wtorek, 5 października 2010

Kurs jak po torze


   Piękny dzień. Na słońcu chyba była dostawa węgla, bo grzeje pełną parą. Bezchmurne niebo zdaje się to podkreślać. Albo raczej gdyby było chmurne to by zasłaniało ten fakt. Dom opustoszały zawierający tylko moją półżywą zombi-osobę. Gdzieś z oddali dochodzi głos dzwoneczków. Takich chińskich, co to dyndają na wietrze wydając metaliczne dźwięki.  A że wiatr dziś hula to i dzwoneczki ochoczo koncertują. Wszystko to buduje jakiś taki śniony, bajeczny, a zarazem zwiastujący nieszczęście nastrój. Nie zważałem na to jednak i dzielnie udałem się schodami w dół w kierunku kuchni w celu przygotowania Tosta. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wyjrzałem za okno. Tam doszło do katastrofy. Kwiatek wspólnie z doniczką leżał przewrócony. Leżał wśród róż. Przegrał batalię z tym drańskim wiatrem. Przed oczami stanęła mi dramatyczna scena, Kwiat bohatersko mocuje się z Wiatrem, raz szala zwycięstwa przychyla się na jedną stronę raz na drugą. Róże oglądają całe zajście z rosnącym niepokojem. Nagle Wiatr dokonuje podstępnego ataku plecami, zadaje decydujący cios i wywala Kwiata. Róże lamentują, chcą biec na pomoc. Ale są zakopane, więc nie mogą biec. Logiczne.
   No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
   Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.

środa, 15 września 2010

Przełom w dziedzinie nauczania.

Drodzy Studenci
Życie opiera się na podejmowaniu decyzji. Niestety, jak wskazują badania, większość naszych wyborów okazuje się nietrafna bądź chybiona. Bądź nietrafna i chybiona zarazem. Czasami nawet błędna. Czas z tym skończyć! Ile razy pluliście sobie w brodę, ponieważ postanowiliście zostać na rujnująco nudnym wykładzie? Ale nieważne. To już przeszłość, bo pojawiło się nowe narzędzie, które pozwoli uniknąć wam tych bolesnych pomyłek. Przed wami WOSPW2010! (wzór na obliczanie szansy przeżycia wykładu)
 Gdzie:
S - szansa na przeżycie wykładu
C- ciekawość wykładu, przyjmuje wartości (0;1>
T- współczynnik zmęczenia, wartości (1;10>
P- atrakcyjność pobliskiego towarzystwa, wartości (0;1>
a - wartość alternatywnych sposobów spędzania czasu w danym momencie, wartości (0,1;1>
Skala wyników:
- 0-5% - Nie idź. Jeżeli pójdziesz to odwróci się od Ciebie własny znak zodiaku, a okoliczne koty zaczną Ci sikać pod drzwi. W dodatku rozniesie się wieść gminna, że jesteś looserem i skończysz na rynsztoku (ale koty i tak o Tobie nie zapomną).
 - 5-10% - Na wykładzie będzie niemiłosiernie przykro. Powstaną trwałe zmiany w Twojej psychice, jeżeli zdecydujesz się tam pozostać na dłużej. Zaczniesz słuchać Feel`a i wpierdalać BoboFruta. Zgrupowanie "Chytra Hydra Chyżo Hasa" rekomenduje, a w skrajnych przypadkach nawet refunduje, ewakuację.
- 10-25% - Ciężko orzec co czynić należy. Zaprawdę niech o Twym losie zadecyduje monetą podrzucenie. Jeżeli mości moneta na skraju kanta pozostać zechce, znak to niezaprzeczalny, że wykład będzie udany. A jeżeli w locie swoim bohaterskim nominał się jej zmieni, to sam Bóg do Ciebie przemówić zechciał więc racz mu godnie zadośćuczynić (pewnym faktem jest, żeś grzecham perfidnym musiał duszę swą splamić, więc pokuta w myśl ekwiwalentności równie wstrząsająca być musi, a wykład jest karą najwyższą).
 - 25-40% - To niegłupi pomysł. Kto wie, może dzięki temu wykładowi stworzysz coś ciekawego, może coś Cię natchnie. Może będziesz dobrze się bawił, kto wie. Może będą lądować kosmici na wydziale, może znajdziesz czek na 100tys zł, naprawdę może jakoś to będzie.
 - 40-60% - Tak, idź czym prędzej na aulę, zajmij sobie jak najlepszą miejscówkę i zacieraj ręce. Zdecydowanie, nie masz nic lepszego do roboty niż spędzić najbliższe 1,5h słuchając orędzia profesora na tematy, o których i tak nie masz zielonego pojęcia.
 - 60-85% - No chyba se jaja robisz. Albo nie jesteś studentem. Takie rzeczy to tylko w Erze.
 - 85-100% - Żal na 100%...

