Kiedyś jak byłem mały i głupi (czyli tak jak teraz, z tym że urosłem) wierzyłem, że jeżeli coś jest dobre to świat to doceni i wkrótce wszyscy będą mogli tego zaznać. Innymi słowy myślałem, że dobry produkt sam się wypromuje. Ale wtedy również myślałem, że patelnia to wieżyczka od czołgu dla skrzatów i że klocki lego ożywają w nocy.
O tym jak wiele jest w stanie zdziałać promocja oraz tworzenie odpowiedniego wizerunku przekonałem się tak naprawdę dość niedawno. Mianowicie natknąłem się na bloga, naczelnego bloggera w Polsce, czyli Kominka, którego popularność , rosnąca normalnie jak opętany bambus, jest dla mnie fenomenem. Oczywiście bardzo lubię Kominka (tzn. może nie samego Kominka, ale jego twórczość, a przynajmniej jakąś jej część ), ale uważam, że w blogosferze można odnaleźć dużo bardziej wartościowe perełki, które takiego aplauzu jak jego blog, się jakoś nie doczekały. Rzecz jasna nie mówię o sobie, bo ja nie jestem nawet godzien sprzątać kup po psie Kominka (jeżeli go ma, a jak nie ma to tym bardziej). Natomiast szczerze uważam, że tacy Voluś i Nivejka piszą od niego lepiej, a mimo to nie zdobyli nawet ułamka takiej audiencji. Oczywiście jestem świadomy, że to nie ta „branża”, że Kominek pisze dla młodzieży, która jest przecież najbardziej aktywną grupą wyjadaczy Internetu, ale mimo wszystko to nie uzasadnia tak wielkich różnic w oglądalności.
Smuci mnie, że tak wiele smakołyków dla duszy nie jest w stanie się przebić przez komercyjne sito. Boli mnie jak pomyślę, że gdzieś tam daleko jest coś wspaniałego o istnieniu czego nie mam pojęcia. I że szukanie muzycznych delicji muszę brać w swoje ręce, bo radio mnie w tym nie wyręczy.
Najgorsze jest jednak to, że ludzka psychika jest na tyle elastyczna, że osoby trzecie mogą ją ugniatać jak plastelinę. Że wszystko można tak zaaranżować, żeby stało się atrakcyjne w oczach odbiorcy. Że można tak przekabacić człowieka, żeby polubił coś, o czym zawsze myślał, że nigdy nie polubi. Marny produkt można sprzedać, tylko dlatego, że ma ładne opakowanie, albo dlatego, że gwarantuje nam on przynależność do jakiejś grupy społecznej. Czasami sama forma staje się po prostu dużo ważniejsza od treści. W ten sposób tandetny plastik unosi się na wodzie, podczas gdy kamienie szlachetne idą na dno. Szkoda trochę, nie?
PS. Ale zacząłem biadolić, coś mi ten blog popada w ruinę. Plantację farmazonów opanowały chwasty!
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofilia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 maja 2011
piątek, 21 stycznia 2011
Przepraszam, którędy do Szczęścia?
Gdzie leży szczęście? Zapytany o to Google Map entuzjastycznie przystąpił do poszukiwań i już po chwili nieprzyzwoicie radośnie merdając ogonem podał mi współrzędne (kto go nauczył tak sprawnie aportować?). Otóż Szczęście leży gdzieś pod Radomiem. Ale nie Google Mapo, przykro mi, ale nie o to mi chodziło. Udałem się więc do Ojca Google Mapa, czyli do jego wszechwiedzącej Googlowatości Google.Com`a I Wielkiego, ale on również nie wie gdzie jest szczęście. Owszem coś tam niby podejrzewa. Gdy uciąłem sobie z nim pogawędkę przy herbatce, zarzucił mnie tonami teorii o szczęściu. Ale żadna do mnie nie przemówiła. Gdyby posmarować kromkę chleba jedną z tamtych teorii to powstałaby pierwsza na świecie niejadalna kanapka (co trochę gryzie się z definicją kanapki, bo ja jestem święcie przekonany, że kanapka jest po to żeby była jadalna). Moim zdaniem szczęście leży gdzieś za Jeziorem Marzeń, daleko na wschód od Kanionu Kłopotów i nieco na południe od Krainy Nadziei i Złudzeń, a wchodzi się do niego przez Łuk Triumfalny zbudowany ze szczerego, pachnącego piernika i w centrum zastaje się fontannę mlekiem i miodem płynącą.
