Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 kwietnia 2012
Reklama święta
Byłem wczoraj na cmentarzu posprzątać groby, bo to ponoć idealna okazja na takie eskapady. Nie wiem jaki ma sens zdmuchnąć kilka listków z marmurowej płyty, ale nie mnie kwestionować wolę grand starszyzny. I gdy tak lawirowałem w tym labiryncie nagrobków, jeden szczegół wzrok mój przykuł. Otóż na tych najnowszych grobach, kamieniarze przygotowujący pomniki, wykuwają reklamę swojej działalności. Nosz ja p… Osobiście grób nie jest dla mnie żadnym symbolicznym miejscem, a rytuał pochówku jest dla mnie zupełnie odarty z mistycyzmu. A jednak nie mogę zdzierżyć, że ktoś umieszcza reklamę w takim właśnie miejscu, które bądź co bądź przez wielu uważane jest za święte. Nie mogę tego zdzierżyć, bo doprowadza mnie do furii ta ekspansja marketingu na każdą, KAŻDĄ! dziedzinę naszego życia, rujnując w ten sposób „atmosferę”. A ja jak wiadomo ideologicznie nie znoszę marketingu, bo jest pochodną konsumpcjonizmu, który obwiniam za całe zło tego świata. I teraz pytanie: co dalej? Może chirurdzy plastyczni zaczną tatuować swoje reklamy na pacjentach? Np. na sztucznym cycku byłoby napisane „Made by Doc X”. A może płatni mordercy będą grawerować dane kontaktowe na nabojach? Paranoja…
wtorek, 3 stycznia 2012
U-a-ha rowery dwa.
W czwartki, a czasami również i we wtorki, gdy wybije godzina 20, po czym minie jeszcze z tuzin ciągnących się jak krówka minut, mój środek lokomocji o romantycznie brzmiącej nazwie „pociąg WKD” ostatnimi siłami doczłapuje do mojego docelowego przystanku. Myślę sobie, że fajnie się siedzi, siedzenie w tyłek grzeje i w ogóle, ale wysiadać mi jednak trzeba. Zatem wstaję ślamazarnie i powłóczając nogami „idę” albo wręcz przeciwnie, bo to różnie bywa, podrywam się energicznie i radośnie kicam w kierunku mojego czerwonego, jakże porywczego automobila, zwanego przez ludzi Fiatem Punto*. I za każdym razem, czy zimno, czy słota, czy trzęsienie ziemi, czy deszcz meteorytów, czy inwazja obcych, na peronie widzę pewnego mężczyznę, już raczej po kwiecie wieku, stojącego z dwoma perfekcyjnie oświetlonymi rowerami, czekającego cierpliwie na… na swoją żonę jak sądzę. Gdy w końcu ją dostrzega w tłumku wydostającego z pociągu, na jego obliczu pojawia się błogi uśmiech, który swoją jasnością zawstydza Syriusza. Następnie ów pan wita się czule z tą chyba żoną, jakby nie widzieli się od conajmniej 7 lat, po czym odjeżdżają na swoich rowerkach i tyle ich widzę. Naprawdę sympatyczny widok muszę przyznać. Grodzisk Mazowiecki stacja Radońska. To tutaj odzyskuję wiarę w ludzi.
Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.
*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra Nowoczesny Transporter Osobowy.
Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.
*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra Nowoczesny Transporter Osobowy.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Tam gdzie nie znają CocaColi
Ah człowiek… człowiek jest taki dumny i ambitny. Już dawno temu w książkach Sci-Fi nakreślił wizję podboju kosmosu i kolonizacji pobliskich planet. A teraz, w obliczu zawrotnie gnającego postępu technologicznego, kwestia emigracji z Ziemi gorączkowo zaprząta mu głowę. Więc wysyła sondy kosmiczne na odległe orbity, zgłębia tajemnice fizyki i robi wszystko, żeby swoje marzenie spełnić. Tylko, że… nawet nie poznał jeszcze dobrze swojej własnej, rodzimej planety. To trochę tak jakby wybierał się do pizzerii na obiad, mimo że w jego lodówce czeka kaczka nadziewana jabłkami, lazania i stek w sosie pieczarkowym. A przynajmniej do takiego doszedłem wniosku, gdy przeczytałem ostatnio o nowo odkrytym indiańskim plemieniu w Amazonii. Plemieniu, które nie ma najmniejszego pojęcia na temat tego, co my wzniośle nazywamy cywilizacją. I uznałem to za fascynujące, co z kolei wywołało lawinę myśli.
Do głowy zaczęła mi się wciskać masa pytań. No bo co na przykład tacy wyjęci spod cywilizacji Indianie sobie myślą widząc przelatujący samolot? Wierzą, że jest to emisariusz jakiegoś bóstwa czy może wydaje im się, że to jakiś potwór? A gdy pobliska rzeka przyniesie jakieś śmieci człowieka współczesnego, powiedzmy opakowanie po czipsach, to czy dla członka takiego zacofanego plemienia owy śmieć nie staje się czymś na miarę skarbu? Może zrobi z niego bransoletkę i wręczy swojej ukochanej?
W co bawią się tamtejsze dzieci? Mają jakąś zabawę typu „klasy”? Może jakaś bananowa ruletka albo drzewopol? A czy imprezują? Na pewno imprezują, tylko ciekawe jak to wygląda w ich wykonaniu. Intryguje mnie również czy doceniliby sztukę Picassa i czy przypadłby im do gustu heavy metal… oraz wiele, wiele innych rzeczy.
Podążając tropem takich myśli dotarłem do kwestii, która bardzo mnie zafrapowała. Otóż zadałem sobie pytanie, czego owi Indianie mogliby się ode mnie, człowieka cywilizowanego, nauczyć. Po wielu wyrwanych włosach i paznokciach stępionych na drapaniu się po głowie z przykrością doszedłem do wniosku, że nic. Naprawdę nie mam pojęcia, co z wiedzy, którą nabyłem mogłoby się okazać dla nich przydatne. Wszystko czego się nauczyłem ma zastosowanie tylko tutaj, w naszym świecie, cuchnącym spalinami, wypełnionym hałasem i ludźmi goniącymi za pieniędzmi. Następnie w mojej głowie nastąpiła kontrofensywa i zacząłem się zastanawiać czego to ja mógłbym nauczyć się od nich? Bez chwili namysłu stwierdziłem, że współpracy oraz podejścia do drugiego człowieka. Bo w ich drakońskim środowisku, żeby przetrwać trzeba trzymać się razem, co buduje fundamentalne dla życia więzi społeczne. U nas, żeby przetrwać często wyzyskuje się albo okrada bliźniego.