PS. Pozdrawiam cztery wspaniałe istoty, które przeniosły epicentrum szczęścia nieco w stronę Francji.

czwartek, 9 września 2010

Sztuka na patyku.

   Poszukuję kogoś z kim mógłbym pomilczeć. I nie chodzi mi bynajmniej o kredens, pluszowego misia czy szczuroskoczka. Bo mi chodzi o to, żeby pomilczeć z sensem. Co to znaczy pomilczeć z sensem? Nie mam zielonego pojęcia, powiedziałem to tak po prostu, żeby głęboko zabrzmiało.
   Bo widzicie, to tak jak z dzisiejszą sztuką. Mówiąc dzisiejsza sztuka mam na myśli setki lat wstecz, ale wydaje mi się, że to zjawisko dużo bardziej się nasiliło ostatnio. I co ważniejsze przybiera coraz bardziej absurdalne formy. Spójrzmy tylko na te wyrafinowane "środki artystycznego wyrazu". Mam wrażenie, że dzisiaj dewiza niektórych artystów wygląda mniej więcej tak: Ustawię w szyku popierdolono-przestawnym kilka zbitek, na pozór nie powiązanych słów. Napiszę trzy przecinki pod rząd, liczy się oryginalność. O a tu sobie myślnik między litery wstawię. Tam do licha, pójdę na całość, postawię kropkę w niekonwencjonalnym miejscu, na przykład w samym centrum zdania! To dopiero będzie awangarda. Ba, rewolucja! Oczywiście nie to, żeby to był mój kaprys. To taka alegoria, ale o co chodzi? Ja nie mam pomysłu, ale czytelnik na pewno coś wymyśli. A jak nie to mu krytyk pomoże. Oooo albo będę wyrazy kończył wielką literą. To będzie taka metafora, że nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz. I tak oto powstał "wiersz":
"Mizeriada"
"Mrok?...?             Myśli nie-widzę
     A...                     .?
   Przędze moje.go losu zawodząc
One,,, one dalej dalej
                                   Los mój
W ukła-dach boleści dziergają
BCD... I stało się-że się nie stało.
Pieczeń wystygła
            Marzenie skończone.
E... Tylko w śmietanie, ciągle,
ogórek osamotniony pływa
i czeka, i czeka
aż zgnije
FGHIJKLMNOPRS...T....W...............X.................Y...................."
   Nie pytajcie co trzeba brać, żeby coś takiego napisać, ale heroina przy tym jest równie nieszkodliwa co kakao. Ktoś się pokusi o interpretację?
 A teraz powciągajmy trochę farby.
Na pierwszy rzut oka obrazek wydaje się być łagodny i spokojny, co podkreślają delikatne, pastelowe kolory. Przyjrzyjmy się jednak bliżej. Wydaje się, że autor wykonywał ruchy pędzlem w pośpiechu, jakby dręczył go jakiś niepokój. Ten efekt potęguje ciemna, rozlana figura, która przyciąga uwagę nie tylko swoim kształtem, ale również przygnębiającą, atramentową czernią. Wyglądem przypomina jakąś zjawę, postać z horrorów. Jest ucieleśnieniem zła, które sięga do serca człowieka, które symbolizuje czerwone koło, niczym rubinowe oko. Nad nimi unosi się jaskrawy trójkąt, będący źródłem światła. Może on zarówno symbolizować jakąś siłę wyższą, Boga, a może również nasze sumienie albo moralność. W każdym razie jest to siła, która ma nas obronić przed złem. Jak widzimy okazuje się ona niewystarczająca, bo rubinowym oku pojawia się skaza. Czy to znaczy, że jesteśmy bezbronni wobec ciemnej strony? Czy powinniśmy wymagać większego wsparcia od otoczenia czy od własnego systemu wartości? Może znaku od Boga?
   A może by tak po prostu powiększyć trójkąt? Taki obrazek mógłby powstać po tym jak kawa się wylała na okładkę podręcznika od matematyki dla pierwszoklasistów. A może również przedstawiać człowieka, który gra w kręgle przy świetle trójkątnej jarzeniówki.
   I w taki właśnie karykaturalny sposób postrzegam dzisiejszą sztukę.
   PS. O tak, nie lubię krytyków. Bo wygląda na to, że krytyk nie jest po to, żeby ocenić obraz. To obraz jest po to, żeby krytyk miał co oceniać, żeby mógł wykazać się jako znawca tematu, żeby mógł dowieść swoich uduchowionych kompetencji.

