Nie raz będziemy stawiani w sytuacji, która pozbawi nas drogocennych złudzeń. Nie raz znajdziemy się w matnii, z której będzie się nam wydawać, że nie ma wyjścia. Nie raz trafimy na huragan, który połamie nam skrzydła. Będziemy potykać się na naszej drodze setki razy, będziemy natrafiać na kłody, przeszkody, pułapki i zasadzki. Będziemy otrzymywać zwalające z nóg ciosy od losu. Będziemy tracić wiarę i nadzieję, będziemy pytać po co i dlaczego.
Nasze serca będą krwawić, na naszych rozrywanych duszach będzie coraz więcej szwów. Ale nigdy, przenigdy nie zgodzimy się na kapitulację. Nigdy nie wywiesimy białej flagi, bo dopóki walczymy jesteśmy zwycięzcami… Będziemy szli przygnieceni ciężarem cierpienia, będziemy się czołgać, ale nigdy się nie zatrzymamy…
A kiedy osiągniemy swój cel, wszystkie nasze bolesne doświadczenia będą mglistymi, nieistotnymi wspomnieniami. Będą dziejami zapisanymi na marginesie naszej historii, marginesie na który nikt nie patrzy, którym nikt nie zawraca sobie głowy… i będziemy już zawsze szczęśliwi. No nie?
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
wtorek, 24 kwietnia 2012
sobota, 7 kwietnia 2012
Reklama święta
Byłem wczoraj na cmentarzu posprzątać groby, bo to ponoć idealna okazja na takie eskapady. Nie wiem jaki ma sens zdmuchnąć kilka listków z marmurowej płyty, ale nie mnie kwestionować wolę grand starszyzny. I gdy tak lawirowałem w tym labiryncie nagrobków, jeden szczegół wzrok mój przykuł. Otóż na tych najnowszych grobach, kamieniarze przygotowujący pomniki, wykuwają reklamę swojej działalności. Nosz ja p… Osobiście grób nie jest dla mnie żadnym symbolicznym miejscem, a rytuał pochówku jest dla mnie zupełnie odarty z mistycyzmu. A jednak nie mogę zdzierżyć, że ktoś umieszcza reklamę w takim właśnie miejscu, które bądź co bądź przez wielu uważane jest za święte. Nie mogę tego zdzierżyć, bo doprowadza mnie do furii ta ekspansja marketingu na każdą, KAŻDĄ! dziedzinę naszego życia, rujnując w ten sposób „atmosferę”. A ja jak wiadomo ideologicznie nie znoszę marketingu, bo jest pochodną konsumpcjonizmu, który obwiniam za całe zło tego świata. I teraz pytanie: co dalej? Może chirurdzy plastyczni zaczną tatuować swoje reklamy na pacjentach? Np. na sztucznym cycku byłoby napisane „Made by Doc X”. A może płatni mordercy będą grawerować dane kontaktowe na nabojach? Paranoja…
czwartek, 8 marca 2012
Wioletta i Wiktor a Dzień Kobiet
- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! - Wiktor wyrzucił w miarę radosnym tonem, po czym teatralnym gestem wyciągnął zza pleców bombonierkę w kształcie serca.
-Co to jest? - zapytała niemrawo Wioletta.
-No… czekoladki. - odpowiedział i zapadła chwilowa cisza wypełniona skonsternowanymi mrugnięciami Wioli. Wiktor korzystając z okazji, odwrócił szybko pudełko i przeczytał: z nadzieniem orzechowym .
-Aha… czekoladki… z nadzieniem… orzechowym… wyśmienicie… wspaniale… cudownie - kiwając głową, zrobiła sobie chwilę przerwy, żeby przemyśleć zaistniała sytuację. W końcu określiła strategię działania i natychmiast wprowadziła ją w życie. - A weź się nimi wypchaj! - fuknęła, ciskając gromami z oczu.
Wiktor nie wydawał się zasmucony tą reakcją. Zawsze starał się dojrzeć pozytywną stronę zachodzących dookoła wydarzeń.
-No dobra - odrzekł i szybkimi ruchami zdarł opakowanie i zgodnie z prośbą małżonki oddał się wypychaniu czekoladkami.
-Boże, weź mi proszę przypomnij dlaczego ja za ciebie wyszłam? - rzuciła mu spojrzenie już nie tyle gniewne, co wypełnione litością z jaką patrzy się na porzuconego szczeniaka.
-Nabua abua myyyyy- błyskotliwie zauważył Wiktor z gębą wypełnioną czekoladkami po brzegi. Niestety rozmówczyni nie przyjęła tego argumentu.
- Dlaczego… dlaczego nie potrafisz się wysilić na jakiś normalny prezent!? Marlena dostała od Kamila złote kolczyki, a ty mi tu czekoladki przynosisz?! Masz czas do wieczora, chcę zobaczyć jakiś romantyczny prezent!...! - zgrabnie zakończyła dalszą dyskusję.
Cóż miał poczynić biedny, choć najedzony Wiktor. Udał się na długą wyprawę w poszukiwaniu romantycznego prezentu. Gdzie on nie był, czego nie widział, ileż pomysłów objął swoim rozumem i ile czekoladek po drodze zjadł to naprawdę ciężko policzyć. Wrócił dopiero późnym południem. Zastał Wiolettę siedzącą przy stole nad książką. Podszedł zatem do niej bezzwłocznie i położył prezent.
