalej? Może chirurdzy plastyczni zaczną tatuować swoje reklamy na pacjentach? Np. na sztucznym cycku byłoby napisane „Made by Doc X”. A może płatni mordercy będą grawerować dane kontaktowe na nabojach? Paranoja…

poniedziałek, 30 maja 2011

Dziwny jest ten świat; epizod pierwszy

    Kiedyś jak byłem mały i głupi (czyli tak jak teraz, z tym że urosłem) wierzyłem, że jeżeli coś jest dobre to świat to doceni i wkrótce wszyscy będą mogli tego zaznać. Innymi słowy myślałem, że dobry produkt sam się wypromuje. Ale wtedy również myślałem, że patelnia to wieżyczka od czołgu dla skrzatów i że klocki lego ożywają w nocy.
   O tym jak wiele jest w stanie zdziałać promocja oraz tworzenie odpowiedniego wizerunku przekonałem się tak naprawdę dość niedawno. Mianowicie natknąłem się na bloga, naczelnego bloggera w Polsce, czyli Kominka, którego popularność , rosnąca normalnie jak opętany bambus, jest dla mnie fenomenem. Oczywiście bardzo lubię Kominka (tzn. może nie samego Kominka, ale jego twórczość, a przynajmniej jakąś jej część ), ale uważam, że w blogosferze można odnaleźć dużo bardziej wartościowe perełki, które takiego aplauzu jak jego blog, się jakoś nie doczekały. Rzecz jasna nie mówię o sobie, bo ja nie jestem nawet godzien sprzątać kup po psie Kominka (jeżeli go ma, a jak nie ma to tym bardziej). Natomiast szczerze uważam, że tacy Voluś i Nivejka piszą od niego lepiej, a mimo to nie zdobyli nawet ułamka takiej audiencji. Oczywiście jestem świadomy, że to nie ta „branża”, że Kominek pisze dla młodzieży, która jest przecież najbardziej aktywną grupą wyjadaczy Internetu, ale mimo wszystko to nie uzasadnia tak wielkich różnic w oglądalności.
   Smuci mnie, że tak wiele smakołyków dla duszy nie jest w stanie się przebić przez komercyjne sito. Boli mnie jak pomyślę, że gdzieś tam daleko jest coś wspaniałego o istnieniu czego nie mam pojęcia.  I że szukanie muzycznych delicji muszę brać w swoje ręce, bo radio mnie w tym nie wyręczy.
   Najgorsze jest jednak to, że ludzka psychika jest na tyle elastyczna, że osoby trzecie mogą ją ugniatać jak plastelinę. Że wszystko można tak zaaranżować, żeby stało się atrakcyjne w oczach odbiorcy. Że można tak przekabacić człowieka, żeby polubił coś, o czym zawsze myślał, że nigdy nie polubi. Marny produkt można sprzedać, tylko dlatego, że ma ładne opakowanie, albo dlatego, że gwarantuje nam on przynależność do jakiejś grupy społecznej. Czasami sama forma staje się po prostu dużo ważniejsza od treści. W ten sposób tandetny plastik unosi się na wodzie, podczas gdy kamienie szlachetne idą na dno. Szkoda trochę, nie?

   PS. Ale zacząłem biadolić, coś mi ten blog popada w ruinę. Plantację farmazonów opanowały chwasty!

