Każda minuta zainwestowana w zaplanowanie dnia przynosi jakieś 19,612 minut zaoszczędzonego czasu. To trochę tak jakbyście zasadzili ziarenko sekundy, po czym zebrali plon w postaci dorodnej, soczystej minuty. Umiejętność zarządzania własnym czasem to jedna z największych kompetencji ludzi sukcesu. Mogłoby się wydawać, że nie jest to żadne wyzwanie, żeby wyznaczyć sobie zadania do zrobienia, wepchnąć je w jakieś ramy czasowe, a następnie twardo egzekwować. A jednak zaprojektowanie dobrego planu wcale nie należy do prostych czynności. Bo trzeba to zrobić tak, aby osiągnąć najwyższą wartość na wykresie funkcji efektywności i spodziewanych profitów płynących z wykonywanych zadań. Taki Fayol, jeden z twórców naukowego podejścia do zarządzania, przed pójściem na spacer bardzo precyzyjnie wytyczał sobie ścieżkę podróży, kierując się maksymalizacją korzyści z niego wynikających, bo chciał, żeby spacer jak najlepiej spełnił swoją funkcję. Ciekawe czy gość miał przyjaciół? Ale jedno jest pewne. Gość odniósł sukces.
Czyli potrawka z soczystych szpargałów w bezsensownej polewie, przyprawiona ostrymi bzdetami i obfitująca w tłuste głupoty. A na deser fail`etony. I wszystko to podane na popapranym talerzu. Uwaga, zawiera znaczne ilości sucharów. Przed spożyciem zażyj Ranigast.
wtorek, 26 kwietnia 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Być niejadalnym - oto jest marzenie.
Wiele osób na świecie jest oburzonych przerabianiem zwierzęcej sierści na ekskluzywną odzież. Gdy jakaś dama pojawi się na ulicy w dostojnie wyglądającym futrze to musi się liczyć z tym, że zostanie jej przypięta metka „bezdusznej pogromczyni Bogu ducha winnych stworzonek”, która dla zabawy wkłada koty do mikrofalówki, traktuje paralizatorem chomiki oraz głodzi króliki po czym rzuca im sztuczną marchewkę z jakiegoś twardego materiału. Dlatego momentalnie zostanie obrzucona karcącymi spojrzeniami obrońców praw zwierząt, których na takie futro niestety nie stać. Żeby było jasne, wcale mi się nie podoba zabijanie futrzaków tylko po to, żeby ktoś później mógł podkreślić swoją pozycję społeczną poprzez wyrafinowane odzienie. Ale pójdźcie do kurnika i poopowiadajcie tamtejszym kurom o problemach takich powiedzmy norek. Wygdakają was.
Nowoczesne kurniki to najzwyklejsza fabryka jajek. Kury są tak ciasno upakowane, że nawet nie mogą się obrócić. Jak wiadomo brak minimalnej przestrzeni do życia rodzi agresję, więc kury atakują się nawzajem. Pomysłowy człowiek, żeby nie dopuścić do tego aby kury się powygryzały (bo to by oznaczało tylko straty finansowe), najzwyczajniej obcina im dzioby. W ogóle życie zwierząt hodowlanych, które później trafiają na nasze stoły to najgorszy z możliwych koszmarów. Bo obawiam się, że chów tradycyjny, w którym zwierzęta hodowane są na świeżym powietrzu ze wszystkimi tego zaletami, stosowany jest już tylko w FarmVille.
W związku z tym jakaś tam garstka osób postanowiła zostać weganami. Trąbi się o tym, że to takie zdrowe, że jest to dieta wolna od nasyconych kwasów tłuszczowych, że daje masę energii i w ogóle sprawia, że Twoje życie staje się szczęśliwe, a wszystkie psy na Twój widok zaczynają machać ogonem. Ale to stek głupot. Człowiek jest wszystkożercą. Jeżeli, ktoś naprawdę bardzo chce się przerzucić tylko na roślinki, to musi posilać się soją, która jest jedyną rośliną zawierającą pełnowartościowe białko. Ale tu jest problem, bo soja jest rośliną, która najczęściej jest poddawana modyfikacji genetycznej. A żywność modyfikowana genetycznie to kolejny temat kontrowersyjny dla Eko-ludzi. Poza tym pojawiły się doniesienia, że soja zmniejsza produkcję testosteronu, co może zniechęcić płeć brzydką do jej spożywania..