Rozmyślając dalej, zacząłem kontemplować nad skutecznością działania człowieka. Czyli o tym, jak efekty zamierzone potrafią się diametralnie różnić od tych faktycznie uzyskanych. Spójrzmy. Celem wspólnym każdego z nas jest szczęście i ludzkość dąży do tego, żeby było ono coraz łatwiej osiągalne. Stąd wziął się rozwój prawda? Wszystkie wynalazki i pomysły bezpośrednio lub pośrednio miały się przyczynić do ułatwienia życia. Przez wieki człowiek dokonywał wszelkich starań, żeby świat osiągnął taką formę jakiej dziś jesteśmy świadkami. Setki lat wypełnionych postępem, mających nadać naszemu życiu rajskich odcieni. Czy w takim razie, gdyby zbadać satysfakcję z życia owych „prymitywnych” Indian, którzy dziś żyją tak jak żyli od niepamiętnych czasów i porównać z naszą satysfakcją z życia, to czy bylibyśmy tysiące lat do przodu? Śmiem wątpić.
I ostatnia już refleksja. Rząd Brazylii zakazał jakiejkolwiek komunikacji z owym nowo odkrytym plemieniem, choćby dlatego, że zwykłe przeziębienie białego człowieka może okazać się dla nich zgubne. I tak myślę sobie… może gdzieś tam w odległej galaktyce istnieje ultra inteligentna rasa, która nas obserwuje i również doszła do wniosku, że lepiej nas utrzymywać w stanie błogiej nieświadomości o swoim istnieniu? Któż to wie…
Do głowy zaczęła mi się wciskać masa pytań. No bo co na przykład tacy wyjęci spod cywilizacji Indianie sobie myślą widząc przelatujący samolot? Wierzą, że jest to emisariusz jakiegoś bóstwa czy może wydaje im się, że to jakiś potwór? A gdy pobliska rzeka przyniesie jakieś śmieci człowieka współczesnego, powiedzmy opakowanie po czipsach, to czy dla członka takiego zacofanego plemienia owy śmieć nie staje się czymś na miarę skarbu? Może zrobi z niego bransoletkę i wręczy swojej ukochanej?
W co bawią się tamtejsze dzieci? Mają jakąś zabawę typu „klasy”? Może jakaś bananowa ruletka albo drzewopol? A czy imprezują? Na pewno imprezują, tylko ciekawe jak to wygląda w ich wykonaniu. Intryguje mnie również czy doceniliby sztukę Picassa i czy przypadłby im do gustu heavy metal… oraz wiele, wiele innych rzeczy.
Podążając tropem takich myśli dotarłem do kwestii, która bardzo mnie zafrapowała. Otóż zadałem sobie pytanie, czego owi Indianie mogliby się ode mnie, człowieka cywilizowanego, nauczyć. Po wielu wyrwanych włosach i paznokciach stępionych na drapaniu się po głowie z przykrością doszedłem do wniosku, że nic. Naprawdę nie mam pojęcia, co z wiedzy, którą nabyłem mogłoby się okazać dla nich przydatne. Wszystko czego się nauczyłem ma zastosowanie tylko tutaj, w naszym świecie, cuchnącym spalinami, wypełnionym hałasem i ludźmi goniącymi za pieniędzmi. Następnie w mojej głowie nastąpiła kontrofensywa i zacząłem się zastanawiać czego to ja mógłbym nauczyć się od nich? Bez chwili namysłu stwierdziłem, że współpracy oraz podejścia do drugiego człowieka. Bo w ich drakońskim środowisku, żeby przetrwać trzeba trzymać się razem, co buduje fundamentalne dla życia więzi społeczne. U nas, żeby przetrwać często wyzyskuje się albo okrada bliźniego.
Rozmyślając dalej, zacząłem kontemplować nad skutecznością działania człowieka. Czyli o tym, jak efekty zamierzone potrafią się diametralnie różnić od tych faktycznie uzyskanych. Spójrzmy. Celem wspólnym każdego z nas jest szczęście i ludzkość dąży do tego, żeby było ono coraz łatwiej osiągalne. Stąd wziął się rozwój prawda? Wszystkie wynalazki i pomysły bezpośrednio lub pośrednio miały się przyczynić do ułatwienia życia. Przez wieki człowiek dokonywał wszelkich starań, żeby świat osiągnął taką formę jakiej dziś jesteśmy świadkami. Setki lat wypełnionych postępem, mających nadać naszemu życiu rajskich odcieni. Czy w takim razie, gdyby zbadać satysfakcję z życia owych „prymitywnych” Indian, którzy dziś żyją tak jak żyli od niepamiętnych czasów i porównać z naszą satysfakcją z życia, to czy bylibyśmy tysiące lat do przodu? Śmiem wątpić.
I ostatnia już refleksja. Rząd Brazylii zakazał jakiejkolwiek komunikacji z owym nowo odkrytym plemieniem, choćby dlatego, że zwykłe przeziębienie białego człowieka może okazać się dla nich zgubne. I tak myślę sobie… może gdzieś tam w odległej galaktyce istnieje ultra inteligentna rasa, która nas obserwuje i również doszła do wniosku, że lepiej nas utrzymywać w stanie błogiej nieświadomości o swoim istnieniu? Któż to wie…
sobota, 9 lipca 2011
Inny świat
Przyznaję, Miriam wywarła na mnie spore wrażenie. Drobna Meksykanka podróżująca samotnie autostopem po Europie, nocująca na zasadzie coachsurfingu, przekonana że świat w każdym swoim szczególe jest przezabawnym miejscem, czemu dawała wyraz nieustannymi salwami śmiechu. Bardzo polubiłem jej głos, windowany często do wysokich częstotliwości przez tę jej wewnętrzną radość. Być może dla wielu ludzi głos jest mało istotny, ale nie dla mnie. Jeszcze do niedawna tak jak większość facetów uważałem, że najbardziej atrakcyjnym atrybutem fizycznym dziewczyn jest biust, ale już od jakiegoś czasu to właśnie barwa głosu stała się dla mnie najważniejsza. Niektóre dziewczyny mają taki głos, że choćby przedstawiały mi topografię sklepów ze szpilkami to i tak chłonąłbym każde ich słowo. Zresztą w przypadku Miriam było podobnie. Z racji mojego niezbyt imponującego poziomu znajomości angielskiego połowa jej wypowiedzi do mnie skierowanych była dla mnie zupełnie niezrozumiała. Ale i tak lubiłem jej słuchać.
