W czwartki, a czasami również i we wtorki, gdy wybije godzina 20, po czym minie jeszcze z tuzin ciągnących się jak krówka minut, mój środek lokomocji o romantycznie brzmiącej nazwie „pociąg WKD” ostatnimi siłami doczłapuje do mojego docelowego przystanku. Myślę sobie, że fajnie się siedzi, siedzenie w tyłek grzeje i w ogóle, ale wysiadać mi jednak trzeba. Zatem wstaję ślamazarnie i powłóczając nogami „idę” albo wręcz przeciwnie, bo to różnie bywa, podrywam się energicznie i radośnie kicam w kierunku mojego czerwonego, jakże porywczego automobila, zwanego przez ludzi Fiatem Punto*. I za każdym razem, czy zimno, czy słota, czy trzęsienie ziemi, czy deszcz meteorytów, czy inwazja obcych, na peronie widzę pewnego mężczyznę, już raczej po kwiecie wieku, stojącego z dwoma perfekcyjnie oświetlonymi rowerami, czekającego cierpliwie na… na swoją żonę jak sądzę. Gdy w końcu ją dostrzega w tłumku wydostającego z pociągu, na jego obliczu pojawia się błogi uśmiech, który swoją jasnością zawstydza Syriusza. Następnie ów pan wita się czule z tą chyba żoną, jakby nie widzieli się od conajmniej 7 lat, po czym odjeżdżają na swoich rowerkach i tyle ich widzę. Naprawdę sympatyczny widok muszę przyznać. Grodzisk Mazowiecki stacja Radońska. To tutaj odzyskuję wiarę w ludzi.
Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.
*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra Nowoczesny Transporter Osobowy.
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
wtorek, 3 stycznia 2012
niedziela, 9 października 2011
Życie na loterii
Karola poznałem na jednej z imprez u koleżanki. Wyróżniał się z tłumu. Z przyczyn, których nie mogłem jeszcze wtedy odgadnąć był jedyną osobą, która nie spożywała tam alkoholu. A mimo to świetnie wczuwał się w klimat. Niecodzienny talent powiedziałbym. Gdy w końcu nadszedł moment, w którym wszyscy zajęci byli wyszukiwaniem wygodnego kąta do spoczynku i tempo imprezki zwolniło niemal do zera, Karol zaproponował mi grę w orła i reszką na pieniądze. Mi, bo zdaje się, że oprócz niego byłem ostatnią w miarę trzeźwą osobą, która jeszcze trzymała się na nogach. Nie, nie dlatego że mam mocną głowę. Po prostu nigdy nie lubiłem nadużywać alkoholu. Oczywiście zgodziłem się na jego propozycję, bo powoli nuda zaczynała zalewać pomieszczenie ze wszystkich stron. Zasady gry były proste: jeżeli zgadnę co wypadnie to Karol daje mi stówę, jeżeli nie zgadnę to ja daję stówę jemu.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.
piątek, 23 września 2011
Kilka mądrych słów
Pomyślałem sobie, że upchnę tutaj małą paczkę cytatów, tudzież aforyzmów, które w jakiś sposób wywarły na mnie wrażenie i zapadły w pamięć. Niektóre znane chyba każdemu, inne z kolei są już trochę mniej popularne. Większość z nich zdawałoby się jest oczywista, jednak (przynajmniej dla mnie) w pewien sposób uderzająca i wywołująca fale na tafli duszy, że się tak wyrażę z braku lepszego pomysłu. Być może któregoś z czytelników zmuszą do konstruktywnej refleksji, tak jak to było w moim przypadku. A jeżeli macie jakieś swoje ulubione sentencje to będę wdzięczny, jeżeli się nimi podzielicie.
„Lepiej z mądrym pieczeń obracać, niż z głupim ją jeść”
- Samuel Adalberg
"Jeśli myślisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli myślisz, że nie potrafisz - również masz rację"
- Henry Ford
„Człowieka, który nie daje się pokonać, nie da się pokonać.”
„Ból jest najlepszym nauczycielem, ale nikt nie chce być jego uczniem. „
- Bruce Lee
„Marność nad marnościami i wszystko marność”
- Kohelet
„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”
„Nie módlcie się o łatwe życie. Módlcie się o to, żeby być silniejszymi ludźmi”
- John F. Kennedy
„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”
- Józef Stalin.
„W nocy wszystkie koty wydają się być panterami”
Indiańskie przysłowie
„Nie można obudzić kogoś, kto udaje, że śpi”
Indiańskie przysłowie
„Twoje życie staje się lepsze, gdy ty stajesz się lepszy”
„Nieważne skąd przychodzisz, ważne dokąd idziesz”
- Brian Tracy.