środa, 4 maja 2011

Smaczny dymek

    Komary świętują, bo nadszedł ich upragniony sezon, w którym będą mogły zebrać krwawe żniwo. Ku ich uciesze ludzie aktywowali grill-mode i zaczynają spędzać wieczory na dworze, stając się dla nich łatwym celem. Łupy będą srogie. Czasami mam wrażenie, że gość który wymyślił grilla pracował dla jakiejś szajki tych latających popaprańców! Tak, popaprańców! Wybaczcie, ale okoliczności naprawdę wymagają użycia tak mocnych słów.
   Dobra, ale skąd bierze się takie powodzenie grillowania wśród ludu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to wbrew pozorom trudne pytanie przeanalizowałem literaturę znad Mezopotamii oraz stare zapisy Azteków. Wynika z nich, że ludzie dlatego lubią grillować, bo jest to niezwykle podobne do palenia sheeshy. Tylko spójrzmy: jest węgiel, jest piwko, jest towarzystwo. Czego chcieć więcej? Wszyscy dobrze się bawią, czas leci miło i wesoło.  Poza tym zauważyłem, że ludzie zbierający się dookoła grilla stanowią swego rodzaju zamkniętą kastę. Trochę jak Power Rangers, którzy połączyli swoją moc i scalili się w jedno*. Przez to czasami zamieniają się w grono, które dość gwałtownie reaguje na intruzów naruszających im święty porządek imprezki. I takim intruzem miałem nieprzyjemność być.
   Swego czasu będąc konsultantem Oriflame`u wyszukiwałem miejsc, w których zasiadywały tuziny osób i próbowałem się do nich przebić z moimi katalogami. Więc w skrócie mówiąc, chodziłem po domach, w których diagnozowałem symptomy grillowania. Kulturalnie korzystałem wtedy z domofonu i pytałem czy można wejść przedstawić ofertę. I raz o dziwo mnie wpuścili, ale jak się okazało przez przypadek! Nieświadomy pomyłki wszedłem czym prędzej na ichnią działkę i udałem się w stronę gęsto skupionego tam ludzia. Niestety nawet nie zdążyłem dojść, bo jakiś gość się rzucił na mnie i bardzo efektywnie, choć bez użycia brzydkich słów, zasugerował ewakuację. Minę przy tym miał jak tygrys kopnięty w zadek. No zupełnie, jakbym przyszedł mu zabrać tego grilla. Serio, gdyby jedyny sprzedawca orzechów laskowych w okolicy przywitał mnie taką miną, to choćby nie wiem na jakim byłbym głodzie orzechowym to bym ich nie kupił! Dlatego błyskawicznie skuliłem ogon i wycofałem się błyskawicznie w bezpieczne miejsce z dala od jego posesji, jednak jego mina prześladowała mnie jeszcze długo po tym wydarzeniu. Na Świętą Rozwielitkę z Zaczarowanych Wód Gwadalkiwiru, ludzie, wyluzujcie trochę z tymi waszymi grillami.

   *wiem, że może wam być ciężko wychwycić analogię, ale wierzcie mi, że ona tam jest, no przynajmniej w moim świecie