W prawdzie moje koleżanki też jeżdżą na autostopa wszędzie gdzie ich szalone myśli poniosą, ale w tej małej Meksykance było coś niezwykłego. Może po prostu to, że była obcokrajowcem, a może to ta jej wesoła otwartość i ufność. Tak czy inaczej to coś wystarczyło, żeby jawiła się dla mnie jak jakąś postać mityczna w stylu Hercules i jemu podobni. Niby spędziłem w jej towarzystwie mało czasu, ale było to jakieś takie egzotyczne doznanie. Zapewne tak samo czułaby się złota rybka, którą wyjęto ze szklanej kuli wypełnionej tylko wodą i żwirkiem po czym wrzucono do wielkiego, kolorowego akwarium pełnego wszelkiej maści atrakcji. Nie oznacza to, że nagle zapragnąłem zerwać z moim domatorstwem. Nic z tych rzeczy, to nie jest moja bajka. W swoich poglądach na ten temat jestem równie stały jak liczba Eulera. Niemniej na pewno dobrze jest mieć takich znajomych jak ona.
Najzabawniejsza była dla mnie scena pożegnania, gdy usłyszałem od niej słowa „I wish you happy life” wypowiedziane z czymś jakby ukrytym zwątpieniem, które towarzyszy studentowi zarzekającemu się, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Miriam zdawała się ciągle nie móc uwierzyć, że można żyć w taki sposób jak ja to robię. Prawdopodobnie roześmiałbym się na dobre, gdyby nie to, że jestem raczej sztywny i śmieję się tylko raz w miesiącu. „I wish you happy life” – dobre, to będzie za mną chodzić.
W prawdzie moje koleżanki też jeżdżą na autostopa wszędzie gdzie ich szalone myśli poniosą, ale w tej małej Meksykance było coś niezwykłego. Może po prostu to, że była obcokrajowcem, a może to ta jej wesoła otwartość i ufność. Tak czy inaczej to coś wystarczyło, żeby jawiła się dla mnie jak jakąś postać mityczna w stylu Hercules i jemu podobni. Niby spędziłem w jej towarzystwie mało czasu, ale było to jakieś takie egzotyczne doznanie. Zapewne tak samo czułaby się złota rybka, którą wyjęto ze szklanej kuli wypełnionej tylko wodą i żwirkiem po czym wrzucono do wielkiego, kolorowego akwarium pełnego wszelkiej maści atrakcji. Nie oznacza to, że nagle zapragnąłem zerwać z moim domatorstwem. Nic z tych rzeczy, to nie jest moja bajka. W swoich poglądach na ten temat jestem równie stały jak liczba Eulera. Niemniej na pewno dobrze jest mieć takich znajomych jak ona.
Najzabawniejsza była dla mnie scena pożegnania, gdy usłyszałem od niej słowa „I wish you happy life” wypowiedziane z czymś jakby ukrytym zwątpieniem, które towarzyszy studentowi zarzekającemu się, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Miriam zdawała się ciągle nie móc uwierzyć, że można żyć w taki sposób jak ja to robię. Prawdopodobnie roześmiałbym się na dobre, gdyby nie to, że jestem raczej sztywny i śmieję się tylko raz w miesiącu. „I wish you happy life” – dobre, to będzie za mną chodzić.
piątek, 18 marca 2011
Naprawdę nie wiem skąd on się tu wziął!
Jasne, że kocham rower. I to pod każdą postacią. Jeżeli ktoś by upiekł mi ciasto w kształcie roweru, to zjadłbym je, nawet gdyby było upieczone z siana i przyprawione uranem. Gdybym był super bohaterem jak Batman to moim symbolem byłby właśnie bicykl. Rower dostarcza więcej przyjemności niż armia pączków dostarcza kalorii. Jeżeli jakiś akwizytor zapukałby któregoś dnia do moich drzwi i powiedział, że sprzedaje maszynę rozkoszy to bez chwili zastanowienia zaprosiłbym go na herbatę i czym prędzej chciał zapoznać się z jego ofertą, myśląc że handluje on rowerami. A teraz już wiosna przejmuje pałeczkę, więc znowu zaczyna się sezon na jeżdżenie. Sezon radości. Ale nie o tym miałem pisać.
Jakiś niedawny czas temu przyjechał starszy, sympatyczny gość z węglem. Wiecie takie czarne kamyczki, które się pali. Coś jak zioło, tylko że dla pieca. Pomogłem ludkowi rozładować towar, po czym wywiązała się krótka rozmowa. Pan od węgla nie omieszkał stwierdzić, że nasz dom znajduje się na kompletnym odludziu i nic w pobliżu nie ma. Zaraz, zaraz. To, że wyprawę do sklepu planujemy skrupulatnie przez miesiąc, po czym przez następny miesiąc organizujemy zasoby niezbędne do realizacji tego epickiego przedsięwzięcia wcale nie znaczy, że żyjemy na zadupiu! No dobra, kogo ja chcę okłamać. Oczywiście, że żyjemy na zadupiu. Dlatego przyznałem, mu rację mówiąc, że bez samochodu tutaj jest się niczym ogórek zamknięty w słoiku. W wyniku tych zawiłych okoliczności, ziomek uraczył mnie opowieścią o jego czasach. Okazało się, że gdy był mały, samochody właściwie nie istniały. Dlatego w grę wchodziły tylko rowery. I to takie, które wręcz samemu sobie budowali, pokraczne i amatorskie, ale jeżdżące. A dzisiaj… dzisiaj to on widuje wyrzucone na śmieci rowery, takie prawdziwe i zupełnie nie może zrozumieć jak można czegoś takiego się pozbywać. Za młodu pewnie wypiłby całą butelkę tranu, żeby takie cudo posiadać. Z racji moich poglądów gorliwo-skwapliwie mu przytaknąłem, że to się nie godzi, żeby rower taki los mógł spotkać. Następnie podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i każdy poszedł w swoją stronę.
To znaczy on pojechał, a ja udałem się pochodzić trochę po naszym stawiku. Bo wiadomo, nic tak nie relaksuje jak chodzenie po wodzie. Wprawdzie po zamarzniętej wodzie to już nie ten sam efekt, ale zawsze coś. Przechadzając się w tą i z powrotem rzuciłem okiem na małą kupkę śmieci, które z racji jeszcze w miarę świeżej przeprowadzki, wciąż znajdowały się na naszej posesji. I o zgrozo! Leżał tam rower mamy… Ciekawe czy pan od węgla też go dostrzegł?