“Luck is the residue of design”
- John Milton
„Ludzie prawie zawsze wolą wierzyć nie w to, co można udowodnić, lecz w to, co im odpowiada”
- Blaise Pascal
„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”
- Josef Goebbels
„Daj człowiekowi rybę a nakarmisz go na cały dzień. Naucz człowieka łowić ryby a nakarmisz go na całe życie”
- Chińskie powiedzenie.
„Nie wystarczy namierzyć, trzeba jeszcze strzelić”
- Włoskie przysłowie
„Ten, kto nie wytrzyma złego nie dożyje by zobaczyć dobrego”
- Żydowskie przysłowie
„To, co można zrobić kiedykolwiek nigdy nie zostanie zrobione”
- Szkockie przysłowie
„Jeżeli chcesz być poważany, musisz poważać sam siebie”
- Hiszpańskie przysłowie
A na koniec cytat z pewnego filmu, pretendującego do miana komedii (niestety, jestem sztywny, więc rzadko którą komedię uważam za komedię), ale mimo to poruszającego wiele istotnych kwestii dotyczących życia oraz szlachetnej postawy, która ostatnio zdaje się nie być w modzie.
Hub: „Czasami rzeczy, które mogą być prawdziwe ale wcale nie muszą, są rzeczami, w które człowiek powinien wierzyć najbardziej. To że ludzie są generalnie dobrzy; że honor, odwaga i cnota są najważniejsze… Że pieniądze i władza, władza i pieniądze nie mają znaczenia; że dobro zawsze triumfuje nad złem. I chcę, żebyś zapamiętał to… to że miłość, ta prawdziwa miłość... prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Zapamiętaj to, chłopcze. Zapamiętaj to. I nie ma znaczenia czy to prawda czy nie. Widzisz, człowiek powinien wierzyć w te rzeczy, ponieważ te rzeczy są warte tego, żeby w nie wierzyć. „
Film nazywa się „Stare Lwy” i naprawdę polecam go obejrzeć.
„Lepiej z mądrym pieczeń obracać, niż z głupim ją jeść”
- Samuel Adalberg
"Jeśli myślisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli myślisz, że nie potrafisz - również masz rację"
- Henry Ford
„Człowieka, który nie daje się pokonać, nie da się pokonać.”
„Ból jest najlepszym nauczycielem, ale nikt nie chce być jego uczniem. „
- Bruce Lee
„Marność nad marnościami i wszystko marność”
- Kohelet
„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”
„Nie módlcie się o łatwe życie. Módlcie się o to, żeby być silniejszymi ludźmi”
- John F. Kennedy
„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”
- Józef Stalin.
„W nocy wszystkie koty wydają się być panterami”
Indiańskie przysłowie
„Nie można obudzić kogoś, kto udaje, że śpi”
Indiańskie przysłowie
„Twoje życie staje się lepsze, gdy ty stajesz się lepszy”
„Nieważne skąd przychodzisz, ważne dokąd idziesz”
- Brian Tracy.
“Luck is the residue of design”
- John Milton
„Ludzie prawie zawsze wolą wierzyć nie w to, co można udowodnić, lecz w to, co im odpowiada”
- Blaise Pascal
„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”
- Josef Goebbels
„Daj człowiekowi rybę a nakarmisz go na cały dzień. Naucz człowieka łowić ryby a nakarmisz go na całe życie”
- Chińskie powiedzenie.
„Nie wystarczy namierzyć, trzeba jeszcze strzelić”
- Włoskie przysłowie
„Ten, kto nie wytrzyma złego nie dożyje by zobaczyć dobrego”
- Żydowskie przysłowie
„To, co można zrobić kiedykolwiek nigdy nie zostanie zrobione”
- Szkockie przysłowie
„Jeżeli chcesz być poważany, musisz poważać sam siebie”
- Hiszpańskie przysłowie
A na koniec cytat z pewnego filmu, pretendującego do miana komedii (niestety, jestem sztywny, więc rzadko którą komedię uważam za komedię), ale mimo to poruszającego wiele istotnych kwestii dotyczących życia oraz szlachetnej postawy, która ostatnio zdaje się nie być w modzie.
Hub: „Czasami rzeczy, które mogą być prawdziwe ale wcale nie muszą, są rzeczami, w które człowiek powinien wierzyć najbardziej. To że ludzie są generalnie dobrzy; że honor, odwaga i cnota są najważniejsze… Że pieniądze i władza, władza i pieniądze nie mają znaczenia; że dobro zawsze triumfuje nad złem. I chcę, żebyś zapamiętał to… to że miłość, ta prawdziwa miłość... prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Zapamiętaj to, chłopcze. Zapamiętaj to. I nie ma znaczenia czy to prawda czy nie. Widzisz, człowiek powinien wierzyć w te rzeczy, ponieważ te rzeczy są warte tego, żeby w nie wierzyć. „
Film nazywa się „Stare Lwy” i naprawdę polecam go obejrzeć.