- Słoik - określiła z przerażeniem - fascynujące, niesamowite, taki okrągły. No piękny słoik. I piasek w śroodku… - na ostatnim wyrazie głos się jej załamał. Zaczęła się poważnie obawiać o zdrowie psychiczne swojego męża.
- No. A teraz spójrz - pstryknął w słoik dwukrotnie. Na ten sygnał ukryte w piasku mrówki wylazły na powierzchnie i tańcząc utworzyły kształt serca - Sam je tresowałem - powiedział z dumą. Wioletta patrzyła osłupiała. Ale tylko przez chwilę, szybko ochłonęła i skomentowała:
- No dobra… w miarę romantyczne. Ale prezent musi być też użyteczny. No bo co ja z tym niby zrobię?!
Chcąc nie chcąc, Wiktor udał się na drugą wyprawę w poszukiwaniu prezentu. Powoli jednak zaczynał rozumieć reguły gry. Dlatego tym razem tropienie prezentu nie zajęło mu dużo czasu, za to konsumpcja czekoladek znacznie wzrosła. „To z powodu stresu” - usprawiedliwiał się w duchu.
- Są takie piękne!! - wybuch radości Wioli wstrząsnął powietrzem, gdy wyjmowała złote kolczyki z pudełka - jesteś kochany!! - pocałowała go, po czym popędziła do lustra czym prędzej przymierzyć nową biżuterię. Wiktor nie miał pojęcia w jaki sposób kolczyki spełniają ustalone wcześniej wymagania romantyzmu czy użyteczności. Wiktor w tej chwili już nic nie myślał tak naprawdę. Odczuwał tylko wielką ulgę, że przez najbliższe 3 miesiące, aż do urodzin Wioletty nie będzie już musiał myśleć o kupowaniu prezentu.
-Co to jest? - zapytała niemrawo Wioletta.
-No… czekoladki. - odpowiedział i zapadła chwilowa cisza wypełniona skonsternowanymi mrugnięciami Wioli. Wiktor korzystając z okazji, odwrócił szybko pudełko i przeczytał: z nadzieniem orzechowym .
-Aha… czekoladki… z nadzieniem… orzechowym… wyśmienicie… wspaniale… cudownie - kiwając głową, zrobiła sobie chwilę przerwy, żeby przemyśleć zaistniała sytuację. W końcu określiła strategię działania i natychmiast wprowadziła ją w życie. - A weź się nimi wypchaj! - fuknęła, ciskając gromami z oczu.
Wiktor nie wydawał się zasmucony tą reakcją. Zawsze starał się dojrzeć pozytywną stronę zachodzących dookoła wydarzeń.
-No dobra - odrzekł i szybkimi ruchami zdarł opakowanie i zgodnie z prośbą małżonki oddał się wypychaniu czekoladkami.
-Boże, weź mi proszę przypomnij dlaczego ja za ciebie wyszłam? - rzuciła mu spojrzenie już nie tyle gniewne, co wypełnione litością z jaką patrzy się na porzuconego szczeniaka.
-Nabua abua myyyyy- błyskotliwie zauważył Wiktor z gębą wypełnioną czekoladkami po brzegi. Niestety rozmówczyni nie przyjęła tego argumentu.
- Dlaczego… dlaczego nie potrafisz się wysilić na jakiś normalny prezent!? Marlena dostała od Kamila złote kolczyki, a ty mi tu czekoladki przynosisz?! Masz czas do wieczora, chcę zobaczyć jakiś romantyczny prezent!...! - zgrabnie zakończyła dalszą dyskusję.
Cóż miał poczynić biedny, choć najedzony Wiktor. Udał się na długą wyprawę w poszukiwaniu romantycznego prezentu. Gdzie on nie był, czego nie widział, ileż pomysłów objął swoim rozumem i ile czekoladek po drodze zjadł to naprawdę ciężko policzyć. Wrócił dopiero późnym południem. Zastał Wiolettę siedzącą przy stole nad książką. Podszedł zatem do niej bezzwłocznie i położył prezent.
- Słoik - określiła z przerażeniem - fascynujące, niesamowite, taki okrągły. No piękny słoik. I piasek w śroodku… - na ostatnim wyrazie głos się jej załamał. Zaczęła się poważnie obawiać o zdrowie psychiczne swojego męża.
- No. A teraz spójrz - pstryknął w słoik dwukrotnie. Na ten sygnał ukryte w piasku mrówki wylazły na powierzchnie i tańcząc utworzyły kształt serca - Sam je tresowałem - powiedział z dumą. Wioletta patrzyła osłupiała. Ale tylko przez chwilę, szybko ochłonęła i skomentowała:
- No dobra… w miarę romantyczne. Ale prezent musi być też użyteczny. No bo co ja z tym niby zrobię?!
Chcąc nie chcąc, Wiktor udał się na drugą wyprawę w poszukiwaniu prezentu. Powoli jednak zaczynał rozumieć reguły gry. Dlatego tym razem tropienie prezentu nie zajęło mu dużo czasu, za to konsumpcja czekoladek znacznie wzrosła. „To z powodu stresu” - usprawiedliwiał się w duchu.