Gdyby szczęście było kobietą, to była by to kobieta o nieskazitelnej, perfekcyjnej urodzie, która jednym trzępotnięciem rzęsą zmusiłaby cię do udawania kurczaka w tłumie wygłodniałych lisów. Przy okazji byłaby nieprzekupna, a wszelkie próby jej poderwania kończyły by się bardzo bolesnym doświadczeniem zwanym pieszczotliwie ‘liściem’. Tylko co z tego, jeżeli całe swoje życie spędziłaby w jakimś schronie atomowym 10 km pod ziemią i tyle byśmy ją widzieli.
Jak byłem jeszcze mały i mądry (tak kiedyś byłem mądry) podjąłem pierwsze badania na temat szczęścia. W związku z tym, że w sumie nie było to tak dawno, to już wtedy zdążył się rozszaleć konsumpcjonizm. Zatem założyłem, że podstawą szczęścia jest posiadanie dóbr materialnych. Wychodząc z tej konkluzji, dotarło do mnie, że żeby być szczęśliwym trzeba mieć wszystko to co się chce. A żeby mieć wszystko co się chcesz wystarczy, że nie będziesz chcieć więcej niż posiadasz. Logiczne. I zapragnąłem to wprowadzić w życie. Tak po prostu nic nie chcieć. I chyba mogę dziś powiedzieć, że mi się to całkiem udało. Doszło nawet do tego, że jak dostaję od kogoś banknoty to owszem, uśmiechnę się, podziękuje uprzejmie, kulturalnie wszystko przeprowadzę. Tylko co ja z tą kasą zrobię? Oprawię w ramkę i powieszę na ścianie? Pobawię się w origami i złożę różę? A może użyję jako papierka do zawijania gumy do żucia? Nie no to ostatnie może nie, jakiś szacunek do pieniądza trzeba mieć. Poza tym gumy do życia wypchane są aspartamem jak mech pierwiastkami promieniotwórczymi w okolicach Prypecia. Oczywiście należy uwzględnić, że jestem na utrzymaniu rodziców, więc dach nad głową i wyżywienie mam za darmo.
Czy zatem jestem szczęśliwy? Oczywiście, że nie! Bo po pierwsze to, że nic więcej nie chcę wcale nie oznacza, że cieszę się tym co mam. Bo po drugie dotyczyło to tylko rzeczy materialnych a nie tych innych. (Na przykład dalej chciałbym być znów mądry). A po trzecie, założenie, że tylko posiadanie daje szczęście jest głupie! (Tak wprawdzie byłem wtedy mądry, ale nawet geniusze mogą się mylić)
Dzisiaj uzbrojony w najnowszą, najbardziej aktualną, Maximus Optimus rzeczową i konkretną wiedzę mogę powtórzyć za wielkimi głowami jakie są składniki szczęścia:
-Spokój ducha, brak natręctw czy innych problemów z głową
-Dobre zdrowie, wolność od problemów fizycznych i w ogóle bycie pełnym sił i energicznym
-Dobre relacje z ludźmi, posiadanie kogoś o kogo się troszczy i kto troszczy się o nas
-Poczucie sensu i celu w życiu
-Niezależność finansowa
-Samorealizacja, poczucie własnej wartości i szacunek do siebie
No dobra, wykułem się teraz tego na pamięć, tylko że dalej kurwa nic nie wiem. I szczęścia na horyzoncie wciąż nie widzę, i chyba nie zobaczyłbym nawet jakbym użył domowego teleskopu Hubble`a. Heh, ja nawet nie znam odpowiedniego azymymutu…
Na koniec przypomniałem sobie jeszcze, że mimo iż każdy z nas pragnie szczęścia, to każdy ma inny sposób na jego osiągnięcie. Zatem wbrew temu co poniektórzy spece od marketingu chcą nam wmówić, nie ma żadnej uniwersalnej recepty na szczęście. Jesteśmy zdani tylko na siebie w poszukiwaniu swojego raju. Szkoda. Chociaż w sumie pozostaje nam jeszcze wszczepienie elektrod w ośrodki odczuwania przyjemności w mózgu i nadużywać ich stymulacji… Ale o nauce to nie dzisiaj.