środa, 14 września 2011
Mała rewolucja w domu
Z pewnością każde dziecko wie, że rodzice to niemały problem i potrzeba do nich nieskończonych pokładów cierpliwości. Poziom trudności wychowania sobie grona rodzicielskiego dorównuje czy może wręcz przebija poziom trudności opanowania umiejętności przesuwania przedmiotów siłą woli.
Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę. A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.
Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę. A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Tam gdzie nie znają CocaColi
Ah człowiek… człowiek jest taki dumny i ambitny. Już dawno temu w książkach Sci-Fi nakreślił wizję podboju kosmosu i kolonizacji pobliskich planet. A teraz, w obliczu zawrotnie gnającego postępu technologicznego, kwestia emigracji z Ziemi gorączkowo zaprząta mu głowę. Więc wysyła sondy kosmiczne na odległe orbity, zgłębia tajemnice fizyki i robi wszystko, żeby swoje marzenie spełnić. Tylko, że… nawet nie poznał jeszcze dobrze swojej własnej, rodzimej planety. To trochę tak jakby wybierał się do pizzerii na obiad, mimo że w jego lodówce czeka kaczka nadziewana jabłkami, lazania i stek w sosie pieczarkowym. A przynajmniej do takiego doszedłem wniosku, gdy przeczytałem ostatnio o nowo odkrytym indiańskim plemieniu w Amazonii. Plemieniu, które nie ma najmniejszego pojęcia na temat tego, co my wzniośle nazywamy cywilizacją. I uznałem to za fascynujące, co z kolei wywołało lawinę myśli.
Do głowy zaczęła mi się wciskać masa pytań. No bo co na przykład tacy wyjęci spod cywilizacji Indianie sobie myślą widząc przelatujący samolot? Wierzą, że jest to emisariusz jakiegoś bóstwa czy może wydaje im się, że to jakiś potwór? A gdy pobliska rzeka przyniesie jakieś śmieci człowieka współczesnego, powiedzmy opakowanie po czipsach, to czy dla członka takiego zacofanego plemienia owy śmieć nie staje się czymś na miarę skarbu? Może zrobi z niego bransoletkę i wręczy swojej ukochanej?
W co bawią się tamtejsze dzieci? Mają jakąś zabawę typu „klasy”? Może jakaś bananowa ruletka albo drzewopol? A czy imprezują? Na pewno imprezują, tylko ciekawe jak to wygląda w ich wykonaniu. Intryguje mnie również czy doceniliby sztukę Picassa i czy przypadłby im do gustu heavy metal… oraz wiele, wiele innych rzeczy.
Podążając tropem takich myśli dotarłem do kwestii, która bardzo mnie zafrapowała. Otóż zadałem sobie pytanie, czego owi Indianie mogliby się ode mnie, człowieka cywilizowanego, nauczyć. Po wielu wyrwanych włosach i paznokciach stępionych na drapaniu się po głowie z przykrością doszedłem do wniosku, że nic. Naprawdę nie mam pojęcia, co z wiedzy, którą nabyłem mogłoby się okazać dla nich przydatne. Wszystko czego się nauczyłem ma zastosowanie tylko tutaj, w naszym świecie, cuchnącym spalinami, wypełnionym hałasem i ludźmi goniącymi za pieniędzmi. Następnie w mojej głowie nastąpiła kontrofensywa i zacząłem się zastanawiać czego to ja mógłbym nauczyć się od nich? Bez chwili namysłu stwierdziłem, że współpracy oraz podejścia do drugiego człowieka. Bo w ich drakońskim środowisku, żeby przetrwać trzeba trzymać się razem, co buduje fundamentalne dla życia więzi społeczne. U nas, żeby przetrwać często wyzyskuje się albo okrada bliźniego.
Rozmyślając dalej, zacząłem kontemplować nad skutecznością działania człowieka. Czyli o tym, jak efekty zamierzone potrafią się diametralnie różnić od tych faktycznie uzyskanych. Spójrzmy. Celem wspólnym każdego z nas jest szczęście i ludzkość dąży do tego, żeby było ono coraz łatwiej osiągalne. Stąd wziął się rozwój prawda? Wszystkie wynalazki i pomysły bezpośrednio lub pośrednio miały się przyczynić do ułatwienia życia. Przez wieki człowiek dokonywał wszelkich starań, żeby świat osiągnął taką formę jakiej dziś jesteśmy świadkami. Setki lat wypełnionych postępem, mających nadać naszemu życiu rajskich odcieni. Czy w takim razie, gdyby zbadać satysfakcję z życia owych „prymitywnych” Indian, którzy dziś żyją tak jak żyli od niepamiętnych czasów i porównać z naszą satysfakcją z życia, to czy bylibyśmy tysiące lat do przodu? Śmiem wątpić.