- Są takie piękne!! - wybuch radości Wioli wstrząsnął powietrzem, gdy wyjmowała złote kolczyki z pudełka - jesteś kochany!! - pocałowała go, po czym popędziła do lustra czym prędzej przymierzyć nową biżuterię. Wiktor nie miał pojęcia w jaki sposób kolczyki spełniają ustalone wcześniej wymagania romantyzmu czy użyteczności. Wiktor w tej chwili już nic nie myślał tak naprawdę. Odczuwał tylko wielką ulgę, że przez najbliższe 3 miesiące, aż do urodzin Wioletty nie będzie już musiał myśleć o kupowaniu prezentu.
wtorek, 14 lutego 2012
Wioletta i Wiktor a Walentynki
Wioletta czekała na ten dzień. Może nie w taki sposób, w jaki się czeka na podanie jedzenia w restauracji, gdy człowiek z głodu zjadłby kapcie. Ale z pewnością czekała. I nareszcie nadszedł ów Walentynowy dzień. Wstała zatem prawą nogą, rześka, wypoczęta i gotowa do działania. Zrobiła nawet mężowi śniadanie do łóżka, po czym przedstawiała mu na prędce ułożony plan.
-Sprawa jest prosta. Po pracy idziemy na romantyczny obiad, potem do kina, no i następnie na basen, bo podobno również tam ma być romantycznie- wyterkotała na jednym tchu.
Przez twarz adresata wiadomości przeszedł bliżej nieokreślony grymas.
-Skarbie… przecież Walentynki są przereklamowane… Nie możemy po prostu zostać w domu? Eee pograć w scrabble, napić się wina no i takie tam? - Wiktor, próbując zachować racjonalne podejście do świata, postanowił stawiać opór.
-Oczywiście, że nie! Są walentynki, nie będziemy siedzieć w domu. A gdy wrócimy… - w tym momencie Wioletta mrużąc oczy lubieżnie prześlizgnęła językiem po górnej wardze.
To był chwyt poniżej pasa, który błyskawicznie odebrał Wiktorowi umiejętność racjonalnego myślenia. Po prostu rozłożył go na łopatki.
- No dobra - zgodził się skwapliwie.
Kelnerka w restauracji podeszła do nich, gdy tylko przekroczyli próg drzwi. Wskazała dogodne miejsce, podała karty menu, po czym zniknęła i po 5 minutach z szerokim uśmiechem pojawiła się ponownie.
- Co podać? - zapytała.
- Hmm, spróbujemy tej kaczki z jabłkami, plus surówkę z czerwonej kapusty.
- Dla dwojga tak?
- No tak.
-Yhm, a coś do picia?
- Jeden sok pomarańczowy i jeden porzeczkowy.
-Ok. W związku z tym, że mamy dziś Walentynki - zwróciła się teraz bezpośrednio do Wiktora - na życzenie klienta możemy użyć przypraw zwiększających libido. Czy życzyłby…
- Czy pani sugeruje niby, że ja mu nie wystarczam do zwiększenia libido?! - Wioletta niesiona świętym oburzeniem nie dała dokończyć kelnerce zdania. No cóż, może i miała powody, w końcu nie była brzydka. W sumie to mogłaby reklamować szampon jakiejś średniej marki. A może nawet i jakieś znaczącej marki. A teraz poczuła się tak jakby ktoś to próbował zakwestionować. Fakt faktem, że wyciągała pochopne wnioski w tempie rozpędzonej asteroidy, co sprawiało, że nie zawsze miały one sens.
- Niee, ależ oczywiście, że nie. Spokojnie - odpowiedziała kelnerka, równie zaskoczona co wystraszona - Proponujemy to każdemu w końcu. Czy jeszcze coś podać? - dodała szybko, a po otrzymaniu przeczącej odpowiedzi pospiesznie oddaliła się zrealizować zamówienie.
Wioletta jednak nie dała wiary jej tłumaczeniom i Wiktor bez trudu odnotował pogorszenie nastroju małżonki. Miał nadzieję, że chociaż kino poprawi jej humor. Ale w kinie było jeszcze gorzej. Romantyczna komedia jaką wybrali nie była w prawdzie ani zła ani dobra. Może i dałoby się dotrzymać do końca, gdyby tylko nie te jęki i cmokania dookoła, które irytowały Wiolę niezmiernie. Ale i to by przetrzymała. Nie wytrzymała jednak, gdy siedzący obok facet położył rękę na jej kolanie. I nie obchodziło jej to, że ów człowiek miał mało krwi w alkoholu i dlatego zwyczajnie pomylił ją ze swoją dziewczyną. Wioletta nie tyle była w gorącej, co we wrzącej wodzie kąpana. Zareagowała więc celnie wymierzonym policzkiem w natręta, po czym chwyciła i wyprowadziła z kina męża, który nawet nie miał czasu zrozumieć co się stało.