Gdyby szczęście było kobietą, to była by to kobieta o nieskazitelnej, perfekcyjnej urodzie, która jednym trzępotnięciem rzęsą zmusiłaby cię do udawania kurczaka w tłumie wygłodniałych lisów. Przy okazji byłaby nieprzekupna, a wszelkie próby jej poderwania kończyły by się bardzo bolesnym doświadczeniem zwanym pieszczotliwie ‘liściem’. Tylko co z tego, jeżeli całe swoje życie spędziłaby w jakimś schronie atomowym 10 km pod ziemią i tyle byśmy ją widzieli.
Jak byłem jeszcze mały i mądry (tak kiedyś byłem mądry) podjąłem pierwsze badania na temat szczęścia. W związku z tym, że w sumie nie było to tak dawno, to już wtedy zdążył się rozszaleć konsumpcjonizm. Zatem założyłem, że podstawą szczęścia jest posiadanie dóbr materialnych. Wychodząc z tej konkluzji, dotarło do mnie, że żeby być szczęśliwym trzeba mieć wszystko to co się chce. A żeby mieć wszystko co się chcesz wystarczy, że nie będziesz chcieć więcej niż posiadasz. Logiczne. I zapragnąłem to wprowadzić w życie. Tak po prostu nic nie chcieć. I chyba mogę dziś powiedzieć, że mi się to całkiem udało. Doszło nawet do tego, że jak dostaję od kogoś banknoty to owszem, uśmiechnę się, podziękuje uprzejmie, kulturalnie wszystko przeprowadzę. Tylko co ja z tą kasą zrobię? Oprawię w ramkę i powieszę na ścianie? Pobawię się w origami i złożę różę? A może użyję jako papierka do zawijania gumy do żucia? Nie no to ostatnie może nie, jakiś szacunek do pieniądza trzeba mieć. Poza tym gumy do życia wypchane są aspartamem jak mech pierwiastkami promieniotwórczymi w okolicach Prypecia. Oczywiście należy uwzględnić, że jestem na utrzymaniu rodziców, więc dach nad głową i wyżywienie mam za darmo.