wtorek, 22 lutego 2011

0010101101101010001

   Poruszając ostatnio temat przywoływania konkretnych, pożądanych myśli, wtrąciła mi się do głowy koncepcja ludzi-cyborgów. Bo gdyby tak zintegrować układ scalony z naszym mózgiem to można by na przykład gratis dodać pilot do sterowania swoimi myślami. Albo najlepiej niech cyfrowy mechanizm wabienia pomysłów będzie elementem wewnętrznym cybermózgu. Mniejsza o to. Niezwykle mnie zaintrygowała sama wizja takiego świata, w którym biologiczne zdolności człowieka są poszerzone o technologiczne zdobycze cywilizacji. Jakby wyglądał taki świat?
Precyzyjny aż do bólu cebulek włosa, to na pewno. Np. scena w szkole.
-Xavery, ile wynosi objętość narysowanego walca?
-No na oko to około 32,3516611349 cm3, ale żeby dokładniej powiedzieć to musiałbym policzyć…
W tym samym czasie gdzieś w okolicach innej ławki:
-Za ile przerwa?
-13 minut i 7 sekund.
   Eh… co ja gadam, podawanie czasu z dokładnością do sekundy upowszechniło się już od dawna i jest widoczne na każdej nudnej lekcji. Ale przecież to i tak nieważne, bo w świecie cyborgów nawet nie byłoby szkoły. Ściągałoby się wiedzę z Internetu. W mgnieniu oka stawałoby się ekspertem w jakiej się chce dziedzinie życia.
   Na pewno w nowej rzeczywistości pojawiłyby się nowe wrzuty:
-Wyglądasz jak 2 piksele na krzyż
-Ale ty masz wąską szynę danych...
-Twoja stara ciągle jedzie na 32bitowej architekturze!
  Jak i nowe komplementy:
-Gdy na ciebie patrzę wibrują mi tranzystory
-Wow, jesteś rewelacyjnie dopracowana graficznie.
   Bylibyśmy bystrzy. Wychodzisz sobie na dwór, nagle mrużysz oczy i zaczynasz się zastanawiać. Coś to jest nie tak. Rozglądasz się dookoła. Ah, tak! Tych 3 ziarenek piasku tu nie było wcześniej, wiatr je musiał przywiać.
   Pojawiłyby się nowe reklamy. „Masz problemy z pamięcią? Prawdopodobnie atakuje cię skleroza, czyli uszkodzenie sektorów. Na szczęście mamy dla ciebie nasz nowy niezawodny dysk ISK2270, dzięki któremu zapomnisz, że można nie pamiętać. Montaż gratis!”
   Dochodziłoby do wielu kuriozalnych sytuacji.
Spotykają się dwaj koledzy.
-Ty wiesz w końcu wydali łatkę na nasze oprogramowanie eliminującą zawieszki? Bo ludzie zawieszali się nawet soląc zupę.
-No nareszcie. Weź, moja koleżanka zawiesiła się przy jedzeniu i wbiła sobie widelec w podniebienie. Dobrze, że nie w oko…
-Heh, to jeszcze nic. Słyszałem o gościu, który zapętlił się sikając. Tak się biedak odwodnił, że do szpitala trafił. Dobrze, że jest już ta łatka, ale do takich sytuacji w ogóle nie powinno dochodzić…
-No, nie powinno. A pamiętasz jak ktoś kiedyś wypuścił tego wirusa, co sprawiał, że ludzie mówili tylko prawdę?
-Jasne, że pamiętam… straciłem wtedy najlepszego przyjaciela…
Albo…
-Kochanie, możesz podać mi piwo?
-Error #322: Unknown command.
Pierwsze przejawy buntu kobiet…
A może…
-Idziemy na kawę?
-Ok. Podaj mi tylko ip kawiarenki.
   Inna sytuacja, wracasz styrany z pracy.
-Rany, padam z nóg.
-Nie pękaj. Masz, kupiłam baterie o smaku kakaowego grafenu, wszam sobie.
Chociaż z drugiej strony to najlepiej by było przywalić od razu z paralizatora w łeb.
    A najfajniej sprawa przedstawiałaby się ze spaniem. Po prostu się wyłączasz i po równych 8 godzinach, bez pomocy budzika, rześko się włączasz. Oczywiście, przed tą operacją ustawiasz nagrywanie snów.
Oj tak, to byłby wspaniały świat. Albo nie. To wszystko byłoby głupie. Bardzo.

sobota, 18 grudnia 2010

Nie wszystko złoto co się świeci, ot co.

