Kiedyś jak byłem mały i głupi (czyli tak jak teraz, z tym że urosłem) wierzyłem, że jeżeli coś jest dobre to świat to doceni i wkrótce wszyscy będą mogli tego zaznać. Innymi słowy myślałem, że dobry produkt sam się wypromuje. Ale wtedy również myślałem, że patelnia to wieżyczka od czołgu dla skrzatów i że klocki lego ożywają w nocy.
O tym jak wiele jest w stanie zdziałać promocja oraz tworzenie odpowiedniego wizerunku przekonałem się tak naprawdę dość niedawno. Mianowicie natknąłem się na bloga, naczelnego bloggera w Polsce, czyli Kominka, którego popularność , rosnąca normalnie jak opętany bambus, jest dla mnie fenomenem. Oczywiście bardzo lubię Kominka (tzn. może nie samego Kominka, ale jego twórczość, a przynajmniej jakąś jej część ), ale uważam, że w blogosferze można odnaleźć dużo bardziej wartościowe perełki, które takiego aplauzu jak jego blog, się jakoś nie doczekały. Rzecz jasna nie mówię o sobie, bo ja nie jestem nawet godzien sprzątać kup po psie Kominka (jeżeli go ma, a jak nie ma to tym bardziej). Natomiast szczerze uważam, że tacy Voluś i Nivejka piszą od niego lepiej, a mimo to nie zdobyli nawet ułamka takiej audiencji. Oczywiście jestem świadomy, że to nie ta „branża”, że Kominek pisze dla młodzieży, która jest przecież najbardziej aktywną grupą wyjadaczy Internetu, ale mimo wszystko to nie uzasadnia tak wielkich różnic w oglądalności.
Smuci mnie, że tak wiele smakołyków dla duszy nie jest w stanie się przebić przez komercyjne sito. Boli mnie jak pomyślę, że gdzieś tam daleko jest coś wspaniałego o istnieniu czego nie mam pojęcia. I że szukanie muzycznych delicji muszę brać w swoje ręce, bo radio mnie w tym nie wyręczy.
Najgorsze jest jednak to, że ludzka psychika jest na tyle elastyczna, że osoby trzecie mogą ją ugniatać jak plastelinę. Że wszystko można tak zaaranżować, żeby stało się atrakcyjne w oczach odbiorcy. Że można tak przekabacić człowieka, żeby polubił coś, o czym zawsze myślał, że nigdy nie polubi. Marny produkt można sprzedać, tylko dlatego, że ma ładne opakowanie, albo dlatego, że gwarantuje nam on przynależność do jakiejś grupy społecznej. Czasami sama forma staje się po prostu dużo ważniejsza od treści. W ten sposób tandetny plastik unosi się na wodzie, podczas gdy kamienie szlachetne idą na dno. Szkoda trochę, nie?
PS. Ale zacząłem biadolić, coś mi ten blog popada w ruinę. Plantację farmazonów opanowały chwasty!
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
poniedziałek, 30 maja 2011
wtorek, 24 maja 2011
Ups
Opowiadanie. Typ: Harlekin; kategoria: gniot. Dla tych, którzy dotrwają do końca tekstu przewidziana jest nagroda w postaci kruchej krówki. Dla tych którzy dotrwają do końca tekstu i nie zbesztają mnie później w komentarzach czeka krówka ciągutka gratis.
Lidia głównie stała i patrzyła się tępo przed siebie, przyglądając się pustym wzrokiem zebranym w galerii tłumom. Czasami jednak przypominała sobie gdzie się znajduje i starała się udawać zainteresowanie obrazami, które bogato zdobiły ściany. Była to winna autorce, w końcu to jej dobra przyjaciółka. Lawirowała wtedy między ludźmi i po raz setny rzucała znudzonym okiem na kolorowe dzieła. Niektóre były wycenione na kilkanaście tysięcy złotych, a mimo to zawsze znajdował się ktoś chętny, żeby je nabyć. Lidia zazdrościła przyjaciółce talentu. Zazdrościła jej również sukcesu, męża, domu, ogrodu, psa… właściwie wszystkiego, oprócz urody. Bo urody nie musiała zazdrościć chyba żadnej kobiecie, która pojawiła się na tym bankiecie, mimo że sala wypełniona była wieloma pięknościami. Swoim wyglądem lśniła tutaj jak prawdziwy brylant wśród plastikowych koralików.