I ostatnia już refleksja. Rząd Brazylii zakazał jakiejkolwiek komunikacji z owym nowo odkrytym plemieniem, choćby dlatego, że zwykłe przeziębienie białego człowieka może okazać się dla nich zgubne. I tak myślę sobie… może gdzieś tam w odległej galaktyce istnieje ultra inteligentna rasa, która nas obserwuje i również doszła do wniosku, że lepiej nas utrzymywać w stanie błogiej nieświadomości o swoim istnieniu? Któż to wie…
Do głowy zaczęła mi się wciskać masa pytań. No bo co na przykład tacy wyjęci spod cywilizacji Indianie sobie myślą widząc przelatujący samolot? Wierzą, że jest to emisariusz jakiegoś bóstwa czy może wydaje im się, że to jakiś potwór? A gdy pobliska rzeka przyniesie jakieś śmieci człowieka współczesnego, powiedzmy opakowanie po czipsach, to czy dla członka takiego zacofanego plemienia owy śmieć nie staje się czymś na miarę skarbu? Może zrobi z niego bransoletkę i wręczy swojej ukochanej?
W co bawią się tamtejsze dzieci? Mają jakąś zabawę typu „klasy”? Może jakaś bananowa ruletka albo drzewopol? A czy imprezują? Na pewno imprezują, tylko ciekawe jak to wygląda w ich wykonaniu. Intryguje mnie również czy doceniliby sztukę Picassa i czy przypadłby im do gustu heavy metal… oraz wiele, wiele innych rzeczy.
Podążając tropem takich myśli dotarłem do kwestii, która bardzo mnie zafrapowała. Otóż zadałem sobie pytanie, czego owi Indianie mogliby się ode mnie, człowieka cywilizowanego, nauczyć. Po wielu wyrwanych włosach i paznokciach stępionych na drapaniu się po głowie z przykrością doszedłem do wniosku, że nic. Naprawdę nie mam pojęcia, co z wiedzy, którą nabyłem mogłoby się okazać dla nich przydatne. Wszystko czego się nauczyłem ma zastosowanie tylko tutaj, w naszym świecie, cuchnącym spalinami, wypełnionym hałasem i ludźmi goniącymi za pieniędzmi. Następnie w mojej głowie nastąpiła kontrofensywa i zacząłem się zastanawiać czego to ja mógłbym nauczyć się od nich? Bez chwili namysłu stwierdziłem, że współpracy oraz podejścia do drugiego człowieka. Bo w ich drakońskim środowisku, żeby przetrwać trzeba trzymać się razem, co buduje fundamentalne dla życia więzi społeczne. U nas, żeby przetrwać często wyzyskuje się albo okrada bliźniego.
Rozmyślając dalej, zacząłem kontemplować nad skutecznością działania człowieka. Czyli o tym, jak efekty zamierzone potrafią się diametralnie różnić od tych faktycznie uzyskanych. Spójrzmy. Celem wspólnym każdego z nas jest szczęście i ludzkość dąży do tego, żeby było ono coraz łatwiej osiągalne. Stąd wziął się rozwój prawda? Wszystkie wynalazki i pomysły bezpośrednio lub pośrednio miały się przyczynić do ułatwienia życia. Przez wieki człowiek dokonywał wszelkich starań, żeby świat osiągnął taką formę jakiej dziś jesteśmy świadkami. Setki lat wypełnionych postępem, mających nadać naszemu życiu rajskich odcieni. Czy w takim razie, gdyby zbadać satysfakcję z życia owych „prymitywnych” Indian, którzy dziś żyją tak jak żyli od niepamiętnych czasów i porównać z naszą satysfakcją z życia, to czy bylibyśmy tysiące lat do przodu? Śmiem wątpić.
I ostatnia już refleksja. Rząd Brazylii zakazał jakiejkolwiek komunikacji z owym nowo odkrytym plemieniem, choćby dlatego, że zwykłe przeziębienie białego człowieka może okazać się dla nich zgubne. I tak myślę sobie… może gdzieś tam w odległej galaktyce istnieje ultra inteligentna rasa, która nas obserwuje i również doszła do wniosku, że lepiej nas utrzymywać w stanie błogiej nieświadomości o swoim istnieniu? Któż to wie…
sobota, 16 lipca 2011
Wysypisko dziwnych myśli
*Im więcej chcesz, tym więcej dostajesz… po dupie.
*Szczęście to takie dziecko. To się w chowanego chce bawić, to w berka.
*Latać można na dwa sposoby. Pokonać grawitację albo udać się tam gdzie jej nie ma. Tylko, że pierw tak czy inaczej trzeba pokonać grawitację.
*Dlaczego ludzie boją się duchów? Przecież gdyby ktoś zobaczył ducha to miałby niepodważalny dowód na istnienie życia pozagrobowego, co moim zdaniem jest jak najbardziej pozytywnym wydarzeniem. No chyba, żeten ktoś boi się, iż zobaczenie ducha to przejaw choroby psychicznej.