niedziela, 5 września 2010

Życie w szklanym pudełku.

   Rozumiem ludzi, którzy kolekcjonują pudełka po Tic Tacach. Rozumiem ludzi, którzy przebierają się za pokemony i latają po mieście. Rozumiem ludzi, którzy karmią swoje psy sushi albo pizzą. Rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją, a nawet tych którzy nie rozumieją, że nie rozumieją. Rozumiem również ludzi, którzy nie lubią orzechów laskowych, chociaż nie przychodzi mi to łatwo. Naprawdę bardzo staram się być wyrozumiały, w końcu każdy ma swoje powody.
   Ale jednak nie rozumiem ludzi, którzy... oglądają telenowele. Czy ktoś może mnie oświecić, jak to się dzieje, że ta nędzna atrapa, imitacja, podróbka życia codziennie sciąga tyle osób na wygodną sofę przed telewizorem? Czy nasze życie jest tak jałowe i nudne, że musimy oglądać jak plastikowe postaci polewają grzanki keczapem, podają karmę swojemu chomikowi i udają się z nachmurzoną twarzą w kierunku drzwi? Bo rozumiem, gdyby robili przy tym jakieś akrobacje, żeby było efektownie. Albo gdyby przy okazji udzielali wskazówek lub pomysłów na dorobienie się małej fortunki. Mogłby się też pojawić jakieś emocjonujące wyścigi samochodowe, albo przepis na udane życie(nawet nie próbujcie mi mówić, że z opery mydlanej można się dużo nauczyć). W takiej sytuacji to ja już wolę pozmywać naczynia, albo nawet pójść na koncert jazzowy niż siedzieć i patrzeć na ten lichy spektakl połamanych kukiełek.
   Oczywiście, to nie znaczy, że uważam, że tacy ludzie źle robią. Każdy ma prawo robić co chce i nie mi to oceniać. Ja tylko po prostu tego nie pojmuję. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem.

piątek, 3 września 2010

Ciemno tu jakoś.

   Hola hola. Coś mi tu nie gra. Jestem kompletnie przekonany, że ostatniego posta napisałem najdalej wczoraj. Więc dzisiaj na chłopski rozum powinien być 12 sierpnia. A więc jakim cudem, na przeklęty lewy przycisk myszy, stało się że dziś jest 3 września?!(przepraszam za to siarczyste przekleństwo) Najwyraźniej wpadłem w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, w Polsce wszystko jest możliwe. Nawet czas ma swoje fochy.
   Szkoda, że nikt nie sprzedaje czasu w puszce.  Jestem pewien, że byłby to mój ulubiony przysmak. Podobno kremy Q10 potrafią zatrzymać czas, ale słyszałem, że są niesmaczne i ciężkostrawne. W takim razie teoria względności, która zakłada, że przy prędkości świetlnej czas stoi w miejscu, jest moją ostatnią nadzieją.
   W związku z tym jednak, że poruszanie się z prędkością światła nie jest wcale takie łatwe jak się wydaje, myślę że należałoby się zastanowić nad jakością czasu. I skupić nad tym, żeby wykorzystać go w jak najlepszy sposób. Tylko co to znaczy najlepszy sposób? Czerpać z rozkoszy życia pełną garścią, czy może skupić się na rozwoju, a może ustanowić sobie jakąś misję i ją spełniać? Eh nie wiem. Wiem natomiast, że zmarnowałem kolejne wakacje.