Lidia głównie stała i patrzyła się tępo przed siebie, przyglądając się pustym wzrokiem zebranym w galerii tłumom. Czasami jednak przypominała sobie gdzie się znajduje i starała się udawać zainteresowanie obrazami, które bogato zdobiły ściany. Była to winna autorce, w końcu to jej dobra przyjaciółka. Lawirowała wtedy między ludźmi i po raz setny rzucała znudzonym okiem na kolorowe dzieła. Niektóre były wycenione na kilkanaście tysięcy złotych, a mimo to zawsze znajdował się ktoś chętny, żeby je nabyć. Lidia zazdrościła przyjaciółce talentu. Zazdrościła jej również sukcesu, męża, domu, ogrodu, psa… właściwie wszystkiego, oprócz urody. Bo urody nie musiała zazdrościć chyba żadnej kobiecie, która pojawiła się na tym bankiecie, mimo że sala wypełniona była wieloma pięknościami. Swoim wyglądem lśniła tutaj jak prawdziwy brylant wśród plastikowych koralików.
poniedziałek, 9 maja 2011
Miłość, czyli kto kogo bardziej
To niesamowite, że wytworzenie pewnych norm moralnych zajęło ludzkości tyle lat, a ich degradacja potrafi nastąpić w ciągu jednej chwili. Kiedyś seks był tematem tabu, a jedna o nim wzmianka wywoływała pąsy na licach damy. No a dzisiaj ludzie zdają się prześcigać w osiągnięciach na tym obszarze. Podejrzewam, że jaskiniowcy podobnie się bawili. Potem człowieczeństwo wyrobiło sobie jakieś zasady etyczne i teraz zrobiliśmy mały krok do tyłu. Nie ma co się dziwić, w końcu jesteśmy zwierzętami. Sztucznie narzucone normy, niezgodne z ludzką naturą muszą ostatecznie się rozsypać. Każdy chce przyjemności, każdy ma popędy i niech sobie robi co chce. No może nie do końca, ale nie mnie to oceniać. (Jeśli czujecie się zgorszeni to bardzo dobrze.)
Natomiast co mnie drażni to wykorzystywanie ludzkich popędów do zbicia kokosów. Irytują mnie bilbordy, z których doprowadzone graficznie do perfekcji panie szczerzą do facetów biusty i uśmiechają się zalotnie. Chociaż może na bilbordach nie jest jeszcze tak źle. Prawdziwym siedliskiem kuszących reklam jest Internet. Obnażona kobieta staje się tam coraz częściej nierozłącznym elementem reklamy, tak jak ser stał się integralną częścią pizzy. Negliż jest chyba największą dźwignią handlu, więc nic dziwnego, że sięgają po nią nawet twórcy gier. Np. w grze Wiedźmin 2 dzieje się to co dzieje i to bez żadnej cenzury. Tylko wyobraźcie sobie tych napalonych chłopców ustawiających się w kolejkach do sklepów żeby zakupić owy tytuł. Nie ma co, twórcy Wiedźmina będą mieć co opijać. Bo szczucie erotyzmem naprawdę działa efektywnie. Ale to jest chwyt poniżej pasa. Dosłownie! Przedsiębiorcy (zresztą same kobiety też) dobrze wiedzą jak pociągać za sznurki, żeby facet zrobił to czego się od niego oczekuje i wykorzystują to jak tylko mogą. Bo facet to taka marionetka. I jeżeli jakiś mężczyzna mówi, że nie kręci go biust, to pamiętajcie: albo nie jest to mężczyzna (w sensie psychicznym), albo po prostu ktoś go właśnie dźgnął nożem i zostało mu 5 minut życia. Gdy jakiś jegomość temu zaprzecza to wygląda jak ten kot co zjadł Tweetiego, który nie przyznaje się do konsumpcji biednego ptaszka pomimo, że wciąż wystają mu pióra z pyska. Przypomnijcie sobie tylko słynny cytat z bash.org.pl: „zarówno duże piersi, jak i duża pupa są dla mnie źródłem ciepła i bezpieczeństwa”. To chyba rozwiało wszystkie wątpliwości, co do natury płci brzydkiej.