Jakiś niedawny czas temu przyjechał starszy, sympatyczny gość z węglem. Wiecie takie czarne kamyczki, które się pali. Coś jak zioło, tylko że dla pieca. Pomogłem ludkowi rozładować towar, po czym wywiązała się krótka rozmowa. Pan od węgla nie omieszkał stwierdzić, że nasz dom znajduje się na kompletnym odludziu i nic w pobliżu nie ma. Zaraz, zaraz. To, że wyprawę do sklepu planujemy skrupulatnie przez miesiąc, po czym przez następny miesiąc organizujemy zasoby niezbędne do realizacji tego epickiego przedsięwzięcia wcale nie znaczy, że żyjemy na zadupiu! No dobra, kogo ja chcę okłamać. Oczywiście, że żyjemy na zadupiu. Dlatego przyznałem, mu rację mówiąc, że bez samochodu tutaj jest się niczym ogórek zamknięty w słoiku. W wyniku tych zawiłych okoliczności, ziomek uraczył mnie opowieścią o jego czasach. Okazało się, że gdy był mały, samochody właściwie nie istniały. Dlatego w grę wchodziły tylko rowery. I to takie, które wręcz samemu sobie budowali, pokraczne i amatorskie, ale jeżdżące. A dzisiaj… dzisiaj to on widuje wyrzucone na śmieci rowery, takie prawdziwe i zupełnie nie może zrozumieć jak można czegoś takiego się pozbywać. Za młodu pewnie wypiłby całą butelkę tranu, żeby takie cudo posiadać. Z racji moich poglądów gorliwo-skwapliwie mu przytaknąłem, że to się nie godzi, żeby rower taki los mógł spotkać. Następnie podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i każdy poszedł w swoją stronę.
To znaczy on pojechał, a ja udałem się pochodzić trochę po naszym stawiku. Bo wiadomo, nic tak nie relaksuje jak chodzenie po wodzie. Wprawdzie po zamarzniętej wodzie to już nie ten sam efekt, ale zawsze coś. Przechadzając się w tą i z powrotem rzuciłem okiem na małą kupkę śmieci, które z racji jeszcze w miarę świeżej przeprowadzki, wciąż znajdowały się na naszej posesji. I o zgrozo! Leżał tam rower mamy… Ciekawe czy pan od węgla też go dostrzegł?
niedziela, 30 stycznia 2011
Jak w szwajcarskim zegarku.
Poszedłem sobie wczoraj na spacer. Jako że nie znam jeszcze dobrze okolicy, wylądowałem w jakiejś bogatej dzielnicy. Upchana była nowymi, serdecznie wyglądającymi domkami, a przy każdym stały po dwa nowiutkie, przyjemnie wyglądające autka. Nie były to jednak tak spektakularne widoki jak w Podkowie Leśnej(tęsknie za tobą moja kochana mieścino), gdzie jeżeli kogoś stać, żeby kupić działkę to od razu stawia pałac dla samej służby, a sobie buduje zamek? fortecę? cytadelę? W każdym razie coś ogromnego, kunsztem dorównującemu Wiszącym Ogrodom . W ogóle tutaj nie ma gdzie chodzić na spacery. Brakuje mi cholernie lasu. Ale to pół biedy, bo najgorsze jest to, że nie ma z kim chodzić.
Ale wracając do tematu, wędrowałem sobie wśród tego labiryntu domów i moją uwagę przykuła parka owczarków niemieckich. Mój brat chciał mieć owczarka niemieckiego, ale tata wybrał berneńskiego psa pasterskiego. I całe szczęście! Gdy patrzyłem na te owczarki to wiedziałem, że przymiotnik ‘niemiecki’ nie został wyssany z palca. Te psy są brzydkie. Bardzo. Jak ja. Czyli naprawdę bardzo brzydkie. Legendarnie brzydkie. Serio. Poza tym gdy im się bliżej przyjrzałem, zdałem sobie sprawę, że wyglądem przypominają niemiecką flagą, co przypieczętowało sprawę. Z drugiej jednak strony, nie wątpię, że są to psy niezmiernie inteligentne, łatwe do wytresowania i zdyscyplinowania. No właśnie, zupełnie jak sami Niemcy. Bo oni po prostu zostali stworzeni do wchłaniania schematów i postępowania według nich, czego wynikiem jest niesamowita precyzja i jakość wytwarzanych produktów. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że Niemcy to kraj płynący mlekiem i miodem. Ale tak naprawdę jest to kraj ociekający pragmatyzmem i pedantyzmem. To kraina samoczyszczących się sedesów i dróg, które są w stanie odbić asteroidę. I nie mówię, że to złe, gdyż uważam, że to dobre. Możecie czuć awersję do Niemców za to co nam zrobili w przeszłości. Możecie się wyśmiewać z ich poczucia humoru mówiąc, że już nawet twórcy polskich komedii romantycznych mają lepsze gusta. Możecie nienawidzić ich języka, który faktycznie brzmi jak rozchwiany emocjonalnie, styrany traktor, który wszystkimi siłami stara się odpalić, jednak nie daje rady. Ale to nie jest przypadek, że nacja która przegrała dwie wojny światowe i musiała płacić niebotycznie astronomiczne kontrybucje oraz tak naprawdę nie stanowi nawet jednolitego państwa, dzisiaj jest największą potęgą gospodarczą europy. Możecie mnie zlinczować, ale uważam że należy im się szacunek i cichy podziw. Naprawdę moglibyśmy się dużo od nich nauczyć.
Ale wracając do tematu, wędrowałem sobie wśród tego labiryntu domów i moją uwagę przykuła parka owczarków niemieckich. Mój brat chciał mieć owczarka niemieckiego, ale tata wybrał berneńskiego psa pasterskiego. I całe szczęście! Gdy patrzyłem na te owczarki to wiedziałem, że przymiotnik ‘niemiecki’ nie został wyssany z palca. Te psy są brzydkie. Bardzo. Jak ja. Czyli naprawdę bardzo brzydkie. Legendarnie brzydkie. Serio. Poza tym gdy im się bliżej przyjrzałem, zdałem sobie sprawę, że wyglądem przypominają niemiecką flagą, co przypieczętowało sprawę. Z drugiej jednak strony, nie wątpię, że są to psy niezmiernie inteligentne, łatwe do wytresowania i zdyscyplinowania. No właśnie, zupełnie jak sami Niemcy. Bo oni po prostu zostali stworzeni do wchłaniania schematów i postępowania według nich, czego wynikiem jest niesamowita precyzja i jakość wytwarzanych produktów. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że Niemcy to kraj płynący mlekiem i miodem. Ale tak naprawdę jest to kraj ociekający pragmatyzmem i pedantyzmem. To kraina samoczyszczących się sedesów i dróg, które są w stanie odbić asteroidę. I nie mówię, że to złe, gdyż uważam, że to dobre. Możecie czuć awersję do Niemców za to co nam zrobili w przeszłości. Możecie się wyśmiewać z ich poczucia humoru mówiąc, że już nawet twórcy polskich komedii romantycznych mają lepsze gusta. Możecie nienawidzić ich języka, który faktycznie brzmi jak rozchwiany emocjonalnie, styrany traktor, który wszystkimi siłami stara się odpalić, jednak nie daje rady. Ale to nie jest przypadek, że nacja która przegrała dwie wojny światowe i musiała płacić niebotycznie astronomiczne kontrybucje oraz tak naprawdę nie stanowi nawet jednolitego państwa, dzisiaj jest największą potęgą gospodarczą europy. Możecie mnie zlinczować, ale uważam że należy im się szacunek i cichy podziw. Naprawdę moglibyśmy się dużo od nich nauczyć.