Czy zatem jestem szczęśliwy? Oczywiście, że nie! Bo po pierwsze to, że nic więcej nie chcę wcale nie oznacza, że cieszę się tym co mam. Bo po drugie dotyczyło to tylko rzeczy materialnych a nie tych innych. (Na przykład dalej chciałbym być znów mądry). A po trzecie, założenie, że tylko posiadanie daje szczęście jest głupie! (Tak wprawdzie byłem wtedy mądry, ale nawet geniusze mogą się mylić)
Dzisiaj uzbrojony w najnowszą, najbardziej aktualną, Maximus Optimus rzeczową i konkretną wiedzę mogę powtórzyć za wielkimi głowami jakie są składniki szczęścia:
-Spokój ducha, brak natręctw czy innych problemów z głową
-Dobre zdrowie, wolność od problemów fizycznych i w ogóle bycie pełnym sił i energicznym
-Dobre relacje z ludźmi, posiadanie kogoś o kogo się troszczy i kto troszczy się o nas
-Poczucie sensu i celu w życiu
-Niezależność finansowa
-Samorealizacja, poczucie własnej wartości i szacunek do siebie
No dobra, wykułem się teraz tego na pamięć, tylko że dalej kurwa nic nie wiem. I szczęścia na horyzoncie wciąż nie widzę, i chyba nie zobaczyłbym nawet jakbym użył domowego teleskopu Hubble`a. Heh, ja nawet nie znam odpowiedniego azymymutu…
Na koniec przypomniałem sobie jeszcze, że mimo iż każdy z nas pragnie szczęścia, to każdy ma inny sposób na jego osiągnięcie. Zatem wbrew temu co poniektórzy spece od marketingu chcą nam wmówić, nie ma żadnej uniwersalnej recepty na szczęście. Jesteśmy zdani tylko na siebie w poszukiwaniu swojego raju. Szkoda. Chociaż w sumie pozostaje nam jeszcze wszczepienie elektrod w ośrodki odczuwania przyjemności w mózgu i nadużywać ich stymulacji… Ale o nauce to nie dzisiaj.
środa, 12 stycznia 2011
Umysł uszyty nad miarę
Człowiek… najbardziej zaawansowana forma życia na naszej planecie. Jako, że fizycznie praktycznie jesteśmy bezbronni na przestrzeni dziejów selekcja naturalna sprzyjała tylko tym, którzy wykazywali się największym rozsądkiem i sprytem. W wyniku tego całego zamieszania staliśmy się gatunkiem, który intelektem kompletnie zdominował całą resztę fauny. Żadne inne zwierze nie dorasta nam do pięt. I nieważne czy jesteś osobą o której mówi się, że częściej bywa na Saturnie niż używa głowy, czy wybitnym naukowcem, który jest o krok od opracowania rewolucyjnej metody zmuszenia kota do posłuszeństwa bez użycia Whiskasa. W każdym przypadku fakt jest jeden i niezaprzeczalny: jesteś zajebisty. Posiadasz coś czego wartości nie da się wyrazić żadną walutą. Twój mózg wykonuje tysiące operacji w każdej mijającej chwili. Dysponujesz niewyobrażalną mocą obliczeniową, której nie sprostają jeszcze długo najznakomitsze superkomputery. Jesteś ukoronowaniem ewolucji, najgenialniejszym jej tworem. Zwieńczeniem dzieła. Tylko czy zawsze ta nasza elitarność wychodzi nam na dobre? I nie chodzi mi tu wcale o przesadny rozwój cywilizacji, niebezpieczne wynalazki czy szalonych geniuszy jak Teodor Kaczyński.
Wcisnę się trochę wspomnieniami w minione lato. Piękne było, prawda? Na szczęście już niedługo kolejne. W każdym razie trafiło się tak, że zamieszkały z nami szerszenie, gdzieś tam znalazły sobie wygodny, wymarzony własny kąt na strychu(nielegalnie!). A że to bardzo towarzyskie są stworzonka, więc składały nam częste wizyty(niechciane!). W końcu zawitał do mnie jeden z nich, taki naprawdę przypakowany bydlak, który równie dobrze co dziabnąć to mógłby mnie porwać do swoich i zażądać okupu od moich rodziców. I mimo, że przekomicznie wyrżnął łbem o szafkę to wcale nie było mi do śmiechu. Walczyć czy uciekać? Nie mogłem uciec, przecież nie zostawię mojego komputera na pastwę owada. Jednak zabijać też nie lubię, ale co począć, albo on albo ja. Chwyciłem ręcznik, który trzymam w pokoju na czarną godzinę i zaatakowałem go prawym sierpowym. Usłyszałem tylko jak z wielkim impetem rąbnął w ścianę. Problem był jednak taki, że nie miałem pojęcia gdzie. Mimo, że przeczesałem cały pokój 2 i pół raza to go nie odnalazłem. Trochę się zaniepokoiłem, no bo jak to tak do przeciwnika się odwrócić miałem teraz plecami? Musiałem to jednak jakoś przełknąć i siedziałem nieco nerwowo w pokoju udając, że jestem zajęty, ale tak naprawdę byłem w stanie pełnej gotowości. Nie mogłem dać się zaskoczyć.