Najsmutniejsze jest jednak to, że miałem pisać o miłości, a wyszło mi coś takiego. No cóż jestem tylko facetem. Jednak spróbuję coś napisać na temat tego szlachetnego uczucia. Kiedyś mojej wspaniałej znajomej dałem linka do utworu Happysad – Długa droga w dół. Jeżeli ktoś nie słyszał jest to kawałek o przeogromnie zakochanym człowieku, który zadłużył się u Amora na astronomiczne kwoty. Oczywiście odpowiedziała mi, że kawałek jest znakomity (w końcu to jeden z najlepszych na polskiej scenie muzycznej). Ale co do jego treści lirycznej miała zastrzeżenia. „Bo czy facet umie tak kochać?” zapytała. No a kto jak nie facet?! Czy w poezji romantycznej to do cholery kobieta ratowała faceta z opresji, walczyła za niego w bojach z jego imieniem na ustach, klękała przed nim jak wasal, jak jakiś zniewolony kundel i ostatecznie popełniała samobójstwo? O nie, motyla noga, to tylko facet w ten sposób postępował *. Gdzieś miałem nawet przeczytać, że to mężczyźni gorzej znoszą rozstania! Ale nie wiem czy w końcu przeczytałem. Ok, wiem, że to zabrzmi nader prowokacyjnie, ale: kobiety, co wy tak naprawdę możecie wiedzieć na temat burzy hormonalnej, która nas popycha do czynów, których sami po sobie się nie spodziewamy?
* Shakespeare z jego Julią się nie liczy, zresztą ciekawe skąd się wzięło jego nazwisko? Trzęsidzida, heh pewnie zasłużył sobie na taki przydomek
Natomiast co mnie drażni to wykorzystywanie ludzkich popędów do zbicia kokosów. Irytują mnie bilbordy, z których doprowadzone graficznie do perfekcji panie szczerzą do facetów biusty i uśmiechają się zalotnie. Chociaż może na bilbordach nie jest jeszcze tak źle. Prawdziwym siedliskiem kuszących reklam jest Internet. Obnażona kobieta staje się tam coraz częściej nierozłącznym elementem reklamy, tak jak ser stał się integralną częścią pizzy. Negliż jest chyba największą dźwignią handlu, więc nic dziwnego, że sięgają po nią nawet twórcy gier. Np. w grze Wiedźmin 2 dzieje się to co dzieje i to bez żadnej cenzury. Tylko wyobraźcie sobie tych napalonych chłopców ustawiających się w kolejkach do sklepów żeby zakupić owy tytuł. Nie ma co, twórcy Wiedźmina będą mieć co opijać. Bo szczucie erotyzmem naprawdę działa efektywnie. Ale to jest chwyt poniżej pasa. Dosłownie! Przedsiębiorcy (zresztą same kobiety też) dobrze wiedzą jak pociągać za sznurki, żeby facet zrobił to czego się od niego oczekuje i wykorzystują to jak tylko mogą. Bo facet to taka marionetka. I jeżeli jakiś mężczyzna mówi, że nie kręci go biust, to pamiętajcie: albo nie jest to mężczyzna (w sensie psychicznym), albo po prostu ktoś go właśnie dźgnął nożem i zostało mu 5 minut życia. Gdy jakiś jegomość temu zaprzecza to wygląda jak ten kot co zjadł Tweetiego, który nie przyznaje się do konsumpcji biednego ptaszka pomimo, że wciąż wystają mu pióra z pyska. Przypomnijcie sobie tylko słynny cytat z bash.org.pl: „zarówno duże piersi, jak i duża pupa są dla mnie źródłem ciepła i bezpieczeństwa”. To chyba rozwiało wszystkie wątpliwości, co do natury płci brzydkiej.