środa, 11 sierpnia 2010

Polsce nie do twarzy w różowych okularach.

   Polska jest postrzegana jako kraj ludzi negatywnie nastawionych do świata, nieustannie narzekających. Podobno w Ameryce na pytanie "jak leci" ludzie automatycznie odpowiadają, że lepiej być nie może. Natomiast u nas po tym pytaniu rozmówca zalewa nas ciepłą porcją żalów. Gdyby optymizmem można by się zarazić to prawdopodobnie zaczelibyśmy się przeciw niemu szczepić.
   Dlaczego tak jest? Z badań wynika, że ludzie umiarkowanie marudni uchodzą za bardziej inteligentnych, ale to pewnie tylko w Polsce. Myślę, że chodzi o coś innego. Pewien znany aktor powiedział kiedyś, że nie jest optymistą, bo dzięki temu nigdy nie przeżywa zawodu związanego z pozytywnymi oczekiwaniami. I tu jest pies pogrzebany. Bo optymizm to nie tylko patrzenie w przyszłość ze ślepą nadzieją. Optymizm to umiejętność dostrzegania zalet, piękna i wyjątkowości w każdym przedmiocie, chwili i czynności. W każdym aspekcie życia. Optymista potrafi delektować się szklanką wody jak lampką wina Chateau Petrus rocznik 1980. Potrafi doszukać się melodi w stukaniu młotkiem. Nawet najokrutniejsze tortury odbiera jak łaskotanie. Dyndając do dołu głową przywiązany do gałęzi zastanawia się, jakie wspaniałe życie mają nietoperze. W Harrym Potterze był taki magiczny eliksir "Felix felicis", czyli płynne szczęscie, które sprawiało, że wszytko szło po naszej myśli. Ale tak naprawdę wcale nie potrzebujemy magii, żeby osiągnąć taki efekt. Wystarczy być optymistą.
   PS. Przepłaciłem za swój samochód. Sądząc po tym, że jest to 11letnie stuknięte Punto z niedziałającymi wycieraczkami, rozpadającym się zawieszeniem i wieloma symptomami zmierzchu to pewnie przepłaciłem 2krotnie. W takiej cenie kupiłbym 150konne coupe, które również rozpadłoby się po 100km, ale przynajmniej przebyłbym je 3 razy szybciej. Niech pomyślę, co jest fajnego w moim samochodzie. Centralny zamek? No cóż, niestety on też nie działa. Mały, oszczędny silnik 1.1l? Nie wiem jak, ale spalanie w nim sięga 9l/100km. Silnik Fiata jest jak zminiaturyzowana sieć kanalizacji miejskiej. Mimo to wszystko, wiecie co? Kocham go. Bo jest mój, bo jeździ i jest czerwony. Niech to będzie mój pierwszy krok w uczeniu się optymizmu.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Poszedł bezrobotny Kowalski po chleb, ale spotkał go zawód.