Po jakiś 2 godzinach w końcu go namierzyłem. Tzn. sam dał się zlokalizować. Pełzał po moim łóżku, potykając się o każde włókno tkaniny, ciągnąc za sobą odwłok resztkami sił. Każdy następny jego krok był heroicznym wysiłkiem. Na pół żywy, byle przed siebie. Jeszcze jeden krok. I dalej. Nie znam się na fizjonomii szerszeni, ale jestem pewien, że na jego twarzy malowała się zawziętość. Nie, na pewno nie ubolewał nad swoim losem. Wiedział co ma robić i po prostu to robił, nie było mowy o jakimkolwiek wahaniu. Patrzyłem na jego mozolną, pełną bólu wędrówkę z wielkim podziwem. Zaimponował mi… Jego mały, nieskomplikowany móżdżek ,czy co on tam posiada, nie był w stanie przeprowadzić analizy sytuacji. Nie powiedział mu, że sprawa jest przegrana albo żeby sobie odpuścił. Nie miał o tym pojęcia, więc brnął przed siebie, walczył do samego końca. Bo w jego przekonaniu przecież nie można inaczej, nie widział w ogóle innej opcji. Bohater! Naprawdę byłem pod ogromnym wrażeniem jego determinacji. Chciałem do niego mówić wręcz mistrzu. Wiem, że to wszystko zdaje się głupie, ale taki już jestem. Cóż dalej mi pozostawało. Z wielkim bólem serca dobiłem go i wyrzuciłem.
A jak my zachowujemy się w momencie wystąpienia ciężkich okoliczności? Wydaje mi się, że nasz super hiper wyrafinowany, ogromny i pofałdowany mózg nie tylko wywiesza białą flagę w sytuacji kryzysowej, ale wręcz ośmielę się stwierdzić, że on sam przyczynia się do jej wystąpienia swoją zbyt intensywną pracą, podczas której produkuje nadmiar niechcianych, zgoła zbędnych myśli. I czasami właśnie zazdroszczę takim owadom. Żadnych dylematów, wszystko jest łatwe, klarowne i właściwe.
Wcisnę się trochę wspomnieniami w minione lato. Piękne było, prawda? Na szczęście już niedługo kolejne. W każdym razie trafiło się tak, że zamieszkały z nami szerszenie, gdzieś tam znalazły sobie wygodny, wymarzony własny kąt na strychu(nielegalnie!). A że to bardzo towarzyskie są stworzonka, więc składały nam częste wizyty(niechciane!). W końcu zawitał do mnie jeden z nich, taki naprawdę przypakowany bydlak, który równie dobrze co dziabnąć to mógłby mnie porwać do swoich i zażądać okupu od moich rodziców. I mimo, że przekomicznie wyrżnął łbem o szafkę to wcale nie było mi do śmiechu. Walczyć czy uciekać? Nie mogłem uciec, przecież nie zostawię mojego komputera na pastwę owada. Jednak zabijać też nie lubię, ale co począć, albo on albo ja. Chwyciłem ręcznik, który trzymam w pokoju na czarną godzinę i zaatakowałem go prawym sierpowym. Usłyszałem tylko jak z wielkim impetem rąbnął w ścianę. Problem był jednak taki, że nie miałem pojęcia gdzie. Mimo, że przeczesałem cały pokój 2 i pół raza to go nie odnalazłem. Trochę się zaniepokoiłem, no bo jak to tak do przeciwnika się odwrócić miałem teraz plecami? Musiałem to jednak jakoś przełknąć i siedziałem nieco nerwowo w pokoju udając, że jestem zajęty, ale tak naprawdę byłem w stanie pełnej gotowości. Nie mogłem dać się zaskoczyć.