Najsmutniejsze jest jednak to, że miałem pisać o miłości, a wyszło mi coś takiego. No cóż jestem tylko facetem. Jednak spróbuję coś napisać na temat tego szlachetnego uczucia. Kiedyś mojej wspaniałej znajomej dałem linka do utworu Happysad – Długa droga w dół. Jeżeli ktoś nie słyszał jest to kawałek o przeogromnie zakochanym człowieku, który zadłużył się u Amora na astronomiczne kwoty. Oczywiście odpowiedziała mi, że kawałek jest znakomity (w końcu to jeden z najlepszych na polskiej scenie muzycznej). Ale co do jego treści lirycznej miała zastrzeżenia. „Bo czy facet umie tak kochać?” zapytała. No a kto jak nie facet?! Czy w poezji romantycznej to do cholery kobieta ratowała faceta z opresji, walczyła za niego w bojach z jego imieniem na ustach, klękała przed nim jak wasal, jak jakiś zniewolony kundel i ostatecznie popełniała samobójstwo? O nie, motyla noga, to tylko facet w ten sposób postępował *. Gdzieś miałem nawet przeczytać, że to mężczyźni gorzej znoszą rozstania! Ale nie wiem czy w końcu przeczytałem. Ok, wiem, że to zabrzmi nader prowokacyjnie, ale: kobiety, co wy tak naprawdę możecie wiedzieć na temat burzy hormonalnej, która nas popycha do czynów, których sami po sobie się nie spodziewamy?
* Shakespeare z jego Julią się nie liczy, zresztą ciekawe skąd się wzięło jego nazwisko? Trzęsidzida, heh pewnie zasłużył sobie na taki przydomek
środa, 4 maja 2011
Smaczny dymek
Komary świętują, bo nadszedł ich upragniony sezon, w którym będą mogły zebrać krwawe żniwo. Ku ich uciesze ludzie aktywowali grill-mode i zaczynają spędzać wieczory na dworze, stając się dla nich łatwym celem. Łupy będą srogie. Czasami mam wrażenie, że gość który wymyślił grilla pracował dla jakiejś szajki tych latających popaprańców! Tak, popaprańców! Wybaczcie, ale okoliczności naprawdę wymagają użycia tak mocnych słów.
Dobra, ale skąd bierze się takie powodzenie grillowania wśród ludu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to wbrew pozorom trudne pytanie przeanalizowałem literaturę znad Mezopotamii oraz stare zapisy Azteków. Wynika z nich, że ludzie dlatego lubią grillować, bo jest to niezwykle podobne do palenia sheeshy. Tylko spójrzmy: jest węgiel, jest piwko, jest towarzystwo. Czego chcieć więcej? Wszyscy dobrze się bawią, czas leci miło i wesoło. Poza tym zauważyłem, że ludzie zbierający się dookoła grilla stanowią swego rodzaju zamkniętą kastę. Trochę jak Power Rangers, którzy połączyli swoją moc i scalili się w jedno*. Przez to czasami zamieniają się w grono, które dość gwałtownie reaguje na intruzów naruszających im święty porządek imprezki. I takim intruzem miałem nieprzyjemność być.
Swego czasu będąc konsultantem Oriflame`u wyszukiwałem miejsc, w których zasiadywały tuziny osób i próbowałem się do nich przebić z moimi katalogami. Więc w skrócie mówiąc, chodziłem po domach, w których diagnozowałem symptomy grillowania. Kulturalnie korzystałem wtedy z domofonu i pytałem czy można wejść przedstawić ofertę. I raz o dziwo mnie wpuścili, ale jak się okazało przez przypadek! Nieświadomy pomyłki wszedłem czym prędzej na ichnią działkę i udałem się w stronę gęsto skupionego tam ludzia. Niestety nawet nie zdążyłem dojść, bo jakiś gość się rzucił na mnie i bardzo efektywnie, choć bez użycia brzydkich słów, zasugerował ewakuację. Minę przy tym miał jak tygrys kopnięty w zadek. No zupełnie, jakbym przyszedł mu zabrać tego grilla. Serio, gdyby jedyny sprzedawca orzechów laskowych w okolicy przywitał mnie taką miną, to choćby nie wiem na jakim byłbym głodzie orzechowym to bym ich nie kupił! Dlatego błyskawicznie skuliłem ogon i wycofałem się błyskawicznie w bezpieczne miejsce z dala od jego posesji, jednak jego mina prześladowała mnie jeszcze długo po tym wydarzeniu. Na Świętą Rozwielitkę z Zaczarowanych Wód Gwadalkiwiru, ludzie, wyluzujcie trochę z tymi waszymi grillami.