Po opuszczenia kina, mimo wszystko skierowali się na basen. W końcu nie ma nic lepszego niż siedzenie w jacuzzi, gdy w środku człowiek się gotuje. Po tym jak Wioletta trochę ochłonęła, poszli w końcu trochę popływać. Po całym basenie były porozrzucane dmuchane serduszka. To właśnie one miały nadać romantycznego nastroju, o którym wcześniej wspominała mężowi. Mimo, że wydawały się tandetne i kiczowate, to Wioli bardzo się spodobały. Do czasu.
- Hey, zobacz, rzuciła serduszko w moją stronę. - Wiktor wskazał ruchem głowy stojącą w kącie młodą kobietę o nienagannej sylwetce. - Muszę jej oddać! - krzyknął, po czym chciał rzucić się, żeby popłynąć w jej kierunku. Nie zdążył. Wioletta chwyciła go za czuprynę, bez zbędnej troski niczym lwica chwyta swoje młode, po czym odholowała go do brzegu.
-Wychodzimy - rzuciła wściekle.
-Nigdy!... Więcej!... Walentynek!... - wyrzuciła z siebie, gdy już wsiedli do samochodu.
-Ale, ale… został jeszcze jeden punkt do spełnia z twojego walentynkowego planu - odpowiedział z lubieżnym uśmiechem.
- Zapomnij… od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa - jednym zdaniem zgasiła jego entuzjazm.
-Sprawa jest prosta. Po pracy idziemy na romantyczny obiad, potem do kina, no i następnie na basen, bo podobno również tam ma być romantycznie- wyterkotała na jednym tchu.
Przez twarz adresata wiadomości przeszedł bliżej nieokreślony grymas.
-Skarbie… przecież Walentynki są przereklamowane… Nie możemy po prostu zostać w domu? Eee pograć w scrabble, napić się wina no i takie tam? - Wiktor, próbując zachować racjonalne podejście do świata, postanowił stawiać opór.
-Oczywiście, że nie! Są walentynki, nie będziemy siedzieć w domu. A gdy wrócimy… - w tym momencie Wioletta mrużąc oczy lubieżnie prześlizgnęła językiem po górnej wardze.
To był chwyt poniżej pasa, który błyskawicznie odebrał Wiktorowi umiejętność racjonalnego myślenia. Po prostu rozłożył go na łopatki.
- No dobra - zgodził się skwapliwie.
Kelnerka w restauracji podeszła do nich, gdy tylko przekroczyli próg drzwi. Wskazała dogodne miejsce, podała karty menu, po czym zniknęła i po 5 minutach z szerokim uśmiechem pojawiła się ponownie.
- Co podać? - zapytała.
- Hmm, spróbujemy tej kaczki z jabłkami, plus surówkę z czerwonej kapusty.
- Dla dwojga tak?
- No tak.
-Yhm, a coś do picia?
- Jeden sok pomarańczowy i jeden porzeczkowy.
-Ok. W związku z tym, że mamy dziś Walentynki - zwróciła się teraz bezpośrednio do Wiktora - na życzenie klienta możemy użyć przypraw zwiększających libido. Czy życzyłby…
- Czy pani sugeruje niby, że ja mu nie wystarczam do zwiększenia libido?! - Wioletta niesiona świętym oburzeniem nie dała dokończyć kelnerce zdania. No cóż, może i miała powody, w końcu nie była brzydka. W sumie to mogłaby reklamować szampon jakiejś średniej marki. A może nawet i jakieś znaczącej marki. A teraz poczuła się tak jakby ktoś to próbował zakwestionować. Fakt faktem, że wyciągała pochopne wnioski w tempie rozpędzonej asteroidy, co sprawiało, że nie zawsze miały one sens.
- Niee, ależ oczywiście, że nie. Spokojnie - odpowiedziała kelnerka, równie zaskoczona co wystraszona - Proponujemy to każdemu w końcu. Czy jeszcze coś podać? - dodała szybko, a po otrzymaniu przeczącej odpowiedzi pospiesznie oddaliła się zrealizować zamówienie.
Wioletta jednak nie dała wiary jej tłumaczeniom i Wiktor bez trudu odnotował pogorszenie nastroju małżonki. Miał nadzieję, że chociaż kino poprawi jej humor. Ale w kinie było jeszcze gorzej. Romantyczna komedia jaką wybrali nie była w prawdzie ani zła ani dobra. Może i dałoby się dotrzymać do końca, gdyby tylko nie te jęki i cmokania dookoła, które irytowały Wiolę niezmiernie. Ale i to by przetrzymała. Nie wytrzymała jednak, gdy siedzący obok facet położył rękę na jej kolanie. I nie obchodziło jej to, że ów człowiek miał mało krwi w alkoholu i dlatego zwyczajnie pomylił ją ze swoją dziewczyną. Wioletta nie tyle była w gorącej, co we wrzącej wodzie kąpana. Zareagowała więc celnie wymierzonym policzkiem w natręta, po czym chwyciła i wyprowadziła z kina męża, który nawet nie miał czasu zrozumieć co się stało.
Po opuszczenia kina, mimo wszystko skierowali się na basen. W końcu nie ma nic lepszego niż siedzenie w jacuzzi, gdy w środku człowiek się gotuje. Po tym jak Wioletta trochę ochłonęła, poszli w końcu trochę popływać. Po całym basenie były porozrzucane dmuchane serduszka. To właśnie one miały nadać romantycznego nastroju, o którym wcześniej wspominała mężowi. Mimo, że wydawały się tandetne i kiczowate, to Wioli bardzo się spodobały. Do czasu.