wtorek, 5 października 2010
Kurs jak po torze
Piękny dzień. Na słońcu chyba była dostawa węgla, bo grzeje pełną parą. Bezchmurne niebo zdaje się to podkreślać. Albo raczej gdyby było chmurne to by zasłaniało ten fakt. Dom opustoszały zawierający tylko moją półżywą zombi-osobę. Gdzieś z oddali dochodzi głos dzwoneczków. Takich chińskich, co to dyndają na wietrze wydając metaliczne dźwięki. A że wiatr dziś hula to i dzwoneczki ochoczo koncertują. Wszystko to buduje jakiś taki śniony, bajeczny, a zarazem zwiastujący nieszczęście nastrój. Nie zważałem na to jednak i dzielnie udałem się schodami w dół w kierunku kuchni w celu przygotowania Tosta. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wyjrzałem za okno. Tam doszło do katastrofy. Kwiatek wspólnie z doniczką leżał przewrócony. Leżał wśród róż. Przegrał batalię z tym drańskim wiatrem. Przed oczami stanęła mi dramatyczna scena, Kwiat bohatersko mocuje się z Wiatrem, raz szala zwycięstwa przychyla się na jedną stronę raz na drugą. Róże oglądają całe zajście z rosnącym niepokojem. Nagle Wiatr dokonuje podstępnego ataku plecami, zadaje decydujący cios i wywala Kwiata. Róże lamentują, chcą biec na pomoc. Ale są zakopane, więc nie mogą biec. Logiczne.
No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.
No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.
środa, 15 września 2010
Przełom w dziedzinie nauczania.
Drodzy Studenci
Życie opiera się na podejmowaniu decyzji. Niestety, jak wskazują badania, większość naszych wyborów okazuje się nietrafna bądź chybiona. Bądź nietrafna i chybiona zarazem. Czasami nawet błędna. Czas z tym skończyć! Ile razy pluliście sobie w brodę, ponieważ postanowiliście zostać na rujnująco nudnym wykładzie? Ale nieważne. To już przeszłość, bo pojawiło się nowe narzędzie, które pozwoli uniknąć wam tych bolesnych pomyłek. Przed wami WOSPW2010! (wzór na obliczanie szansy przeżycia wykładu)
Życie opiera się na podejmowaniu decyzji. Niestety, jak wskazują badania, większość naszych wyborów okazuje się nietrafna bądź chybiona. Bądź nietrafna i chybiona zarazem. Czasami nawet błędna. Czas z tym skończyć! Ile razy pluliście sobie w brodę, ponieważ postanowiliście zostać na rujnująco nudnym wykładzie? Ale nieważne. To już przeszłość, bo pojawiło się nowe narzędzie, które pozwoli uniknąć wam tych bolesnych pomyłek. Przed wami WOSPW2010! (wzór na obliczanie szansy przeżycia wykładu)
Gdzie:
S - szansa na przeżycie wykładu
C- ciekawość wykładu, przyjmuje wartości (0;1>
T- współczynnik zmęczenia, wartości (1;10>
S - szansa na przeżycie wykładu
C- ciekawość wykładu, przyjmuje wartości (0;1>
T- współczynnik zmęczenia, wartości (1;10>
P- atrakcyjność pobliskiego towarzystwa, wartości (0;1>
a - wartość alternatywnych sposobów spędzania czasu w danym momencie, wartości (0,1;1>
Skala wyników:
- 0-5% - Nie idź. Jeżeli pójdziesz to odwróci się od Ciebie własny znak zodiaku, a okoliczne koty zaczną Ci sikać pod drzwi. W dodatku rozniesie się wieść gminna, że jesteś looserem i skończysz na rynsztoku (ale koty i tak o Tobie nie zapomną).
- 5-10% - Na wykładzie będzie niemiłosiernie przykro. Powstaną trwałe zmiany w Twojej psychice, jeżeli zdecydujesz się tam pozostać na dłużej. Zaczniesz słuchać Feel`a i wpierdalać BoboFruta. Zgrupowanie "Chytra Hydra Chyżo Hasa" rekomenduje, a w skrajnych przypadkach nawet refunduje, ewakuację.
- 5-10% - Na wykładzie będzie niemiłosiernie przykro. Powstaną trwałe zmiany w Twojej psychice, jeżeli zdecydujesz się tam pozostać na dłużej. Zaczniesz słuchać Feel`a i wpierdalać BoboFruta. Zgrupowanie "Chytra Hydra Chyżo Hasa" rekomenduje, a w skrajnych przypadkach nawet refunduje, ewakuację.
- 10-25% - Ciężko orzec co czynić należy. Zaprawdę niech o Twym losie zadecyduje monetą podrzucenie. Jeżeli mości moneta na skraju kanta pozostać zechce, znak to niezaprzeczalny, że wykład będzie udany. A jeżeli w locie swoim bohaterskim nominał się jej zmieni, to sam Bóg do Ciebie przemówić zechciał więc racz mu godnie zadośćuczynić (pewnym faktem jest, żeś grzecham perfidnym musiał duszę swą splamić, więc pokuta w myśl ekwiwalentności równie wstrząsająca być musi, a wykład jest karą najwyższą).
- 25-40% - To niegłupi pomysł. Kto wie, może dzięki temu wykładowi stworzysz coś ciekawego, może coś Cię natchnie. Może będziesz dobrze się bawił, kto wie. Może będą lądować kosmici na wydziale, może znajdziesz czek na 100tys zł, naprawdę może jakoś to będzie.
- 25-40% - To niegłupi pomysł. Kto wie, może dzięki temu wykładowi stworzysz coś ciekawego, może coś Cię natchnie. Może będziesz dobrze się bawił, kto wie. Może będą lądować kosmici na wydziale, może znajdziesz czek na 100tys zł, naprawdę może jakoś to będzie.
- 40-60% - Tak, idź czym prędzej na aulę, zajmij sobie jak najlepszą miejscówkę i zacieraj ręce. Zdecydowanie, nie masz nic lepszego do roboty niż spędzić najbliższe 1,5h słuchając orędzia profesora na tematy, o których i tak nie masz zielonego pojęcia.
- 60-85% - No chyba se jaja robisz. Albo nie jesteś studentem. Takie rzeczy to tylko w Erze.
- 85-100% - Żal na 100%...
- 85-100% - Żal na 100%...
PS. Pozdrawiam cztery wspaniałe istoty, które przeniosły epicentrum szczęścia nieco w stronę Francji.
środa, 11 sierpnia 2010
Polsce nie do twarzy w różowych okularach.