Tak więc trzeba się pogodzić z tym, że zwierzęta umierały, umierają i będą umierać po to żeby było nam dobrze. Tak zorganizowany jest świat, więc nie to jest problemem. Problemem jest brak humanitarnego podejścia do ich hodowania i uśmiercania, wywołany ciągłym dążeniem przedsiębiorców do zwiększania zysków. Z drugiej strony, gdyby nie produkcja masowa, cena jedzenia byłaby dla wielu osób nie do zaakceptowania. Niestety tkwimy nieco w matni.
sobota, 16 kwietnia 2011
Ziewa
Nawet nie wiecie jak ciężkie życie mają śpiochy. Z jakiś legendach gminnych słyszałem, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. No ok, ale co to jest to rano? Chyba jeszcze nigdy go nie doświadczyłem.
Marzy mi się tylko, żeby pewnego dnia się obudzić z uśmiechem na twarzy i dostać obiad do łóżka.
I jeszcze koniecznie pamiętać co mi się przyśniło!
czwartek, 14 kwietnia 2011
Bo w kredkach tkwi moc
Jestem sążniście zaskoczony faktem, że nie narzekałem już od kilku postów. Jest to sytuacja zbójnicko niedorzeczna, dlatego spieszę nadrobić zaległości. No bo nienarzekający Rotek jest zjawiskiem równie często spotykanym co nosorożec tańczący salsę. Albo wręcz polityk mówiący prawdę.
No więc, przeglądając różne kolorowe gazetki o tematyce psychologicznej co chwila natrafiam na jakieś ilustracje, które swoją pomysłowością i głębią przesłania wprawiają mnie w osłupienie. Mnogość aluzji i metafor uchwyconych przy pomocy kresek po prostu budzi respekt. To niesamowite, że na małym kawałku papieru można zawrzeć tak wielką ilość informacji. Bo jak wiadomo obraz wyraża więcej niż tysiąc Raffaello. Z kolei Raffaello wyraża więcej niż tysiąc słów. Po zastosowaniu wielu algorytmów matematycznych przy pomocy skomplikowanych narzędzi można wyliczyć, że w takim razie obraz wyraża więcej niż naprawdę dużo* słów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ja sam jestem kaleką plastycznym. Autentycznie przerasta mnie narysowanie czegokolwiek co składa się z więcej niż trzech linii. Na mój widok chowają się ołówki. Z kredkami w ręku wyglądam jak predator w stroju króliczka Playboya. No po prostu wszelkie przybory plastyczne pasują do mnie jak ekstrakt ze skunksa do perfum Armaniego. I bardzo mnie to boli, bo nie mogę znieść faktu, że tracę tak wspaniałą możliwość wypuszczenia swoich myśli na światło dzienne. Yepa, od razu mi lepiej jak się wyżaliłem.
*W przybliżeniu będzie to w cholerę.
No więc, przeglądając różne kolorowe gazetki o tematyce psychologicznej co chwila natrafiam na jakieś ilustracje, które swoją pomysłowością i głębią przesłania wprawiają mnie w osłupienie. Mnogość aluzji i metafor uchwyconych przy pomocy kresek po prostu budzi respekt. To niesamowite, że na małym kawałku papieru można zawrzeć tak wielką ilość informacji. Bo jak wiadomo obraz wyraża więcej niż tysiąc Raffaello. Z kolei Raffaello wyraża więcej niż tysiąc słów. Po zastosowaniu wielu algorytmów matematycznych przy pomocy skomplikowanych narzędzi można wyliczyć, że w takim razie obraz wyraża więcej niż naprawdę dużo* słów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ja sam jestem kaleką plastycznym. Autentycznie przerasta mnie narysowanie czegokolwiek co składa się z więcej niż trzech linii. Na mój widok chowają się ołówki. Z kredkami w ręku wyglądam jak predator w stroju króliczka Playboya. No po prostu wszelkie przybory plastyczne pasują do mnie jak ekstrakt ze skunksa do perfum Armaniego. I bardzo mnie to boli, bo nie mogę znieść faktu, że tracę tak wspaniałą możliwość wypuszczenia swoich myśli na światło dzienne. Yepa, od razu mi lepiej jak się wyżaliłem.