- Hey, zobacz, rzuciła serduszko w moją stronę. - Wiktor wskazał ruchem głowy stojącą w kącie młodą kobietę o nienagannej sylwetce. - Muszę jej oddać! - krzyknął, po czym chciał rzucić się, żeby popłynąć w jej kierunku. Nie zdążył. Wioletta chwyciła go za czuprynę, bez zbędnej troski niczym lwica chwyta swoje młode, po czym odholowała go do brzegu.
-Wychodzimy - rzuciła wściekle.
-Nigdy!... Więcej!... Walentynek!... - wyrzuciła z siebie, gdy już wsiedli do samochodu.
-Ale, ale… został jeszcze jeden punkt do spełnia z twojego walentynkowego planu - odpowiedział z lubieżnym uśmiechem.
- Zapomnij… od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa - jednym zdaniem zgasiła jego entuzjazm.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Niech nastanie moda na uśmiech.
Właściwie większość z nas ma potrzebę bycia oryginalnym i niepowtarzalnym. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby zauważyć jak bardzo ludzie próbują manifestować swoją odrębność. Np. niektórzy wspinają się po ścianie Mariotu, jakby nie mogli kulturalnie skorzystać z windy. Inni z kolei jeżdżą idealnie rzucającym się w oczy różowym Ferrari. Całe rzesze ludzi tracą czas i pieniądze by wyrazić swoje jedno jedyne ja przy pomocy odpowiedniej stylizacji wyglądu zewnętrznego, co tworzy z tłumu czasami całkiem barwną mozaikę. Tymczasem, żeby wyróżnić się z tłumu wystarczy tak niewiele. Wystarczy się uśmiechnąć. Jednak nie chodzi mi o śmianie się na cały głos z ziomkami, ale o taki błogi uśmiech odzwierciedlający pozytywne nastawienie do świata.
Czemu tak rzadko się uśmiechamy na ulicy? Przecież w uśmiechu właściwie nie ma nic złego. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby komuś, dajmy na to, pękły od niego policzki. Zgadzam się, czasami może on nam nadać głupkowatego wyrazu twarzy. Tak, mogą się od niego robić zmarszczki. I owszem, według badań uśmiechnięci mężczyźni są oceniani jako mniej atrakcyjni fizycznie wśród płci przeciwnej. Ale to wszystko drobiazg w porównaniu do profitów, które płyną z jego stosowania.
Cielesność z naszym stanem umysłu przeplatuje się w jeszcze większym stopniu niż nam się wydaje. Wystarczy przybrać inną pozycję fizyczną, żeby delikatnie zmienić kierunek myśli. Np. jak twierdzą naukowcy, stojąc z założonymi rękami człowiek okazuje się być bardziej zdecydowanym. Albo inny przykład, kiwanie głową w rytm „tak” w trakcie zamartwiania się spowoduje wzrost negatywnego wpływu naszych smutków. Podobnie jest z uśmiechem. Aktywując go, nasz umysł przechodzi na jasną stronę mocy. A jak uśmiechniemy się do swojego odbicia w lustrze, to efekt będzie podwójny. I od razu świat wygląda przyjaźniej.
I to by było na tyle z teorii. Z praktyką jest nieco trudniej.
Czemu tak rzadko się uśmiechamy na ulicy? Przecież w uśmiechu właściwie nie ma nic złego. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby komuś, dajmy na to, pękły od niego policzki. Zgadzam się, czasami może on nam nadać głupkowatego wyrazu twarzy. Tak, mogą się od niego robić zmarszczki. I owszem, według badań uśmiechnięci mężczyźni są oceniani jako mniej atrakcyjni fizycznie wśród płci przeciwnej. Ale to wszystko drobiazg w porównaniu do profitów, które płyną z jego stosowania.
Cielesność z naszym stanem umysłu przeplatuje się w jeszcze większym stopniu niż nam się wydaje. Wystarczy przybrać inną pozycję fizyczną, żeby delikatnie zmienić kierunek myśli. Np. jak twierdzą naukowcy, stojąc z założonymi rękami człowiek okazuje się być bardziej zdecydowanym. Albo inny przykład, kiwanie głową w rytm „tak” w trakcie zamartwiania się spowoduje wzrost negatywnego wpływu naszych smutków. Podobnie jest z uśmiechem. Aktywując go, nasz umysł przechodzi na jasną stronę mocy. A jak uśmiechniemy się do swojego odbicia w lustrze, to efekt będzie podwójny. I od razu świat wygląda przyjaźniej.
I to by było na tyle z teorii. Z praktyką jest nieco trudniej.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Urbanizacja Rotka
I stało się. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę intrygi oraz złożonych przeze mnie obietnic in blanco, tudzież mojego własnego zrzędzenia, wylądowałem ponownie w słynnym mieście, to jest w Pruszkowie. Dzielę tutaj z moim bratem i jego dziewczyną mieszkanie o powierzchni niewiele większej niż powierzchnia chusteczki, dzięki czemu na dywany nie trzeba wydawać fortuny.