   Kupiłem ostatnio jabłka. Fascynujące prawda? Ja mógłbym słuchać o jabłkach całe dnie. Codziennie przy śniadaniu włączam radio „Widły w Dłoń” i rozkoszuje się debatami na temat zbiorów jabłek, ich jakością oraz zapewnieniami, że nawet jak jabłka rozpływają się w dłoni to i tak wciąż może być z tego dobra szarlotka.
   Ale chodzi o to, że te jabłka które kupiłem, tak pięknie się prezentowały, że można było w nich dostrzec swoje odbicie. Natomiast były zgnite od środka. Przeżyłem zawód. No co? Niektórzy są zawiedzeni tym, że ich kot nie chce aportować. Albo tym, że dostali na urodziny Ferrari F430 w żółtym, a nie w czerwonym kolorze. Tak wiem, prawdziwy zawód ma miejsce, w momencie w którym dowiadujemy się, że Święty Mikołaj nie istnieje (sorry dzieci; tak w ogóle jego wizerunek został stworzony przez CocaColę).Równie bolesny zawód jest, gdy siedząc w publicznej toalecie nagle odkrywamy, że nie ma papieru. Ale mnie rozczarowały jabłka i koniec. 
   Więc zacząłem myśleć, jak często spotyka nas w życiu zawód. Ktoś nas wystawił do wiatru. Wyjechaliśmy na wakacje, ale pogoda wszystko popsuła. Zwiedzeni marketingową papką kupiliśmy coś, co tak naprawdę okazało się być chłamem.  Znaleźliśmy sobie wspaniałego partnera, a gdy emocje opadły okazało się, że jest on rozczarowywający  , zamiast czarujący. Szkoda tylko, że nie można zgłosić reklamacji i żądać odszkodowania za poniesione straty. Los urządza sobie takie zawody, na najlepszy zawód, a jego ambicją jest pobijać za każdym razem swój rekord.
   Ale to nie tak. Nie ma co w bezsilnej złości rozbijać zabytkowe wazy z grobowca Mykerinosa, ani kopać Bogu ducha winnego psa. Każde rozczarowanie zostawia nas mądrzejszymi, chciejmy tylko korzystać z tych lekcji.
PS. Niezwykły finał napadu na sklep - link

środa, 28 lipca 2010

-Tato, teleportuję się do Sydney po buty, zaraz wracam. -Dobrze synku, tylko uważaj na dziury w polskiej czasoprzestrzeni

   Świat zmienia się w zawrotnym tempie. Jeszcze niedawno dumnie kroczyło się po szarych chodnikach z walkmanem w kieszeni. Dzisiaj nadaje się on jedynie jako foremka do pieczenia ciasteczek. Prawdopodobnie gdybyście weszli z walkmanem do restrauracji to zostalibyście wyproszeni, bo stwierdzonoby że pocharataliście jej wizerunek, że ją sprofanowaliście i zbezcześciliście.
   Wy wyniku tych zawrotnych zmian starsi ludzie mają prawo poruszać się jak we mgle. Najgorsze jest jednak to, że przestają być oni jakimkolwiek autorytetem. Po co Ci babcia prowadząca monologi o tym jak się robi konfitury? Dżem to się kupuje w hipermarkecie. Jak masz ochotę na truskawki to kupujesz jogurt z extra dużymi kawałkami owoców i je wyławiasz. Po co Ci dziadek, który patrzy na Twój komputer jak na kura na traktor? Nie daj Boże piksel się poruszy na monitorze, a on już dostaje ataku paniki, bo myśli że to zła magia. Dzisiaj młodzież przejmuje pałeczkę, to oni zaczynają uczyć starszych życia w nowym świecie. Taki przewrót może mieć niemiłe konsekwencje. Co z tego będzie zobaczymy.
   Inna sprawa, że nam się może wydawać jakoby jesteśmy świetnie dostosowani do tych szalonych czasów. Stajemy się ignorantami, twierdząc że nas ten natłok nowości nie pochłonie. Tymczasem w Japoni (w której lada moment będzie można ściągnąć jedzenie z internetu i wydrukować zwariowaną drukarką) nie umielibyśmy obsłużyć nawet ubikacji.
   Ja powoli zaczynam się czuć zagubiony w naszym i tak zacofanym kraju. Chyba się starzeję...

wtorek, 27 lipca 2010

-Jak sobie radzisz w wielkim świecie? -Świetnie, czuje się jak troll w Internecie.