*wiem, że może wam być ciężko wychwycić analogię, ale wierzcie mi, że ona tam jest, no przynajmniej w moim świecie
Dobra, ale skąd bierze się takie powodzenie grillowania wśród ludu? W poszukiwaniu odpowiedzi na to wbrew pozorom trudne pytanie przeanalizowałem literaturę znad Mezopotamii oraz stare zapisy Azteków. Wynika z nich, że ludzie dlatego lubią grillować, bo jest to niezwykle podobne do palenia sheeshy. Tylko spójrzmy: jest węgiel, jest piwko, jest towarzystwo. Czego chcieć więcej? Wszyscy dobrze się bawią, czas leci miło i wesoło. Poza tym zauważyłem, że ludzie zbierający się dookoła grilla stanowią swego rodzaju zamkniętą kastę. Trochę jak Power Rangers, którzy połączyli swoją moc i scalili się w jedno*. Przez to czasami zamieniają się w grono, które dość gwałtownie reaguje na intruzów naruszających im święty porządek imprezki. I takim intruzem miałem nieprzyjemność być.
Swego czasu będąc konsultantem Oriflame`u wyszukiwałem miejsc, w których zasiadywały tuziny osób i próbowałem się do nich przebić z moimi katalogami. Więc w skrócie mówiąc, chodziłem po domach, w których diagnozowałem symptomy grillowania. Kulturalnie korzystałem wtedy z domofonu i pytałem czy można wejść przedstawić ofertę. I raz o dziwo mnie wpuścili, ale jak się okazało przez przypadek! Nieświadomy pomyłki wszedłem czym prędzej na ichnią działkę i udałem się w stronę gęsto skupionego tam ludzia. Niestety nawet nie zdążyłem dojść, bo jakiś gość się rzucił na mnie i bardzo efektywnie, choć bez użycia brzydkich słów, zasugerował ewakuację. Minę przy tym miał jak tygrys kopnięty w zadek. No zupełnie, jakbym przyszedł mu zabrać tego grilla. Serio, gdyby jedyny sprzedawca orzechów laskowych w okolicy przywitał mnie taką miną, to choćby nie wiem na jakim byłbym głodzie orzechowym to bym ich nie kupił! Dlatego błyskawicznie skuliłem ogon i wycofałem się błyskawicznie w bezpieczne miejsce z dala od jego posesji, jednak jego mina prześladowała mnie jeszcze długo po tym wydarzeniu. Na Świętą Rozwielitkę z Zaczarowanych Wód Gwadalkiwiru, ludzie, wyluzujcie trochę z tymi waszymi grillami.
*wiem, że może wam być ciężko wychwycić analogię, ale wierzcie mi, że ona tam jest, no przynajmniej w moim świecie
środa, 27 kwietnia 2011
Wspieram Facebooka
Och, strasznie mnie poniosło i zamontowałem na blogu wtyczkę socjalną z Facebooka (tam gdzieś po prawej stronie). Nie wiem jak to działa, do czego służy, nie wiem też po co to zrobiłem, więc mnie nie pytajcie. Wiem natomiast, że za każdym razem, gdy klikniecie „łapkę do góry” to gdzieś na świecie ktoś się uśmiechnie! A konkretnie ja ( tzn. tak mi się wydaje, bo nikt jeszcze nie kliknął tego, więc tak naprawdę to nie wiem). Nie no żartowałem. Tak naprawdę to za każdym razem, gdy klikniecie „łapkę do góry” zjadam jedną kostkę czekolady, co bardzo raduje moją mamę, gdyż ona by chciała, żebym przytył. Także zróbcie to dla mojej mamy. Oczywiście jeśli nie jesteście w nastroju do klikania to nie klikajcie. Ale to wasze sumienie, nie moje!