Muszę przyznać, że pomimo moich obaw, Pruszków okazał się być przyjemnym miastem… jeżeli tylko lubicie chodzić z połamanymi żebrami i rękojeścią noża wystającą z brzucha. Nie no, bez takich. Na dzień dzisiejszy to już naprawdę bezpieczna miejscowość… o ile jesteście dzieckiem znanego gangstera. Eh, dobra, koniec z tymi durnymi żarcikami. Z ręką na sercu przyznaję, że mieszka się tam całkiem dobrze. Mam pokoik z widokiem na park, skąd z wielką wesołością obserwuję jak obłąkani ludzie tarzają się po ziemi ze swoimi czworonogami. W dodatku pozytywnie zaskoczyła mnie masowa ilość rowerzystów, przebieżających ten niewielki skrawek zieleni. Nie wiem skąd w ogóle wzięło się tyle rowerów w Pruszkowie. Pewnie kradzione.
O ile za oknem dzieją się rzeczy pasjonujące i nie z tej ziemi, to po wewnętrznej stronie ścian nie dzieje się prawie nic, do tego stopnia, że widzę jak zastyga czas w powietrzu. A to dlatego, że na zawarość mojego pokoju składa się jedynie łóżko i szafa, która rzecz oczywista stoi pusta. Nie zabrałem z domu praktycznie nic. Nie mam w mieszkaniu komputera, wieży, gitary, pianina, telewizora ani nawet biurka. Wszystko czym muszę się zadowolić to książki. Bo to naprawdę dobry układ. Mam dużo zaległości czytelniczych, a teraz nareszcie mogę się poświęcić całkowicie ich nadrabianiu.
Ale ale, oczywiście jest pewien haczyk. Na weekendy wracam do domu. Ciężko sobie wyobrazić mój nastrój, gdy nadchodzi piątek, a ja wsiadam w kolejkę i jadę na moją wieś. Każdego piątku czuję się jakbym wracał do kraju po przymusowej emigracji, trwającej przynajmniej kilka wieków. A kiedy już pojawię się w moim kochanym, prawdziwym, naukochańszym pokoju, pierwsza rzecz na którą patrzę to… pianino. Serio, to niewiarygodne uczucie, które udziela się chyba tylko takim pojebusom jak ja, ale kiedy patrzę na to pianino po 4 dniach nieobecności… nie da się tego opisać. To nie jest rozkosz, radość, eforia czy ekstaza. Nic z tych rzeczy. To jakaś taka błogość, wewnętrzna harmonia, przekonanie, że wszystko jest tak jak powinno być, a ja właśnie znajduję się we właściwym miejscu. I to że nie umiem na nim grać nie ma nic do rzeczy.
Muszę przyznać, że pomimo moich obaw, Pruszków okazał się być przyjemnym miastem… jeżeli tylko lubicie chodzić z połamanymi żebrami i rękojeścią noża wystającą z brzucha. Nie no, bez takich. Na dzień dzisiejszy to już naprawdę bezpieczna miejscowość… o ile jesteście dzieckiem znanego gangstera. Eh, dobra, koniec z tymi durnymi żarcikami. Z ręką na sercu przyznaję, że mieszka się tam całkiem dobrze. Mam pokoik z widokiem na park, skąd z wielką wesołością obserwuję jak obłąkani ludzie tarzają się po ziemi ze swoimi czworonogami. W dodatku pozytywnie zaskoczyła mnie masowa ilość rowerzystów, przebieżających ten niewielki skrawek zieleni. Nie wiem skąd w ogóle wzięło się tyle rowerów w Pruszkowie. Pewnie kradzione.
O ile za oknem dzieją się rzeczy pasjonujące i nie z tej ziemi, to po wewnętrznej stronie ścian nie dzieje się prawie nic, do tego stopnia, że widzę jak zastyga czas w powietrzu. A to dlatego, że na zawarość mojego pokoju składa się jedynie łóżko i szafa, która rzecz oczywista stoi pusta. Nie zabrałem z domu praktycznie nic. Nie mam w mieszkaniu komputera, wieży, gitary, pianina, telewizora ani nawet biurka. Wszystko czym muszę się zadowolić to książki. Bo to naprawdę dobry układ. Mam dużo zaległości czytelniczych, a teraz nareszcie mogę się poświęcić całkowicie ich nadrabianiu.
Ale ale, oczywiście jest pewien haczyk. Na weekendy wracam do domu. Ciężko sobie wyobrazić mój nastrój, gdy nadchodzi piątek, a ja wsiadam w kolejkę i jadę na moją wieś. Każdego piątku czuję się jakbym wracał do kraju po przymusowej emigracji, trwającej przynajmniej kilka wieków. A kiedy już pojawię się w moim kochanym, prawdziwym, naukochańszym pokoju, pierwsza rzecz na którą patrzę to… pianino. Serio, to niewiarygodne uczucie, które udziela się chyba tylko takim pojebusom jak ja, ale kiedy patrzę na to pianino po 4 dniach nieobecności… nie da się tego opisać. To nie jest rozkosz, radość, eforia czy ekstaza. Nic z tych rzeczy. To jakaś taka błogość, wewnętrzna harmonia, przekonanie, że wszystko jest tak jak powinno być, a ja właśnie znajduję się we właściwym miejscu. I to że nie umiem na nim grać nie ma nic do rzeczy.
wtorek, 3 stycznia 2012
U-a-ha rowery dwa.