*Najwygodniej jest czekać aż owoc sam spadnie z drzewa. Tyle że owoc wtedy może się już okazać popsuty albo nadryziony przez kogoś innego.
*Serce dziewczyny, która desperacko łaknie miłości, jest jak lampa Alladyna. Wystarczy potrzeć, żeby jego właścicielka była gotowa spełnić każde życzenie…
*Im jesteś większy, tym większy rzucasz cień. A nikt nie lubi stać w cieniu.
*Słowa są jak woda, dopasowywują się do naczynia, w którym na chwilę obecną się znajdują…
*Wyobraź sobie, że materializuje się przed tobą dżin i oferuje rzucenie zaklęcia, które sprawi, że Twoje życie będzie wyglądać dokładnie tak jak jak sobie wymarzysz. Niestety jest to początkujący dżin-pierdoła i otwracie się do tego przyznaje, mówiąc że szansa na udane zaklęcie to 60%, a jeżeli zaklęcie się nie powiedzie to Twoje życie potoczy się według najczarniejszego scenariusza. Zgadzasz się przyjąć ofertę dżina? (oczywiście oferta jest darmowa)
*Cierpisz na dziwną chorobę, która za 3 dni sprawi, że zupełnie bezboleśnie umrzesz. Lekarze mówią, że jedyną szansą na przeżycie jest długa i ciężka operacja, która musi zostać koniecznie przeprowadzona BEZ jakiegokolwiek znieczulenia czy narkozy, a do tego szanse na jej powodzenie są znikome, gdzieś w pobliżu 1%. Umierasz w spokoju, czy zgadzasz się na operację?
*Szczęście to takie dziecko. To się w chowanego chce bawić, to w berka.
*Latać można na dwa sposoby. Pokonać grawitację albo udać się tam gdzie jej nie ma. Tylko, że pierw tak czy inaczej trzeba pokonać grawitację.
*Dlaczego ludzie boją się duchów? Przecież gdyby ktoś zobaczył ducha to miałby niepodważalny dowód na istnienie życia pozagrobowego, co moim zdaniem jest jak najbardziej pozytywnym wydarzeniem. No chyba, żeten ktoś boi się, iż zobaczenie ducha to przejaw choroby psychicznej.
*Najwygodniej jest czekać aż owoc sam spadnie z drzewa. Tyle że owoc wtedy może się już okazać popsuty albo nadryziony przez kogoś innego.
*Serce dziewczyny, która desperacko łaknie miłości, jest jak lampa Alladyna. Wystarczy potrzeć, żeby jego właścicielka była gotowa spełnić każde życzenie…
*Im jesteś większy, tym większy rzucasz cień. A nikt nie lubi stać w cieniu.
*Słowa są jak woda, dopasowywują się do naczynia, w którym na chwilę obecną się znajdują…
*Wyobraź sobie, że materializuje się przed tobą dżin i oferuje rzucenie zaklęcia, które sprawi, że Twoje życie będzie wyglądać dokładnie tak jak jak sobie wymarzysz. Niestety jest to początkujący dżin-pierdoła i otwracie się do tego przyznaje, mówiąc że szansa na udane zaklęcie to 60%, a jeżeli zaklęcie się nie powiedzie to Twoje życie potoczy się według najczarniejszego scenariusza. Zgadzasz się przyjąć ofertę dżina? (oczywiście oferta jest darmowa)
*Cierpisz na dziwną chorobę, która za 3 dni sprawi, że zupełnie bezboleśnie umrzesz. Lekarze mówią, że jedyną szansą na przeżycie jest długa i ciężka operacja, która musi zostać koniecznie przeprowadzona BEZ jakiegokolwiek znieczulenia czy narkozy, a do tego szanse na jej powodzenie są znikome, gdzieś w pobliżu 1%. Umierasz w spokoju, czy zgadzasz się na operację?
sobota, 9 lipca 2011
Inny świat
Przyznaję, Miriam wywarła na mnie spore wrażenie. Drobna Meksykanka podróżująca samotnie autostopem po Europie, nocująca na zasadzie coachsurfingu, przekonana że świat w każdym swoim szczególe jest przezabawnym miejscem, czemu dawała wyraz nieustannymi salwami śmiechu. Bardzo polubiłem jej głos, windowany często do wysokich częstotliwości przez tę jej wewnętrzną radość. Być może dla wielu ludzi głos jest mało istotny, ale nie dla mnie. Jeszcze do niedawna tak jak większość facetów uważałem, że najbardziej atrakcyjnym atrybutem fizycznym dziewczyn jest biust, ale już od jakiegoś czasu to właśnie barwa głosu stała się dla mnie najważniejsza. Niektóre dziewczyny mają taki głos, że choćby przedstawiały mi topografię sklepów ze szpilkami to i tak chłonąłbym każde ich słowo. Zresztą w przypadku Miriam było podobnie. Z racji mojego niezbyt imponującego poziomu znajomości angielskiego połowa jej wypowiedzi do mnie skierowanych była dla mnie zupełnie niezrozumiała. Ale i tak lubiłem jej słuchać.