*Jeżeli podejmiecie się trudu kliknięcia w łapkę, to musicie się dodatkowo liczyć z przykrymi konsekwencjami w postaci powiadomień na Facebooku, że właśnie na Plantacji Farmazonów pojawiła się nowa bzdura. No ale przynajmniej będziecie mieć wdzięczność mojej mamy. Wybór jest wasz.
*Jeżeli podejmiecie się trudu kliknięcia w łapkę, to musicie się dodatkowo liczyć z przykrymi konsekwencjami w postaci powiadomień na Facebooku, że właśnie na Plantacji Farmazonów pojawiła się nowa bzdura. No ale przynajmniej będziecie mieć wdzięczność mojej mamy. Wybór jest wasz.
wtorek, 26 kwietnia 2011
Pod skrzydłami algorytmów
Każda minuta zainwestowana w zaplanowanie dnia przynosi jakieś 19,612 minut zaoszczędzonego czasu. To trochę tak jakbyście zasadzili ziarenko sekundy, po czym zebrali plon w postaci dorodnej, soczystej minuty. Umiejętność zarządzania własnym czasem to jedna z największych kompetencji ludzi sukcesu. Mogłoby się wydawać, że nie jest to żadne wyzwanie, żeby wyznaczyć sobie zadania do zrobienia, wepchnąć je w jakieś ramy czasowe, a następnie twardo egzekwować. A jednak zaprojektowanie dobrego planu wcale nie należy do prostych czynności. Bo trzeba to zrobić tak, aby osiągnąć najwyższą wartość na wykresie funkcji efektywności i spodziewanych profitów płynących z wykonywanych zadań. Taki Fayol, jeden z twórców naukowego podejścia do zarządzania, przed pójściem na spacer bardzo precyzyjnie wytyczał sobie ścieżkę podróży, kierując się maksymalizacją korzyści z niego wynikających, bo chciał, żeby spacer jak najlepiej spełnił swoją funkcję. Ciekawe czy gość miał przyjaciół? Ale jedno jest pewne. Gość odniósł sukces.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Być niejadalnym - oto jest marzenie.
Wiele osób na świecie jest oburzonych przerabianiem zwierzęcej sierści na ekskluzywną odzież. Gdy jakaś dama pojawi się na ulicy w dostojnie wyglądającym futrze to musi się liczyć z tym, że zostanie jej przypięta metka „bezdusznej pogromczyni Bogu ducha winnych stworzonek”, która dla zabawy wkłada koty do mikrofalówki, traktuje paralizatorem chomiki oraz głodzi króliki po czym rzuca im sztuczną marchewkę z jakiegoś twardego materiału. Dlatego momentalnie zostanie obrzucona karcącymi spojrzeniami obrońców praw zwierząt, których na takie futro niestety nie stać. Żeby było jasne, wcale mi się nie podoba zabijanie futrzaków tylko po to, żeby ktoś później mógł podkreślić swoją pozycję społeczną poprzez wyrafinowane odzienie. Ale pójdźcie do kurnika i poopowiadajcie tamtejszym kurom o problemach takich powiedzmy norek. Wygdakają was.
Nowoczesne kurniki to najzwyklejsza fabryka jajek. Kury są tak ciasno upakowane, że nawet nie mogą się obrócić. Jak wiadomo brak minimalnej przestrzeni do życia rodzi agresję, więc kury atakują się nawzajem. Pomysłowy człowiek, żeby nie dopuścić do tego aby kury się powygryzały (bo to by oznaczało tylko straty finansowe), najzwyczajniej obcina im dzioby. W ogóle życie zwierząt hodowlanych, które później trafiają na nasze stoły to najgorszy z możliwych koszmarów. Bo obawiam się, że chów tradycyjny, w którym zwierzęta hodowane są na świeżym powietrzu ze wszystkimi tego zaletami, stosowany jest już tylko w FarmVille.