Polska jest postrzegana jako kraj ludzi negatywnie nastawionych do świata, nieustannie narzekających. Podobno w Ameryce na pytanie "jak leci" ludzie automatycznie odpowiadają, że lepiej być nie może. Natomiast u nas po tym pytaniu rozmówca zalewa nas ciepłą porcją żalów. Gdyby optymizmem można by się zarazić to prawdopodobnie zaczelibyśmy się przeciw niemu szczepić.
Dlaczego tak jest? Z badań wynika, że ludzie umiarkowanie marudni uchodzą za bardziej inteligentnych, ale to pewnie tylko w Polsce. Myślę, że chodzi o coś innego. Pewien znany aktor powiedział kiedyś, że nie jest optymistą, bo dzięki temu nigdy nie przeżywa zawodu związanego z pozytywnymi oczekiwaniami. I tu jest pies pogrzebany. Bo optymizm to nie tylko patrzenie w przyszłość ze ślepą nadzieją. Optymizm to umiejętność dostrzegania zalet, piękna i wyjątkowości w każdym przedmiocie, chwili i czynności. W każdym aspekcie życia. Optymista potrafi delektować się szklanką wody jak lampką wina Chateau Petrus rocznik 1980. Potrafi doszukać się melodi w stukaniu młotkiem. Nawet najokrutniejsze tortury odbiera jak łaskotanie. Dyndając do dołu głową przywiązany do gałęzi zastanawia się, jakie wspaniałe życie mają nietoperze. W Harrym Potterze był taki magiczny eliksir "Felix felicis", czyli płynne szczęscie, które sprawiało, że wszytko szło po naszej myśli. Ale tak naprawdę wcale nie potrzebujemy magii, żeby osiągnąć taki efekt. Wystarczy być optymistą.
PS. Przepłaciłem za swój samochód. Sądząc po tym, że jest to 11letnie stuknięte Punto z niedziałającymi wycieraczkami, rozpadającym się zawieszeniem i wieloma symptomami zmierzchu to pewnie przepłaciłem 2krotnie. W takiej cenie kupiłbym 150konne coupe, które również rozpadłoby się po 100km, ale przynajmniej przebyłbym je 3 razy szybciej. Niech pomyślę, co jest fajnego w moim samochodzie. Centralny zamek? No cóż, niestety on też nie działa. Mały, oszczędny silnik 1.1l? Nie wiem jak, ale spalanie w nim sięga 9l/100km. Silnik Fiata jest jak zminiaturyzowana sieć kanalizacji miejskiej. Mimo to wszystko, wiecie co? Kocham go. Bo jest mój, bo jeździ i jest czerwony. Niech to będzie mój pierwszy krok w uczeniu się optymizmu.
Dlaczego tak jest? Z badań wynika, że ludzie umiarkowanie marudni uchodzą za bardziej inteligentnych, ale to pewnie tylko w Polsce. Myślę, że chodzi o coś innego. Pewien znany aktor powiedział kiedyś, że nie jest optymistą, bo dzięki temu nigdy nie przeżywa zawodu związanego z pozytywnymi oczekiwaniami. I tu jest pies pogrzebany. Bo optymizm to nie tylko patrzenie w przyszłość ze ślepą nadzieją. Optymizm to umiejętność dostrzegania zalet, piękna i wyjątkowości w każdym przedmiocie, chwili i czynności. W każdym aspekcie życia. Optymista potrafi delektować się szklanką wody jak lampką wina Chateau Petrus rocznik 1980. Potrafi doszukać się melodi w stukaniu młotkiem. Nawet najokrutniejsze tortury odbiera jak łaskotanie. Dyndając do dołu głową przywiązany do gałęzi zastanawia się, jakie wspaniałe życie mają nietoperze. W Harrym Potterze był taki magiczny eliksir "Felix felicis", czyli płynne szczęscie, które sprawiało, że wszytko szło po naszej myśli. Ale tak naprawdę wcale nie potrzebujemy magii, żeby osiągnąć taki efekt. Wystarczy być optymistą.
PS. Przepłaciłem za swój samochód. Sądząc po tym, że jest to 11letnie stuknięte Punto z niedziałającymi wycieraczkami, rozpadającym się zawieszeniem i wieloma symptomami zmierzchu to pewnie przepłaciłem 2krotnie. W takiej cenie kupiłbym 150konne coupe, które również rozpadłoby się po 100km, ale przynajmniej przebyłbym je 3 razy szybciej. Niech pomyślę, co jest fajnego w moim samochodzie. Centralny zamek? No cóż, niestety on też nie działa. Mały, oszczędny silnik 1.1l? Nie wiem jak, ale spalanie w nim sięga 9l/100km. Silnik Fiata jest jak zminiaturyzowana sieć kanalizacji miejskiej. Mimo to wszystko, wiecie co? Kocham go. Bo jest mój, bo jeździ i jest czerwony. Niech to będzie mój pierwszy krok w uczeniu się optymizmu.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Poszedł bezrobotny Kowalski po chleb, ale spotkał go zawód.
Kupiłem ostatnio jabłka. Fascynujące prawda? Ja mógłbym słuchać o jabłkach całe dnie. Codziennie przy śniadaniu włączam radio „Widły w Dłoń” i rozkoszuje się debatami na temat zbiorów jabłek, ich jakością oraz zapewnieniami, że nawet jak jabłka rozpływają się w dłoni to i tak wciąż może być z tego dobra szarlotka.
Ale chodzi o to, że te jabłka które kupiłem, tak pięknie się prezentowały, że można było w nich dostrzec swoje odbicie. Natomiast były zgnite od środka. Przeżyłem zawód. No co? Niektórzy są zawiedzeni tym, że ich kot nie chce aportować. Albo tym, że dostali na urodziny Ferrari F430 w żółtym, a nie w czerwonym kolorze. Tak wiem, prawdziwy zawód ma miejsce, w momencie w którym dowiadujemy się, że Święty Mikołaj nie istnieje (sorry dzieci; tak w ogóle jego wizerunek został stworzony przez CocaColę).Równie bolesny zawód jest, gdy siedząc w publicznej toalecie nagle odkrywamy, że nie ma papieru. Ale mnie rozczarowały jabłka i koniec.
Więc zacząłem myśleć, jak często spotyka nas w życiu zawód. Ktoś nas wystawił do wiatru. Wyjechaliśmy na wakacje, ale pogoda wszystko popsuła. Zwiedzeni marketingową papką kupiliśmy coś, co tak naprawdę okazało się być chłamem. Znaleźliśmy sobie wspaniałego partnera, a gdy emocje opadły okazało się, że jest on rozczarowywający , zamiast czarujący. Szkoda tylko, że nie można zgłosić reklamacji i żądać odszkodowania za poniesione straty. Los urządza sobie takie zawody, na najlepszy zawód, a jego ambicją jest pobijać za każdym razem swój rekord.