W prawdzie moje koleżanki też jeżdżą na autostopa wszędzie gdzie ich szalone myśli poniosą, ale w tej małej Meksykance było coś niezwykłego. Może po prostu to, że była obcokrajowcem, a może to ta jej wesoła otwartość i ufność. Tak czy inaczej to coś wystarczyło, żeby jawiła się dla mnie jak jakąś postać mityczna w stylu Hercules i jemu podobni. Niby spędziłem w jej towarzystwie mało czasu, ale było to jakieś takie egzotyczne doznanie. Zapewne tak samo czułaby się złota rybka, którą wyjęto ze szklanej kuli wypełnionej tylko wodą i żwirkiem po czym wrzucono do wielkiego, kolorowego akwarium pełnego wszelkiej maści atrakcji. Nie oznacza to, że nagle zapragnąłem zerwać z moim domatorstwem. Nic z tych rzeczy, to nie jest moja bajka. W swoich poglądach na ten temat jestem równie stały jak liczba Eulera. Niemniej na pewno dobrze jest mieć takich znajomych jak ona.
Najzabawniejsza była dla mnie scena pożegnania, gdy usłyszałem od niej słowa „I wish you happy life” wypowiedziane z czymś jakby ukrytym zwątpieniem, które towarzyszy studentowi zarzekającemu się, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Miriam zdawała się ciągle nie móc uwierzyć, że można żyć w taki sposób jak ja to robię. Prawdopodobnie roześmiałbym się na dobre, gdyby nie to, że jestem raczej sztywny i śmieję się tylko raz w miesiącu. „I wish you happy life” – dobre, to będzie za mną chodzić.
W prawdzie moje koleżanki też jeżdżą na autostopa wszędzie gdzie ich szalone myśli poniosą, ale w tej małej Meksykance było coś niezwykłego. Może po prostu to, że była obcokrajowcem, a może to ta jej wesoła otwartość i ufność. Tak czy inaczej to coś wystarczyło, żeby jawiła się dla mnie jak jakąś postać mityczna w stylu Hercules i jemu podobni. Niby spędziłem w jej towarzystwie mało czasu, ale było to jakieś takie egzotyczne doznanie. Zapewne tak samo czułaby się złota rybka, którą wyjęto ze szklanej kuli wypełnionej tylko wodą i żwirkiem po czym wrzucono do wielkiego, kolorowego akwarium pełnego wszelkiej maści atrakcji. Nie oznacza to, że nagle zapragnąłem zerwać z moim domatorstwem. Nic z tych rzeczy, to nie jest moja bajka. W swoich poglądach na ten temat jestem równie stały jak liczba Eulera. Niemniej na pewno dobrze jest mieć takich znajomych jak ona.
Najzabawniejsza była dla mnie scena pożegnania, gdy usłyszałem od niej słowa „I wish you happy life” wypowiedziane z czymś jakby ukrytym zwątpieniem, które towarzyszy studentowi zarzekającemu się, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Miriam zdawała się ciągle nie móc uwierzyć, że można żyć w taki sposób jak ja to robię. Prawdopodobnie roześmiałbym się na dobre, gdyby nie to, że jestem raczej sztywny i śmieję się tylko raz w miesiącu. „I wish you happy life” – dobre, to będzie za mną chodzić.
niedziela, 3 lipca 2011
Gdybym wiedział to co wiem
Tak, pomyłki chodzą po ludziach. Kiedyś na przykład zdarzyło mi się pomylić toaletę damską z męską. Od tego czasu bacznie analizuję oznaczenia na drzwiach łazienek, a w kieszeni zawsze noszę ściągawkę na której mam wyjaśnione co oznaczają owe symbole. Innym razem wracając z kolegą ze szkoły tak bardzo zachwyciłem się pewnym modelem samochodu, że zacząłem się do niego przytulać. Pech chciał, że nie zdążyłem w porę zauważyć, iż w środku zasiadują sobie jacyś ludzie. Ale przynajmniej w jednej kwestii nigdy się nie pomyliłem. Mianowicie w ocenie aktualnego nastroju mojej kotki. Zawsze zakładałem, że jest rozjuszona i zawsze miałem rację!