W związku z tym jakaś tam garstka osób postanowiła zostać weganami. Trąbi się o tym, że to takie zdrowe, że jest to dieta wolna od nasyconych kwasów tłuszczowych, że daje masę energii i w ogóle sprawia, że Twoje życie staje się szczęśliwe, a wszystkie psy na Twój widok zaczynają machać ogonem. Ale to stek głupot. Człowiek jest wszystkożercą. Jeżeli, ktoś naprawdę bardzo chce się przerzucić tylko na roślinki, to musi posilać się soją, która jest jedyną rośliną zawierającą pełnowartościowe białko. Ale tu jest problem, bo soja jest rośliną, która najczęściej jest poddawana modyfikacji genetycznej. A żywność modyfikowana genetycznie to kolejny temat kontrowersyjny dla Eko-ludzi. Poza tym pojawiły się doniesienia, że soja zmniejsza produkcję testosteronu, co może zniechęcić płeć brzydką do jej spożywania..
Tak więc trzeba się pogodzić z tym, że zwierzęta umierały, umierają i będą umierać po to żeby było nam dobrze. Tak zorganizowany jest świat, więc nie to jest problemem. Problemem jest brak humanitarnego podejścia do ich hodowania i uśmiercania, wywołany ciągłym dążeniem przedsiębiorców do zwiększania zysków. Z drugiej strony, gdyby nie produkcja masowa, cena jedzenia byłaby dla wielu osób nie do zaakceptowania. Niestety tkwimy nieco w matni.
sobota, 16 kwietnia 2011
Ziewa
Nawet nie wiecie jak ciężkie życie mają śpiochy. Z jakiś legendach gminnych słyszałem, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. No ok, ale co to jest to rano? Chyba jeszcze nigdy go nie doświadczyłem.
Marzy mi się tylko, żeby pewnego dnia się obudzić z uśmiechem na twarzy i dostać obiad do łóżka.
I jeszcze koniecznie pamiętać co mi się przyśniło!
czwartek, 14 kwietnia 2011
Bo w kredkach tkwi moc
Jestem sążniście zaskoczony faktem, że nie narzekałem już od kilku postów. Jest to sytuacja zbójnicko niedorzeczna, dlatego spieszę nadrobić zaległości. No bo nienarzekający Rotek jest zjawiskiem równie często spotykanym co nosorożec tańczący salsę. Albo wręcz polityk mówiący prawdę.
No więc, przeglądając różne kolorowe gazetki o tematyce psychologicznej co chwila natrafiam na jakieś ilustracje, które swoją pomysłowością i głębią przesłania wprawiają mnie w osłupienie. Mnogość aluzji i metafor uchwyconych przy pomocy kresek po prostu budzi respekt. To niesamowite, że na małym kawałku papieru można zawrzeć tak wielką ilość informacji. Bo jak wiadomo obraz wyraża więcej niż tysiąc Raffaello. Z kolei Raffaello wyraża więcej niż tysiąc słów. Po zastosowaniu wielu algorytmów matematycznych przy pomocy skomplikowanych narzędzi można wyliczyć, że w takim razie obraz wyraża więcej niż naprawdę dużo* słów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ja sam jestem kaleką plastycznym. Autentycznie przerasta mnie narysowanie czegokolwiek co składa się z więcej niż trzech linii. Na mój widok chowają się ołówki. Z kredkami w ręku wyglądam jak predator w stroju króliczka Playboya. No po prostu wszelkie przybory plastyczne pasują do mnie jak ekstrakt ze skunksa do perfum Armaniego. I bardzo mnie to boli, bo nie mogę znieść faktu, że tracę tak wspaniałą możliwość wypuszczenia swoich myśli na światło dzienne. Yepa, od razu mi lepiej jak się wyżaliłem.
*W przybliżeniu będzie to w cholerę.