W czwartki, a czasami również i we wtorki, gdy wybije godzina 20, po czym minie jeszcze z tuzin ciągnących się jak krówka minut, mój środek lokomocji o romantycznie brzmiącej nazwie „pociąg WKD” ostatnimi siłami doczłapuje do mojego docelowego przystanku. Myślę sobie, że fajnie się siedzi, siedzenie w tyłek grzeje i w ogóle, ale wysiadać mi jednak trzeba. Zatem wstaję ślamazarnie i powłóczając nogami „idę” albo wręcz przeciwnie, bo to różnie bywa, podrywam się energicznie i radośnie kicam w kierunku mojego czerwonego, jakże porywczego automobila, zwanego przez ludzi Fiatem Punto*. I za każdym razem, czy zimno, czy słota, czy trzęsienie ziemi, czy deszcz meteorytów, czy inwazja obcych, na peronie widzę pewnego mężczyznę, już raczej po kwiecie wieku, stojącego z dwoma perfekcyjnie oświetlonymi rowerami, czekającego cierpliwie na… na swoją żonę jak sądzę. Gdy w końcu ją dostrzega w tłumku wydostającego z pociągu, na jego obliczu pojawia się błogi uśmiech, który swoją jasnością zawstydza Syriusza. Następnie ów pan wita się czule z tą chyba żoną, jakby nie widzieli się od conajmniej 7 lat, po czym odjeżdżają na swoich rowerkach i tyle ich widzę. Naprawdę sympatyczny widok muszę przyznać. Grodzisk Mazowiecki stacja Radońska. To tutaj odzyskuję wiarę w ludzi.
Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.
*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra Nowoczesny Transporter Osobowy.
Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.
*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra Nowoczesny Transporter Osobowy.
niedziela, 9 października 2011
Życie na loterii
Karola poznałem na jednej z imprez u koleżanki. Wyróżniał się z tłumu. Z przyczyn, których nie mogłem jeszcze wtedy odgadnąć był jedyną osobą, która nie spożywała tam alkoholu. A mimo to świetnie wczuwał się w klimat. Niecodzienny talent powiedziałbym. Gdy w końcu nadszedł moment, w którym wszyscy zajęci byli wyszukiwaniem wygodnego kąta do spoczynku i tempo imprezki zwolniło niemal do zera, Karol zaproponował mi grę w orła i reszką na pieniądze. Mi, bo zdaje się, że oprócz niego byłem ostatnią w miarę trzeźwą osobą, która jeszcze trzymała się na nogach. Nie, nie dlatego że mam mocną głowę. Po prostu nigdy nie lubiłem nadużywać alkoholu. Oczywiście zgodziłem się na jego propozycję, bo powoli nuda zaczynała zalewać pomieszczenie ze wszystkich stron. Zasady gry były proste: jeżeli zgadnę co wypadnie to Karol daje mi stówę, jeżeli nie zgadnę to ja daję stówę jemu.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.
piątek, 23 września 2011
Kilka mądrych słów
Pomyślałem sobie, że upchnę tutaj małą paczkę cytatów, tudzież aforyzmów, które w jakiś sposób wywarły na mnie wrażenie i zapadły w pamięć. Niektóre znane chyba każdemu, inne z kolei są już trochę mniej popularne. Większość z nich zdawałoby się jest oczywista, jednak (przynajmniej dla mnie) w pewien sposób uderzająca i wywołująca fale na tafli duszy, że się tak wyrażę z braku lepszego pomysłu. Być może któregoś z czytelników zmuszą do konstruktywnej refleksji, tak jak to było w moim przypadku. A jeżeli macie jakieś swoje ulubione sentencje to będę wdzięczny, jeżeli się nimi podzielicie.
„Lepiej z mądrym pieczeń obracać, niż z głupim ją jeść”
- Samuel Adalberg
"Jeśli myślisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli myślisz, że nie potrafisz - również masz rację"
- Henry Ford
„Człowieka, który nie daje się pokonać, nie da się pokonać.”
„Ból jest najlepszym nauczycielem, ale nikt nie chce być jego uczniem. „
- Bruce Lee
„Marność nad marnościami i wszystko marność”
- Kohelet
„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”
„Nie módlcie się o łatwe życie. Módlcie się o to, żeby być silniejszymi ludźmi”
- John F. Kennedy
„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”
- Józef Stalin.
„W nocy wszystkie koty wydają się być panterami”
Indiańskie przysłowie
„Nie można obudzić kogoś, kto udaje, że śpi”
Indiańskie przysłowie
„Twoje życie staje się lepsze, gdy ty stajesz się lepszy”
„Nieważne skąd przychodzisz, ważne dokąd idziesz”
- Brian Tracy.