Po jakiś 2 godzinach w końcu go namierzyłem. Tzn. sam dał się zlokalizować. Pełzał po moim łóżku, potykając się o każde włókno tkaniny, ciągnąc za sobą odwłok resztkami sił. Każdy następny jego krok był heroicznym wysiłkiem. Na pół żywy, byle przed siebie. Jeszcze jeden krok. I dalej. Nie znam się na fizjonomii szerszeni, ale jestem pewien, że na jego twarzy malowała się zawziętość. Nie, na pewno nie ubolewał nad swoim losem. Wiedział co ma robić i po prostu to robił, nie było mowy o jakimkolwiek wahaniu. Patrzyłem na jego mozolną, pełną bólu wędrówkę z wielkim podziwem. Zaimponował mi… Jego mały, nieskomplikowany móżdżek ,czy co on tam posiada, nie był w stanie przeprowadzić analizy sytuacji. Nie powiedział mu, że sprawa jest przegrana albo żeby sobie odpuścił. Nie miał o tym pojęcia, więc brnął przed siebie, walczył do samego końca. Bo w jego przekonaniu przecież nie można inaczej, nie widział w ogóle innej opcji. Bohater! Naprawdę byłem pod ogromnym wrażeniem jego determinacji. Chciałem do niego mówić wręcz mistrzu. Wiem, że to wszystko zdaje się głupie, ale taki już jestem. Cóż dalej mi pozostawało. Z wielkim bólem serca dobiłem go i wyrzuciłem.
A jak my zachowujemy się w momencie wystąpienia ciężkich okoliczności? Wydaje mi się, że nasz super hiper wyrafinowany, ogromny i pofałdowany mózg nie tylko wywiesza białą flagę w sytuacji kryzysowej, ale wręcz ośmielę się stwierdzić, że on sam przyczynia się do jej wystąpienia swoją zbyt intensywną pracą, podczas której produkuje nadmiar niechcianych, zgoła zbędnych myśli. I czasami właśnie zazdroszczę takim owadom. Żadnych dylematów, wszystko jest łatwe, klarowne i właściwe.
środa, 22 grudnia 2010
Panta Rei
Mądry tytuł, nie? I dostojnie brzmiący. Co jak co, ale Starożytni Grecy to musieli mieć łeb, żeby taki aforyzm wymyśleć. „Wszystko płynie”… Drogi Heraklicie*, jak Ty na to wpadłeś? Tak po prostu? Siedziałeś sobie i tak nagle Ci się wymsknęło? Naprawdę odwaliłeś kawał dobrej roboty. Za sam ten cytat powinieneś dostać Nobla. To niby takie proste spostrzeżenie a jednak za każdym razem gdy słyszę te słowa to popadam w zadumę.
Spotkałem wczoraj kolegę z liceum. Będzie 2 lata odkąd go ostatni raz widziałem. Okazało się, że zmienił kierunek studiów. Nie powiem, że kierunek który studiował wcześniej to astronomia, bo zależy mi na jego anonimowości. Dlaczego rzucił astronomię? Bo ludzie, którzy tam studiują całują swoje zeszyty z notatkami, szepczą im ciepłe słówka, tulą je, karmią i śpiewają im kołysanki. A w wolnym czasie fantazjują o tym jak wciągają Gwiazdę Polarną nosem. I poza tym chodzą, oddychają oraz jedzą i mimo, że robią to w miarę przyzwoicie to właściwie na tym kończy się ich aktywność. Otóż ten mój kolega określił się jako zbyt rozrywkowy na takie towarzystwo. Rozrywkowy?! On?! Czym prędzej zacząłem sobie wizualizować najtragiczniejsze wspomnienia mojego życia, żeby zachować powagę i nie wybuchnąć śmiechem. Przecież poziom jego rozrywkowości plasował się gdzieś pomiędzy rozrywkowością regału z IKEI a rozrywkowością zdechłej myszy. Bo tak było kiedyś, takiego go znałem. I takiego go lubiłem, sam przecież nie jestem rozrywkowy.