   Ahh sobota! Piękny dzień, idealny na sprzątanie. Ale co to do cholery jest? Czy nie mogę sobie spokojnie wypucować domu?! W poszukiwaniu niezbędnych rekwizytów, aby ową czynność uskutecznić, natknąłem się na jakiś bredny płyn nabłyszczający do mycia podłogi. Cholera ludzie, co takiego jest w błyszczeniu? Co sprawia, że jeżeli coś błyszczy to  z miejsca dostaje +12 do wyglądu? Dlaczego każdy z nas chce błysnąć, chce żeby jego samochód błyszczał, żeby podłoga błyszczała, żeby zęby błyszczały, usta, paznokcie... Dlaczego modelki smaruje się olejkiem, który nadaje połysku? Po co walki odbywają się w kisielu? Eee… wróć! Z tym ostatnim to się zagalopowałem.
    Oj ludzie lubują się w świecidełkach i błyskotkach. Czasami mam wrażenie, że nie ewoluowaliśmy z małpy, ale ze sroki. A hodowcy psów nie zdają sobie sprawy, że fortuna jest w zasięgu ich ręki. Wystarczy, że wyhodują psa z extra lśniącą sierścią. Kuszący wyglądem, ale również jaki praktyczny! Idealny na wieczorne spacery, bo będziemy widoczni z daleka przez kierowców samochodów, tudzież taczek z napędem rakietowym, które jednak są mało modne w ostatnim czasie. Bo i owszem błyskotki też mają zastosowanie praktyczne! Jak znajdziemy się na bezludnej wyspie to dobrze jest nadać sygnał SOS w kosmos znakami świetlnymi przy użyciu dajmy na to pierścionka. Albo zębami! No, niektórzy mają taki uśmiech, że puszczają taką wiązkę światła, które zwabiłoby spojrzenie wszystkich satelitów w mgnieniu oka.
    Jak wyobrażam sobie koniec świata? Jakaś kura zniesie piękne, lśniące, mieniące się kolorami tęczy  jajko. Ktoś takie jajko weźmie do domu i postawi sobie w domu jako ozdobę. I nieważne, że zacznie gnić i śmierdzieć. Ważne, że zajebiście wygląda. Wchodzisz sobie do domu właściciela owego słodziuteńkiego jajeczka i z miejsca wypalasz:
-Co tu tak wali?
-Co wali, co wali jełopie?! Pachnie! – zawoła wzburzony właściciel - Spójrz, to to jajeczko tutaj.
-A no faktycznie, jednak ten zapach ma coś w sobie.
 Taak, takiemu błyszczącemu jajeczku nie powiesz, że capi!  To się racjonalizacja bodajże nazywa.
 A potem wszystkie kury zaczną znosić takie jajka i świat czeka zagłada.

czwartek, 9 września 2010

Sztuka na patyku.

   Poszukuję kogoś z kim mógłbym pomilczeć. I nie chodzi mi bynajmniej o kredens, pluszowego misia czy szczuroskoczka. Bo mi chodzi o to, żeby pomilczeć z sensem. Co to znaczy pomilczeć z sensem? Nie mam zielonego pojęcia, powiedziałem to tak po prostu, żeby głęboko zabrzmiało.
   Bo widzicie, to tak jak z dzisiejszą sztuką. Mówiąc dzisiejsza sztuka mam na myśli setki lat wstecz, ale wydaje mi się, że to zjawisko dużo bardziej się nasiliło ostatnio. I co ważniejsze przybiera coraz bardziej absurdalne formy. Spójrzmy tylko na te wyrafinowane "środki artystycznego wyrazu". Mam wrażenie, że dzisiaj dewiza niektórych artystów wygląda mniej więcej tak: Ustawię w szyku popierdolono-przestawnym kilka zbitek, na pozór nie powiązanych słów. Napiszę trzy przecinki pod rząd, liczy się oryginalność. O a tu sobie myślnik między litery wstawię. Tam do licha, pójdę na całość, postawię kropkę w niekonwencjonalnym miejscu, na przykład w samym centrum zdania! To dopiero będzie awangarda. Ba, rewolucja! Oczywiście nie to, żeby to był mój kaprys. To taka alegoria, ale o co chodzi? Ja nie mam pomysłu, ale czytelnik na pewno coś wymyśli. A jak nie to mu krytyk pomoże. Oooo albo będę wyrazy kończył wielką literą. To będzie taka metafora, że nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz. I tak oto powstał "wiersz":
"Mizeriada"
"Mrok?...?             Myśli nie-widzę
     A...                     .?
   Przędze moje.go losu zawodząc
One,,, one dalej dalej
                                   Los mój
W ukła-dach boleści dziergają
BCD... I stało się-że się nie stało.
Pieczeń wystygła
            Marzenie skończone.
E... Tylko w śmietanie, ciągle,
ogórek osamotniony pływa
i czeka, i czeka
aż zgnije
FGHIJKLMNOPRS...T....W...............X.................Y...................."
   Nie pytajcie co trzeba brać, żeby coś takiego napisać, ale heroina przy tym jest równie nieszkodliwa co kakao. Ktoś się pokusi o interpretację?
 A teraz powciągajmy trochę farby.
Na pierwszy rzut oka obrazek wydaje się być łagodny i spokojny, co podkreślają delikatne, pastelowe kolory. Przyjrzyjmy się jednak bliżej. Wydaje się, że autor wykonywał ruchy pędzlem w pośpiechu, jakby dręczył go jakiś niepokój. Ten efekt potęguje ciemna, rozlana figura, która przyciąga uwagę nie tylko swoim kształtem, ale również przygnębiającą, atramentową czernią. Wyglądem przypomina jakąś zjawę, postać z horrorów. Jest ucieleśnieniem zła, które sięga do serca człowieka, które symbolizuje czerwone koło, niczym rubinowe oko. Nad nimi unosi się jaskrawy trójkąt, będący źródłem światła. Może on zarówno symbolizować jakąś siłę wyższą, Boga, a może również nasze sumienie albo moralność. W każdym razie jest to siła, która ma nas obronić przed złem. Jak widzimy okazuje się ona niewystarczająca, bo rubinowym oku pojawia się skaza. Czy to znaczy, że jesteśmy bezbronni wobec ciemnej strony? Czy powinniśmy wymagać większego wsparcia od otoczenia czy od własnego systemu wartości? Może znaku od Boga?
   A może by tak po prostu powiększyć trójkąt? Taki obrazek mógłby powstać po tym jak kawa się wylała na okładkę podręcznika od matematyki dla pierwszoklasistów. A może również przedstawiać człowieka, który gra w kręgle przy świetle trójkątnej jarzeniówki.
   I w taki właśnie karykaturalny sposób postrzegam dzisiejszą sztukę.
   PS. O tak, nie lubię krytyków. Bo wygląda na to, że krytyk nie jest po to, żeby ocenić obraz. To obraz jest po to, żeby krytyk miał co oceniać, żeby mógł wykazać się jako znawca tematu, żeby mógł dowieść swoich uduchowionych kompetencji.