Ale to nie tak. Nie ma co w bezsilnej złości rozbijać zabytkowe wazy z grobowca Mykerinosa, ani kopać Bogu ducha winnego psa. Każde rozczarowanie zostawia nas mądrzejszymi, chciejmy tylko korzystać z tych lekcji.
PS. Niezwykły finał napadu na sklep - link
Ale chodzi o to, że te jabłka które kupiłem, tak pięknie się prezentowały, że można było w nich dostrzec swoje odbicie. Natomiast były zgnite od środka. Przeżyłem zawód. No co? Niektórzy są zawiedzeni tym, że ich kot nie chce aportować. Albo tym, że dostali na urodziny Ferrari F430 w żółtym, a nie w czerwonym kolorze. Tak wiem, prawdziwy zawód ma miejsce, w momencie w którym dowiadujemy się, że Święty Mikołaj nie istnieje (sorry dzieci; tak w ogóle jego wizerunek został stworzony przez CocaColę).Równie bolesny zawód jest, gdy siedząc w publicznej toalecie nagle odkrywamy, że nie ma papieru. Ale mnie rozczarowały jabłka i koniec.
Więc zacząłem myśleć, jak często spotyka nas w życiu zawód. Ktoś nas wystawił do wiatru. Wyjechaliśmy na wakacje, ale pogoda wszystko popsuła. Zwiedzeni marketingową papką kupiliśmy coś, co tak naprawdę okazało się być chłamem. Znaleźliśmy sobie wspaniałego partnera, a gdy emocje opadły okazało się, że jest on rozczarowywający , zamiast czarujący. Szkoda tylko, że nie można zgłosić reklamacji i żądać odszkodowania za poniesione straty. Los urządza sobie takie zawody, na najlepszy zawód, a jego ambicją jest pobijać za każdym razem swój rekord.
Ale to nie tak. Nie ma co w bezsilnej złości rozbijać zabytkowe wazy z grobowca Mykerinosa, ani kopać Bogu ducha winnego psa. Każde rozczarowanie zostawia nas mądrzejszymi, chciejmy tylko korzystać z tych lekcji.
PS. Niezwykły finał napadu na sklep - link
sobota, 24 lipca 2010
Włącz dopalanie i gaz do dechy.
Próbowaliście kiedyś guaranny? Naprawdę ciekawy owoc. Daje Ci moc Zeusa. Jestem przekonany, że to właśnie ona została użyta do produkcji magicznego napoju Galów. Gumisie, które jako pierwsze ją odkryły, nazwały ją gumijagodą. Zawsze jak widzę jakiegoś kierowcę, którego nic ani nikt nie przekona, że zielone jest
zielone, a czerwone jest czerwone oraz który stwierdza, że dopóki
jedzie prosto to ma pierwszeństwo, to myślę że albo jest pod wpływem whisky
albo właśnie guaranny. Jeśli pójdziesz do ZOO, zażywszy wcześniej końską
dawkę tej magicznej roślinki, to najprawdopodobniej wskoczysz do klatki tygrysa, żeby
skopać mu tyłek.
Czy jednak takie specyfiki zostają obojętne dla naszego organizmu? Podobno
zbyt duże ilości napojów energetyzujących powodują próchnicę mózgu. Twoje
neurony zaczynają przepuszczać za dużo impulsów i się wykolejają, czy jakoś
tak.
A ja przed maturą wrzucałem w siebie jakieś kapsułki z miłorząbiem
japońskim i lecytyną. To tak wyostrza zmysły, że zaczynasz widzieć
powietrze i słyszeć jak rośnie trawa. Tylko czy przypadkiem nie zamieniło
to mojego umysłu w piure?
Jeśli jednak czujesz, że tak, wypiłeś za dużo Red Bulla w życiu i twoje
dendryty i aksony są jak polskie drogi to jest dla Ciebie małe pocieszenie.
Wberw naszej logice stwierdzono, że im wolniejszy ktoś ma umysł tym większe ma
zdolności twórczego myślenia.
Ale jak to? Mi się nie zdarza szybko myśleć. Zanim jestem wstanie znaleźć
sensowną odpowiedź na czyjeś pytanie to kosmos w tym czasie zdąży podwoić
swoją objętość. A mimo to nie czuję się surferem kreatywności. No cóż
widać jestem wyjątkiem potwiedzającym regułę.
zielone, a czerwone jest czerwone oraz który stwierdza, że dopóki
jedzie prosto to ma pierwszeństwo, to myślę że albo jest pod wpływem whisky
albo właśnie guaranny. Jeśli pójdziesz do ZOO, zażywszy wcześniej końską
dawkę tej magicznej roślinki, to najprawdopodobniej wskoczysz do klatki tygrysa, żeby
skopać mu tyłek.
Czy jednak takie specyfiki zostają obojętne dla naszego organizmu? Podobno
zbyt duże ilości napojów energetyzujących powodują próchnicę mózgu. Twoje
neurony zaczynają przepuszczać za dużo impulsów i się wykolejają, czy jakoś
tak.
A ja przed maturą wrzucałem w siebie jakieś kapsułki z miłorząbiem
japońskim i lecytyną. To tak wyostrza zmysły, że zaczynasz widzieć
powietrze i słyszeć jak rośnie trawa. Tylko czy przypadkiem nie zamieniło
to mojego umysłu w piure?
Jeśli jednak czujesz, że tak, wypiłeś za dużo Red Bulla w życiu i twoje
dendryty i aksony są jak polskie drogi to jest dla Ciebie małe pocieszenie.
Wberw naszej logice stwierdzono, że im wolniejszy ktoś ma umysł tym większe ma
zdolności twórczego myślenia.
Ale jak to? Mi się nie zdarza szybko myśleć. Zanim jestem wstanie znaleźć
sensowną odpowiedź na czyjeś pytanie to kosmos w tym czasie zdąży podwoić
swoją objętość. A mimo to nie czuję się surferem kreatywności. No cóż
widać jestem wyjątkiem potwiedzającym regułę.
Jeszcze tylko jedno ciasteczko.
63.1% procent dorosłych obywateli najwspanialszego i napotężniejszego panstwa jakim jest USA cierpi na nadwagę lub otyłość. Otyłość pociąga za sobą ogromne problemy zdrowotne. Co myślimy o ludziach otyłych? Jednych napawają obrzydzeniem, inni są zadowoleni, że mają idealne obiekty do wyśmiewania, innych podnosi na duchu "heeey, nie ja jedyna jestem gruba".