No więc, przeglądając różne kolorowe gazetki o tematyce psychologicznej co chwila natrafiam na jakieś ilustracje, które swoją pomysłowością i głębią przesłania wprawiają mnie w osłupienie. Mnogość aluzji i metafor uchwyconych przy pomocy kresek po prostu budzi respekt. To niesamowite, że na małym kawałku papieru można zawrzeć tak wielką ilość informacji. Bo jak wiadomo obraz wyraża więcej niż tysiąc Raffaello. Z kolei Raffaello wyraża więcej niż tysiąc słów. Po zastosowaniu wielu algorytmów matematycznych przy pomocy skomplikowanych narzędzi można wyliczyć, że w takim razie obraz wyraża więcej niż naprawdę dużo* słów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ja sam jestem kaleką plastycznym. Autentycznie przerasta mnie narysowanie czegokolwiek co składa się z więcej niż trzech linii. Na mój widok chowają się ołówki. Z kredkami w ręku wyglądam jak predator w stroju króliczka Playboya. No po prostu wszelkie przybory plastyczne pasują do mnie jak ekstrakt ze skunksa do perfum Armaniego. I bardzo mnie to boli, bo nie mogę znieść faktu, że tracę tak wspaniałą możliwość wypuszczenia swoich myśli na światło dzienne. Yepa, od razu mi lepiej jak się wyżaliłem.
*W przybliżeniu będzie to w cholerę.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Rysią przed siebie.
Czy jest coś lepszego niż słuchanie muzyki? Jest kilka dziewczyn, na których patrzenie może być do tego porównywalne. Jest wiele miejsc na ziemi, w których przebywanie z pewnością też jest równie fascynujące co doświadczanie melodii. Grałem również w kilka gier i przeczytałem kilka książek, po których długo nie mogłem dojść do siebie, tak byłem nimi oczarowany. No i jest jeszcze zielona herbata z owocem pigwy oraz orzechy laskowe. Czyli może słuchanie muzyki wcale nie jest absolutnym numerem jeden. Ale tą czynność zawsze można połączyć z innymi. I niepodważalnie najcudowniejszą rzeczą na świecie jest kombinacja radio+samochód. Co jak co, ale delikatnie przebijający się ryk silnika przez muzykę najzwyczajniej potęguje doznania płynące ze słuchania. Puszczasz swoje ulubione utwory, dajesz gaz do samej podłogi i znajdujesz się w stanie Nirwany. Oczywiście nie w moim Punto, bo do niego to tylko muzyka poważna pasuje (nie mam nic przeciwko muzyce poważnej, ale niech ona lepiej pozostanie w domu). No bo jak tu niby słuchać czegoś żwawszego, gdy jadąc ma się przed sobą jedynie tyłek jakiegoś ślimaka. Na szczęście rodzice mają lepsze samochody, więc im zabieram.
Jak rozmawiałem z moim bratem ciotecznym to on też stwierdził, że prowadząc samochód w kierunku zachodzącego słońca, z Guns&Roses w tle, miał najzwyczajniej ochotę zatrzymać czas. Na zawsze. Chwilo trwaj. I tyle. Zacząłem się zastanawiać skąd się biorą te emocje w takich okolicznościach. Może gdzieś w naszej podświadomości mamy zakodowane, że ruch to zmiany. A gdy słuchamy ulubionych kawałków to te zmiany wydają się zmianami na lepsze. Towarzyszy nam przekonanie, że uciekamy od problemów już na amen i zmierzamy do innego wymiaru, gdzie z otwartymi rękami czeka na nas szczęście. Iluzja, bo iluzja, ale jaka piękna. A może po prostu jest to efekt synergiczny wynikający z połączenia dwóch przyjemnych czynności. Nie wiem, ale cieszę się, że człowiek tworzy muzykę i samochody.
Jak rozmawiałem z moim bratem ciotecznym to on też stwierdził, że prowadząc samochód w kierunku zachodzącego słońca, z Guns&Roses w tle, miał najzwyczajniej ochotę zatrzymać czas. Na zawsze. Chwilo trwaj. I tyle. Zacząłem się zastanawiać skąd się biorą te emocje w takich okolicznościach. Może gdzieś w naszej podświadomości mamy zakodowane, że ruch to zmiany. A gdy słuchamy ulubionych kawałków to te zmiany wydają się zmianami na lepsze. Towarzyszy nam przekonanie, że uciekamy od problemów już na amen i zmierzamy do innego wymiaru, gdzie z otwartymi rękami czeka na nas szczęście. Iluzja, bo iluzja, ale jaka piękna. A może po prostu jest to efekt synergiczny wynikający z połączenia dwóch przyjemnych czynności. Nie wiem, ale cieszę się, że człowiek tworzy muzykę i samochody.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