niedziela, 5 września 2010

Życie w szklanym pudełku.

   Rozumiem ludzi, którzy kolekcjonują pudełka po Tic Tacach. Rozumiem ludzi, którzy przebierają się za pokemony i latają po mieście. Rozumiem ludzi, którzy karmią swoje psy sushi albo pizzą. Rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją, a nawet tych którzy nie rozumieją, że nie rozumieją. Rozumiem również ludzi, którzy nie lubią orzechów laskowych, chociaż nie przychodzi mi to łatwo. Naprawdę bardzo staram się być wyrozumiały, w końcu każdy ma swoje powody.
   Ale jednak nie rozumiem ludzi, którzy... oglądają telenowele. Czy ktoś może mnie oświecić, jak to się dzieje, że ta nędzna atrapa, imitacja, podróbka życia codziennie sciąga tyle osób na wygodną sofę przed telewizorem? Czy nasze życie jest tak jałowe i nudne, że musimy oglądać jak plastikowe postaci polewają grzanki keczapem, podają karmę swojemu chomikowi i udają się z nachmurzoną twarzą w kierunku drzwi? Bo rozumiem, gdyby robili przy tym jakieś akrobacje, żeby było efektownie. Albo gdyby przy okazji udzielali wskazówek lub pomysłów na dorobienie się małej fortunki. Mogłby się też pojawić jakieś emocjonujące wyścigi samochodowe, albo przepis na udane życie(nawet nie próbujcie mi mówić, że z opery mydlanej można się dużo nauczyć). W takiej sytuacji to ja już wolę pozmywać naczynia, albo nawet pójść na koncert jazzowy niż siedzieć i patrzeć na ten lichy spektakl połamanych kukiełek.
   Oczywiście, to nie znaczy, że uważam, że tacy ludzie źle robią. Każdy ma prawo robić co chce i nie mi to oceniać. Ja tylko po prostu tego nie pojmuję. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...