Prawda jest taka, że ludzie otyli poprostu inwestują w siebie. Zbierają jedzenie na czarną godzinę w tkankach. Coraz częsciej mówi się o krajach znajdujących sie na granicy bankructwa. Pomyślcie, może w końcu dojdzie do takiego kryzysu, że wszystko padnie jak domek z kart i zapanuje ogromny światowy głód. I kto to przetrwa? Nasi koledzy przypominający logo Michelin oraz kobitki "3 in 1". Oczywiście, jeśli nikt nie wpadnie na pomysł, żeby je zjeść.
O właśnie a gdyby się okazało, że mięso ludzkie leczy raka, uspokaja dzieci z ADHD, wygładza zmarszczki, usuwa zgagę, sprawia że IQ rośnie jak na drożdzach i czyni Ciebie niewrażliwym na ból? Zacząłby się masowy skup ludzi przez zakłady farmaceutyczne i kto by był najdroższy? Oczywiście, że ci którzy mają na sobie najwięcej cudownego towaru. Wyobraź sobie dzisiaj obżerasz się pączkami po złotówce, po to by za 20 lat twoja rodzina mogła cię sprzedać i cieszyć się życiem na Ibizie jako magnaci z ogromnymi posiadłościami ziemskimi. I to jest inwestycja, ciastka które kupujesz swojej kochanej małej córeczce zwrócą się po tysiąćkroć! Czasami obawiam się, że podobna mentalność towarzyszy rodzicom, wpychającym w swoje pociechy coraz więcej hamburgerów, babeczek maczanych w kremie z orzechami polanymi świńsko tłustą czekoladą i dają do popicia coca colą light. Już nie mówiąc o babciach...
Dokąd zmierza świat? Czy producenci mebli już robią projekty krzeseł z dębowego drewna wzmacniane tytanowymi wspornikami? Dbajmy o siebie. Idę na rower.
Prawda jest taka, że ludzie otyli poprostu inwestują w siebie. Zbierają jedzenie na czarną godzinę w tkankach. Coraz częsciej mówi się o krajach znajdujących sie na granicy bankructwa. Pomyślcie, może w końcu dojdzie do takiego kryzysu, że wszystko padnie jak domek z kart i zapanuje ogromny światowy głód. I kto to przetrwa? Nasi koledzy przypominający logo Michelin oraz kobitki "3 in 1". Oczywiście, jeśli nikt nie wpadnie na pomysł, żeby je zjeść.
O właśnie a gdyby się okazało, że mięso ludzkie leczy raka, uspokaja dzieci z ADHD, wygładza zmarszczki, usuwa zgagę, sprawia że IQ rośnie jak na drożdzach i czyni Ciebie niewrażliwym na ból? Zacząłby się masowy skup ludzi przez zakłady farmaceutyczne i kto by był najdroższy? Oczywiście, że ci którzy mają na sobie najwięcej cudownego towaru. Wyobraź sobie dzisiaj obżerasz się pączkami po złotówce, po to by za 20 lat twoja rodzina mogła cię sprzedać i cieszyć się życiem na Ibizie jako magnaci z ogromnymi posiadłościami ziemskimi. I to jest inwestycja, ciastka które kupujesz swojej kochanej małej córeczce zwrócą się po tysiąćkroć! Czasami obawiam się, że podobna mentalność towarzyszy rodzicom, wpychającym w swoje pociechy coraz więcej hamburgerów, babeczek maczanych w kremie z orzechami polanymi świńsko tłustą czekoladą i dają do popicia coca colą light. Już nie mówiąc o babciach...
Dokąd zmierza świat? Czy producenci mebli już robią projekty krzeseł z dębowego drewna wzmacniane tytanowymi wspornikami? Dbajmy o siebie. Idę na rower.
Mamo mamo patrz, zawiązałem bucik!
Nie znoszę dzieci! Wiem, że po tej deklaracji większość kobiet użyłaby mnie do wycierania podłogi. Ale nie mogę, wkurzają mnie swoją głupotą. To taki paradoks, bo mimo mojego sędziwego wieku 21 lat wcale tak bardzo nie odbiegam od nich inteligencją. Tak czy inaczej nie mogę ich słuchać.
Jednak mimo tej mojej bezbrzeżnej animozji do tych małych łasuchów, muszę przyznać, że są aspekty w których dzieci mi imponują, obszary w których królują, a mi tylko pozostaje marzyć by im dorównać.
Po pierwsze wyobraźnia dziecka nie ma granic. To co dla nas jest dywanem, dla nich jest pustynią ukrywającą zdychającego potwora z Loch Ness, któremu trzeba pomóc. Jak wysypią się nam sztućce, to brzdąc zacznie z nich budować akwedukt z umywalki do ubikacji. Mc Guyver wysiada już na pierwszym zakręcie poprostu.
Pozatym zainteresowanie jakim obdarzają dzieci wszystko co da się dotknąć, zobaczeć lub poczuć jest jednym z najbardziej fascynujących zjawisk na tym świecie. Sam jeszcze pamiętam (choć te wspomnienia bledną z każdym dniem) jakie wszystko było dla mnie niezwykłe i wciągające. Można było się bawić zwykłą kartką papieru przez godziny, wymyślając coraz to nowe dla niej role. I ta chęć poznawania sekretów każdego przedmiotu, odkrywania wszystkiego dookoła, ciekawość która sprawia, że cieszysz się życiem w pełni.
Czasami myślę, że tylko dzieci potrafią być tak naprawdę szęśliwe, my "dorośli" umiemy tylko udawać.
Jednak mimo tej mojej bezbrzeżnej animozji do tych małych łasuchów, muszę przyznać, że są aspekty w których dzieci mi imponują, obszary w których królują, a mi tylko pozostaje marzyć by im dorównać.
Po pierwsze wyobraźnia dziecka nie ma granic. To co dla nas jest dywanem, dla nich jest pustynią ukrywającą zdychającego potwora z Loch Ness, któremu trzeba pomóc. Jak wysypią się nam sztućce, to brzdąc zacznie z nich budować akwedukt z umywalki do ubikacji. Mc Guyver wysiada już na pierwszym zakręcie poprostu.
Pozatym zainteresowanie jakim obdarzają dzieci wszystko co da się dotknąć, zobaczeć lub poczuć jest jednym z najbardziej fascynujących zjawisk na tym świecie. Sam jeszcze pamiętam (choć te wspomnienia bledną z każdym dniem) jakie wszystko było dla mnie niezwykłe i wciągające. Można było się bawić zwykłą kartką papieru przez godziny, wymyślając coraz to nowe dla niej role. I ta chęć poznawania sekretów każdego przedmiotu, odkrywania wszystkiego dookoła, ciekawość która sprawia, że cieszysz się życiem w pełni.
Czasami myślę, że tylko dzieci potrafią być tak naprawdę szęśliwe, my "dorośli" umiemy tylko udawać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