Najgorsze jednak jest gdy człowiek żyje w błędzie, a mimo wszystko jest przekonany, że ma rację. Wydaje mu się, że pozjadał wszystkie mózgi włącznie z rdzeniami. Później się okazuje, że owszem pozjadał, ale chyba mózgi jakiś imbecyli albo motyli. I idzie ślepo przed siebie, nieczuły na przekonywania bliskich, głuchy na rady swojego chomika. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że zmierza on w złym kierunku. Rzeczy na jego biurku układają się w magiczne symbole po czym w tajemniczy sposób zmieniają miejsce położenia i trzeba ich szukać. Automatyczne drzwi w sklepie nie chcą się otworzyć za pierwszym razem, a w środku jakaś osoba przed nim wykupiła ostatniego Kubusia, na którego miał wielką ochotę. Wypożycza książkę z biblioteki i zastaje tam podkreślone na jaskrawy kolor podgniłej wiśni słowo „zawróć”. W końcu wychodząc z domu napotyka zdechłą mrówkę, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale on, zadufany człowiek nie zwraca na to uwagi. Brnie dalej. Aż w końcu dochodzi do katastrofy, która na zawsze zmienia dzieje jego życia. Ale wtedy jest już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń. Musi dźwigać ciężkie brzemię, każdego poranka zastanawiając się jakby to było wspaniale, gdyby nie podjął tamtej złej decyzji. Bywa.
Najgorsze jednak jest gdy człowiek żyje w błędzie, a mimo wszystko jest przekonany, że ma rację. Wydaje mu się, że pozjadał wszystkie mózgi włącznie z rdzeniami. Później się okazuje, że owszem pozjadał, ale chyba mózgi jakiś imbecyli albo motyli. I idzie ślepo przed siebie, nieczuły na przekonywania bliskich, głuchy na rady swojego chomika. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że zmierza on w złym kierunku. Rzeczy na jego biurku układają się w magiczne symbole po czym w tajemniczy sposób zmieniają miejsce położenia i trzeba ich szukać. Automatyczne drzwi w sklepie nie chcą się otworzyć za pierwszym razem, a w środku jakaś osoba przed nim wykupiła ostatniego Kubusia, na którego miał wielką ochotę. Wypożycza książkę z biblioteki i zastaje tam podkreślone na jaskrawy kolor podgniłej wiśni słowo „zawróć”. W końcu wychodząc z domu napotyka zdechłą mrówkę, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale on, zadufany człowiek nie zwraca na to uwagi. Brnie dalej. Aż w końcu dochodzi do katastrofy, która na zawsze zmienia dzieje jego życia. Ale wtedy jest już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń. Musi dźwigać ciężkie brzemię, każdego poranka zastanawiając się jakby to było wspaniale, gdyby nie podjął tamtej złej decyzji. Bywa.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Zwierz
Jaś miał 6 lat, gdy rodzice sprowadzili do domu psa. Przybyły czworonóg, z racji swoich ogromnych gabarytów, natychmiast otrzymał przydomek Boeing. Momentalnie zyskał też sympatię wszystkich domowników. Ale przede wszystkim sympatię Jasia. Między chłopcem a pieskiem już w pierwszej chwili narodziła się magiczna nić przyjaźni. Jaś robił wszystko, żeby tylko umilić szczeniactwo swojemu pupilowi. Dbał o niego z największą pieczołowitością. Można by powiedzieć, że nie odstępował od niego na krok. Nie raz wręcz zdarzyło się, że spali w jednym łóżku. Z czasem jednak pies stał się na tyle duży, że swoją siłą zaczął zagrażać meblom, dlatego rodzice zgodnie doszli do wniosku, że nadszedł moment, aby Boeing przeprowadził się do hangaru, jak to określił ojciec mając na myśli budę. Oczywiście nie miało to żadnego wpływu na przyjaźń Boeinga z Jasiem. Po prostu chłopiec zaczął spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. Uczucie jakim Jaś obdarzył psa nie mijało nawet z wiekiem.
Pewnego poranka zresztą jak i każdego innego Jaś wystawił na zewnątrz miskę świeżego jedzenia dla swojego ulubieńca. Jednak zwierzak nie pojawił się pomimo długich, głośnych nawoływań. Wiedziony złymi przeczuciami chłopiec czym prędzej udał się na poszukiwanie Boeinga, ale nie znalazł go ani na posesji, ani nigdzie na drodze, ani w ogóle w okolicy. Pies przepadł jak kamień w wodzie. Pomimo zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej, obejmującej nawet ogłoszenia w lokalnej gazecie, nie udało się go odnaleźć. Jaś bardzo źle zniósł stratę najlepszego przyjaciela. Nie wierzył, że Boeing tak po prostu go opuścił. Ciągle wypatrywał na ulicę i łudził się, że czworonóg w każdej chwili może wrócić. Ale mijały dni, a pies jak się nie pojawiał tak się nie pojawiał. Rodzice nie mieli serca powiedzieć synkowi, że to definitywny koniec. Przypatrywali się tylko ze smutkiem jak codziennie rano Jaś z wiecznie tlącą się nadzieją w oczach wystawia na dwór nową miskę z jedzeniem.