“Luck is the residue of design”
- John Milton
„Ludzie prawie zawsze wolą wierzyć nie w to, co można udowodnić, lecz w to, co im odpowiada”
- Blaise Pascal
„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”
- Josef Goebbels
„Daj człowiekowi rybę a nakarmisz go na cały dzień. Naucz człowieka łowić ryby a nakarmisz go na całe życie”
- Chińskie powiedzenie.
„Nie wystarczy namierzyć, trzeba jeszcze strzelić”
- Włoskie przysłowie
„Ten, kto nie wytrzyma złego nie dożyje by zobaczyć dobrego”
- Żydowskie przysłowie
„To, co można zrobić kiedykolwiek nigdy nie zostanie zrobione”
- Szkockie przysłowie
„Jeżeli chcesz być poważany, musisz poważać sam siebie”
- Hiszpańskie przysłowie
A na koniec cytat z pewnego filmu, pretendującego do miana komedii (niestety, jestem sztywny, więc rzadko którą komedię uważam za komedię), ale mimo to poruszającego wiele istotnych kwestii dotyczących życia oraz szlachetnej postawy, która ostatnio zdaje się nie być w modzie.
Hub: „Czasami rzeczy, które mogą być prawdziwe ale wcale nie muszą, są rzeczami, w które człowiek powinien wierzyć najbardziej. To że ludzie są generalnie dobrzy; że honor, odwaga i cnota są najważniejsze… Że pieniądze i władza, władza i pieniądze nie mają znaczenia; że dobro zawsze triumfuje nad złem. I chcę, żebyś zapamiętał to… to że miłość, ta prawdziwa miłość... prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Zapamiętaj to, chłopcze. Zapamiętaj to. I nie ma znaczenia czy to prawda czy nie. Widzisz, człowiek powinien wierzyć w te rzeczy, ponieważ te rzeczy są warte tego, żeby w nie wierzyć. „
Film nazywa się „Stare Lwy” i naprawdę polecam go obejrzeć.
„Lepiej z mądrym pieczeń obracać, niż z głupim ją jeść”
- Samuel Adalberg
"Jeśli myślisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli myślisz, że nie potrafisz - również masz rację"
- Henry Ford
„Człowieka, który nie daje się pokonać, nie da się pokonać.”
„Ból jest najlepszym nauczycielem, ale nikt nie chce być jego uczniem. „
- Bruce Lee
„Marność nad marnościami i wszystko marność”
- Kohelet
„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”
„Nie módlcie się o łatwe życie. Módlcie się o to, żeby być silniejszymi ludźmi”
- John F. Kennedy
„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”
- Józef Stalin.
„W nocy wszystkie koty wydają się być panterami”
Indiańskie przysłowie
„Nie można obudzić kogoś, kto udaje, że śpi”
Indiańskie przysłowie
„Twoje życie staje się lepsze, gdy ty stajesz się lepszy”
„Nieważne skąd przychodzisz, ważne dokąd idziesz”
- Brian Tracy.
“Luck is the residue of design”
- John Milton
„Ludzie prawie zawsze wolą wierzyć nie w to, co można udowodnić, lecz w to, co im odpowiada”
- Blaise Pascal
„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”
- Josef Goebbels
„Daj człowiekowi rybę a nakarmisz go na cały dzień. Naucz człowieka łowić ryby a nakarmisz go na całe życie”
- Chińskie powiedzenie.
„Nie wystarczy namierzyć, trzeba jeszcze strzelić”
- Włoskie przysłowie
„Ten, kto nie wytrzyma złego nie dożyje by zobaczyć dobrego”
- Żydowskie przysłowie
„To, co można zrobić kiedykolwiek nigdy nie zostanie zrobione”
- Szkockie przysłowie
„Jeżeli chcesz być poważany, musisz poważać sam siebie”
- Hiszpańskie przysłowie
A na koniec cytat z pewnego filmu, pretendującego do miana komedii (niestety, jestem sztywny, więc rzadko którą komedię uważam za komedię), ale mimo to poruszającego wiele istotnych kwestii dotyczących życia oraz szlachetnej postawy, która ostatnio zdaje się nie być w modzie.
Hub: „Czasami rzeczy, które mogą być prawdziwe ale wcale nie muszą, są rzeczami, w które człowiek powinien wierzyć najbardziej. To że ludzie są generalnie dobrzy; że honor, odwaga i cnota są najważniejsze… Że pieniądze i władza, władza i pieniądze nie mają znaczenia; że dobro zawsze triumfuje nad złem. I chcę, żebyś zapamiętał to… to że miłość, ta prawdziwa miłość... prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Zapamiętaj to, chłopcze. Zapamiętaj to. I nie ma znaczenia czy to prawda czy nie. Widzisz, człowiek powinien wierzyć w te rzeczy, ponieważ te rzeczy są warte tego, żeby w nie wierzyć. „
Film nazywa się „Stare Lwy” i naprawdę polecam go obejrzeć.
środa, 14 września 2011
Mała rewolucja w domu
Z pewnością każde dziecko wie, że rodzice to niemały problem i potrzeba do nich nieskończonych pokładów cierpliwości. Poziom trudności wychowania sobie grona rodzicielskiego dorównuje czy może wręcz przebija poziom trudności opanowania umiejętności przesuwania przedmiotów siłą woli.
Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę. A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.
Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę. A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)