Ale panta rei… Wczoraj gdy na niego wpadłem był niezwykle ożywiony. Pełen wigoru i zapału. Byłbym przekonany, że przedawkował guaranę, gdyby nie fakt, że byłem przekonany, że po prostu stał się… rozrywkowy. To nie pierwszy taki przypadek w moich dziejach, gdy odkryłem, że życie mojego starego znajomego obróciło się o 180 stopni. Wielu z nich na studiach zaczęło w końcu oddychać pełną piersią, cieszyć się życiem. Tylko ja coraz bardziej zamykałem się w sobie… A potem gdy się spotykamy ja z rozrzewnieniem wspominam liceum, a oni właściwie chcą o nim zapomnieć. C'est la vie.
Taak, wszystko płynie… Nie jadam już na moim ukochanym talerzu z dzieciństwa, po raz kolejny nie mieszkam tam gdzie mieszkałem. W powietrzu jest coraz więcej dwutlenku węgla a w okolicy rosną jak po grzybach McDonaldy i inne punkty zaspokajania potrzeb ludzkich. W każdym momencie na naszym globie podejmowanych jest miliony decyzji. Decyzji, które oddziałują na mikro otoczenie, czasem na makro otoczenie, tworząc nieskończony łańcuch zmian, który splata się z innymi łańcuchami tworząc coś co niektórzy chcą nazywać fatum. Nasz los.
Wszystko płynie… Albo nie! Nie, nie i jeszcze raz nie kochany Heraklicie. Te słowa są już nieaktualne. Mogłeś je sobie przyjacielu wypowiedzieć siedząc nad brzegiem rzeki pod błękitnym niebem, wśród pachnącej przyrody, obserwując jak leniwie płynie czas. Co byś powiedział dzisiaj jakbyś znalazł się w środku miasta pełnego gwaru, pędzących samochodów i ludzi depczących sobie po piętach? Zatkało by Cię… Tak się składa, że dziś już wszystko nie płynie, ale rwie i gna do przodu na złamanie karku. Także z przykrością Ci oznajmiam mój drogi Heraklicie, że Twój czas minął…
*Słowa „panta rei” wprawdzie przypisuje się Heraklitowi, jednak w jego tekstach nigdy się one nie pojawiły. Pierwszą osobą, która uwieczniła te słowa pisemnie był Symplicjusz i niektórzy właśnie jego uważają za autora tego aforyzmu.
Spotkałem wczoraj kolegę z liceum. Będzie 2 lata odkąd go ostatni raz widziałem. Okazało się, że zmienił kierunek studiów. Nie powiem, że kierunek który studiował wcześniej to astronomia, bo zależy mi na jego anonimowości. Dlaczego rzucił astronomię? Bo ludzie, którzy tam studiują całują swoje zeszyty z notatkami, szepczą im ciepłe słówka, tulą je, karmią i śpiewają im kołysanki. A w wolnym czasie fantazjują o tym jak wciągają Gwiazdę Polarną nosem. I poza tym chodzą, oddychają oraz jedzą i mimo, że robią to w miarę przyzwoicie to właściwie na tym kończy się ich aktywność. Otóż ten mój kolega określił się jako zbyt rozrywkowy na takie towarzystwo. Rozrywkowy?! On?! Czym prędzej zacząłem sobie wizualizować najtragiczniejsze wspomnienia mojego życia, żeby zachować powagę i nie wybuchnąć śmiechem. Przecież poziom jego rozrywkowości plasował się gdzieś pomiędzy rozrywkowością regału z IKEI a rozrywkowością zdechłej myszy. Bo tak było kiedyś, takiego go znałem. I takiego go lubiłem, sam przecież nie jestem rozrywkowy.