Wielka i bezgraniczna była radość chłopca, gdy za którymś razem wystawiając nową porcję posiłku dostrzegł, że miska którą wczoraj wystawił jest pusta. Rzucił się więc pędem na podwórko nawołując ukochanego psa ile tylko miał sił w płucach. I przybiegł do niego wesoło merdając ogonem… jakiś rudy, wychudzony kundel. Najwyraźniej przechodząc ulicą zwietrzył zapach jedzenia i był tak zdesperowany, że zdołał przeforsować ogrodzenie. Jaś rzucił mu zawiedzione spojrzenie, ale jego rozczarowanie trwało tylko chwilę, po czym rzucił się na psa i wyprzytulał na wszystkie strony. Bez chwili namysłu przygarnął go do siebie. Wiedział, że Boeing byłby z niego dumny. A rodzice odetchnęli z ulgą. Ich dziecko znowu było wesołe i pełne życia. Czasami dobrze jest kurczowo trzymać się nadziei. Nawet jeżeli sprawa jest przegrana.
Pewnego poranka zresztą jak i każdego innego Jaś wystawił na zewnątrz miskę świeżego jedzenia dla swojego ulubieńca. Jednak zwierzak nie pojawił się pomimo długich, głośnych nawoływań. Wiedziony złymi przeczuciami chłopiec czym prędzej udał się na poszukiwanie Boeinga, ale nie znalazł go ani na posesji, ani nigdzie na drodze, ani w ogóle w okolicy. Pies przepadł jak kamień w wodzie. Pomimo zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej, obejmującej nawet ogłoszenia w lokalnej gazecie, nie udało się go odnaleźć. Jaś bardzo źle zniósł stratę najlepszego przyjaciela. Nie wierzył, że Boeing tak po prostu go opuścił. Ciągle wypatrywał na ulicę i łudził się, że czworonóg w każdej chwili może wrócić. Ale mijały dni, a pies jak się nie pojawiał tak się nie pojawiał. Rodzice nie mieli serca powiedzieć synkowi, że to definitywny koniec. Przypatrywali się tylko ze smutkiem jak codziennie rano Jaś z wiecznie tlącą się nadzieją w oczach wystawia na dwór nową miskę z jedzeniem.
Wielka i bezgraniczna była radość chłopca, gdy za którymś razem wystawiając nową porcję posiłku dostrzegł, że miska którą wczoraj wystawił jest pusta. Rzucił się więc pędem na podwórko nawołując ukochanego psa ile tylko miał sił w płucach. I przybiegł do niego wesoło merdając ogonem… jakiś rudy, wychudzony kundel. Najwyraźniej przechodząc ulicą zwietrzył zapach jedzenia i był tak zdesperowany, że zdołał przeforsować ogrodzenie. Jaś rzucił mu zawiedzione spojrzenie, ale jego rozczarowanie trwało tylko chwilę, po czym rzucił się na psa i wyprzytulał na wszystkie strony. Bez chwili namysłu przygarnął go do siebie. Wiedział, że Boeing byłby z niego dumny. A rodzice odetchnęli z ulgą. Ich dziecko znowu było wesołe i pełne życia. Czasami dobrze jest kurczowo trzymać się nadziei. Nawet jeżeli sprawa jest przegrana.
sobota, 18 czerwca 2011
Nieuchwytny
Zbliżała się północ, więc czym prędzej sięgnąłem po kurtkę uszytą z jakiś podwójnie nieprzemakalnych molekuł i opuściłem moje inteligentne mieszkanie, w języku potocznym zwane kompaktem. Na zewnątrz lało jak z cebra, ale mi to akurat bardzo odpowiadało. Chaotycznie padające ogromne krople deszczu rozczepiały światło miejskich neonów, tworząc w ten sposób coś na wzór kolorowej mgły. Dzięki temu całe miasto nabrało impresjonistycznego wdzięku. Wyglądało jakby zostało namalowane długimi, bardzo nieprecyzyjnymi pociągnięciami stanowczo zbyt grubego pędzla. Takie coś można zobaczyć bardzo rzadko. Bo to nie był normalny deszcz. Normalny deszcz kapie rytmicznie, z natężeniem 4 kropli na centymetr kwadratowy w ciągu minuty. Jak nic znowu nawalił komputerowy system sterowania pogodą. Wydawałoby się, że w trakcie takiej nawałnicy ulice miasta będą opustoszałe. Ale jednak, tu i tam widać było poruszające się z donośnym chlapaniem postaci. Postaci takie jak ja sam, mające nadzieję, że zasłona mroku i deszczu zapewni im anonimowość. Rozejrzałem się, żeby stwierdzić czy nikt mnie nie śledzi, a gdy się zorientowałem, że i tak nikogo nie zobaczę, ruszyłem na miejsce w którym miałem spotkać się z agentem największej firmy zajmującej się poszukiwaniem i odzyskiwaniem wszystkiego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)