   Dziś Internet pozwala nie tylko dowiedzieć się niezwykłych rzeczy o świecie korzystając z takich serwisów jak demotywatory.pl, nie tylko znaleźć informacje o tym jak żółwie królewskie lubią spędzać letnie popołudnia, ale również jak wygląda wał korbowy od Jelcza oraz gdzie dostaniecie najlepszego kebaba w atrakcyjnej cenie. Można nawet założyć bloga. W Internecie można wszystko, a przede wszystkim można spuchnąć od pieniędzy.
   Pewnie większość z was ma założone konto na facebooku? Portal ten w chwili obecnej ma ponad 500mln zarejestrowanych użytkowników, a założeniem twórców jest dociągnąć do 1mld. Czy wiecie, że został on założony przez biednego studenta, a dziś jego wartość sięga, o bagatela, 15mld $? Weźmy demotywatory.pl. Podejrzewam, że dla wprawnego programisty napisanie kodu dla takiej strony to bułka z masłem. Wartość tego serwisu szacowana jest na kilka milionów złotych. I to jest piękne, w Internecie wystarczy, że masz pomysł i Twoje życie może się zmienić z dnia na dzień.
   Dobrodziejstwa Internetu jednak stają się problemem, gdy zaczynasz próbować zamknąć drzwi od pokoju za pomocą kursora od myszy, albo gdy rozmawiając z kimś na żywo udajesz, że piszesz na klawiaturze. Siła z jaką uzależnia Internet jest podobna do siły z jaką wciąga czarna dziura. Zaczyna się przenosić swoje życie w wirtualny świat, a miarą wartości ludzi staje się liczba przy wyrazie „friends”. Nie należy lekceważyć tego uzależnienia, może mieć ono równie destruktywny wpływ jak alkoholizm. Zastanówmy się przez chwilę, co by się stało, gdyby nagle na całym świecie przestał działać Internet? Byłby mętlik i pogrom i chyba nikt z nas nie umiałby się odnaleźć w takiej sytuacji.

   PS. Na każdą minutę mijającego czasu przypada 24 godziny materiału audio/video wrzucanego na youtube.com, a w Estonii można dziś za pośrednictwem Internetu głosować na prezydenta, założyć firmę w 15min i kto wie może wkrótce będzie można nawet adoptować dzieci, które zostaną dostarczone przez kuriera.

poniedziałek, 26 lipca 2010

W undergroundzie dzieją się rzeczy, o których nie sniło się filozofom.

   Kocham muzykę. Ale nie jestem nawet w stanie powiedzieć co dzisiaj jest na
topie. Z radiem, MTV i innymi przedstawicielstwami dzwięków dałem sobie
spokój już dawno. Stało się to w momencie, gdy w końcu do mnie dotarło, że
prawdziwa muzyka ukrywa się za kulisami. Od tamtej pory poświęciłem swoje
życie, żeby przeglądać nieprzebrany, międzyglaktyczny ocean "Youtube" i w
jego głębinach odnajdywać utwory bezlitośnie wpijające się w duszę.
   Nie uwierzycie jakie cuda tworzą ludzie w wieku 16-17 lat. Choć i tak Hans
Zimmer nigdy nie przestanie być dla mnie najlepszym współczesnym
kompozytorem, to muszę przyznać, że konkurencję ma wyśmienitą. A wszystko
dzięki rozwojowi technicznemu. Nie potrzebujesz dzisiaj mieć marudnej
orkiestry na zawołanie, która jest niewygodna w obsłudze. Wystarczy Ci
komputer plus syntezator.
   Skoro już o muzyce. Nie sądzicie, że to jest fenomen? Przecież to tylko
dzwięki ułożone ze sobą w odpowiedniej kombinacji. Pralka też wydaje
przecież odgłosy, ale nikogo to jednak nie jara. Co sprawia, że jedne
dzwięki nasz umysł ochoczo, z radością pochłania, a inne go nużą? Z
fizycznego punktu widzenia to tak czy inaczej tylko fala akustyczna. Co
ciekawe nie trzeba być człowiekiem, żeby reagować na muzykę, zwierzęta też
ją lubią.
   Z badań wynika, że muzyka wpływa bezpośrenio na mózg. Wysokie dzwięki o odpowiedniej amplitudzie wprawiają nasze umysły w stan zwiększonej aktywności. Dlatego wskazane jest uczyć się przy Mozarcie. Z
kolei niskie, głębokie basy, które tak kocham działają otępiająco. Co za
pech.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...