Ale panta rei… Wczoraj gdy na niego wpadłem był niezwykle ożywiony. Pełen wigoru i zapału. Byłbym przekonany, że przedawkował guaranę, gdyby nie fakt, że byłem przekonany, że po prostu stał się… rozrywkowy. To nie pierwszy taki przypadek w moich dziejach, gdy odkryłem, że życie mojego starego znajomego obróciło się o 180 stopni. Wielu z nich na studiach zaczęło w końcu oddychać pełną piersią, cieszyć się życiem. Tylko ja coraz bardziej zamykałem się w sobie… A potem gdy się spotykamy ja z rozrzewnieniem wspominam liceum, a oni właściwie chcą o nim zapomnieć. C'est la vie.
Taak, wszystko płynie… Nie jadam już na moim ukochanym talerzu z dzieciństwa, po raz kolejny nie mieszkam tam gdzie mieszkałem. W powietrzu jest coraz więcej dwutlenku węgla a w okolicy rosną jak po grzybach McDonaldy i inne punkty zaspokajania potrzeb ludzkich. W każdym momencie na naszym globie podejmowanych jest miliony decyzji. Decyzji, które oddziałują na mikro otoczenie, czasem na makro otoczenie, tworząc nieskończony łańcuch zmian, który splata się z innymi łańcuchami tworząc coś co niektórzy chcą nazywać fatum. Nasz los.
Wszystko płynie… Albo nie! Nie, nie i jeszcze raz nie kochany Heraklicie. Te słowa są już nieaktualne. Mogłeś je sobie przyjacielu wypowiedzieć siedząc nad brzegiem rzeki pod błękitnym niebem, wśród pachnącej przyrody, obserwując jak leniwie płynie czas. Co byś powiedział dzisiaj jakbyś znalazł się w środku miasta pełnego gwaru, pędzących samochodów i ludzi depczących sobie po piętach? Zatkało by Cię… Tak się składa, że dziś już wszystko nie płynie, ale rwie i gna do przodu na złamanie karku. Także z przykrością Ci oznajmiam mój drogi Heraklicie, że Twój czas minął…
*Słowa „panta rei” wprawdzie przypisuje się Heraklitowi, jednak w jego tekstach nigdy się one nie pojawiły. Pierwszą osobą, która uwieczniła te słowa pisemnie był Symplicjusz i niektórzy właśnie jego uważają za autora tego aforyzmu.
wtorek, 5 października 2010
Kurs jak po torze
Piękny dzień. Na słońcu chyba była dostawa węgla, bo grzeje pełną parą. Bezchmurne niebo zdaje się to podkreślać. Albo raczej gdyby było chmurne to by zasłaniało ten fakt. Dom opustoszały zawierający tylko moją półżywą zombi-osobę. Gdzieś z oddali dochodzi głos dzwoneczków. Takich chińskich, co to dyndają na wietrze wydając metaliczne dźwięki. A że wiatr dziś hula to i dzwoneczki ochoczo koncertują. Wszystko to buduje jakiś taki śniony, bajeczny, a zarazem zwiastujący nieszczęście nastrój. Nie zważałem na to jednak i dzielnie udałem się schodami w dół w kierunku kuchni w celu przygotowania Tosta. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wyjrzałem za okno. Tam doszło do katastrofy. Kwiatek wspólnie z doniczką leżał przewrócony. Leżał wśród róż. Przegrał batalię z tym drańskim wiatrem. Przed oczami stanęła mi dramatyczna scena, Kwiat bohatersko mocuje się z Wiatrem, raz szala zwycięstwa przychyla się na jedną stronę raz na drugą. Róże oglądają całe zajście z rosnącym niepokojem. Nagle Wiatr dokonuje podstępnego ataku plecami, zadaje decydujący cios i wywala Kwiata. Róże lamentują, chcą biec na pomoc. Ale są zakopane, więc nie mogą biec. Logiczne.
No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.
No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)