*W przybliżeniu będzie to w cholerę.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Rysią przed siebie.
Czy jest coś lepszego niż słuchanie muzyki? Jest kilka dziewczyn, na których patrzenie może być do tego porównywalne. Jest wiele miejsc na ziemi, w których przebywanie z pewnością też jest równie fascynujące co doświadczanie melodii. Grałem również w kilka gier i przeczytałem kilka książek, po których długo nie mogłem dojść do siebie, tak byłem nimi oczarowany. No i jest jeszcze zielona herbata z owocem pigwy oraz orzechy laskowe. Czyli może słuchanie muzyki wcale nie jest absolutnym numerem jeden. Ale tą czynność zawsze można połączyć z innymi. I niepodważalnie najcudowniejszą rzeczą na świecie jest kombinacja radio+samochód. Co jak co, ale delikatnie przebijający się ryk silnika przez muzykę najzwyczajniej potęguje doznania płynące ze słuchania. Puszczasz swoje ulubione utwory, dajesz gaz do samej podłogi i znajdujesz się w stanie Nirwany. Oczywiście nie w moim Punto, bo do niego to tylko muzyka poważna pasuje (nie mam nic przeciwko muzyce poważnej, ale niech ona lepiej pozostanie w domu). No bo jak tu niby słuchać czegoś żwawszego, gdy jadąc ma się przed sobą jedynie tyłek jakiegoś ślimaka. Na szczęście rodzice mają lepsze samochody, więc im zabieram.
Jak rozmawiałem z moim bratem ciotecznym to on też stwierdził, że prowadząc samochód w kierunku zachodzącego słońca, z Guns&Roses w tle, miał najzwyczajniej ochotę zatrzymać czas. Na zawsze. Chwilo trwaj. I tyle. Zacząłem się zastanawiać skąd się biorą te emocje w takich okolicznościach. Może gdzieś w naszej podświadomości mamy zakodowane, że ruch to zmiany. A gdy słuchamy ulubionych kawałków to te zmiany wydają się zmianami na lepsze. Towarzyszy nam przekonanie, że uciekamy od problemów już na amen i zmierzamy do innego wymiaru, gdzie z otwartymi rękami czeka na nas szczęście. Iluzja, bo iluzja, ale jaka piękna. A może po prostu jest to efekt synergiczny wynikający z połączenia dwóch przyjemnych czynności. Nie wiem, ale cieszę się, że człowiek tworzy muzykę i samochody.
Jak rozmawiałem z moim bratem ciotecznym to on też stwierdził, że prowadząc samochód w kierunku zachodzącego słońca, z Guns&Roses w tle, miał najzwyczajniej ochotę zatrzymać czas. Na zawsze. Chwilo trwaj. I tyle. Zacząłem się zastanawiać skąd się biorą te emocje w takich okolicznościach. Może gdzieś w naszej podświadomości mamy zakodowane, że ruch to zmiany. A gdy słuchamy ulubionych kawałków to te zmiany wydają się zmianami na lepsze. Towarzyszy nam przekonanie, że uciekamy od problemów już na amen i zmierzamy do innego wymiaru, gdzie z otwartymi rękami czeka na nas szczęście. Iluzja, bo iluzja, ale jaka piękna. A może po prostu jest to efekt synergiczny wynikający z połączenia dwóch przyjemnych czynności. Nie wiem, ale cieszę się, że człowiek tworzy muzykę i samochody.
wtorek, 22 marca 2011
Polowanie na ludzi rozpoczęte
Przez sterylnie czystą szybę w laboratorium wpadały ostatnie promienie dnia, nieśmiało rozświetlając pomieszczenie. Na biurku stała mieniąca się w zachodzącym słońcu klatka, w której znajdowały się dwa osowiałe szczury. Ich opadające aż do samej podłogi wąsy świadczyły o niewymownym przygnębieniu. Zwykle o tej porze klatka była już otwarta i dwaj jej mieszkańcy entuzjastycznie zabierali się do pracy. Ale nie dzisiaj.
Pinky stał oparty o ściankę i patrzył smutnym wzrokiem na przyjaciela, który siedział załamany w kącie klatki. Mózg wyglądał jak trup. Jego sierść straciła dawny blask. W oczach zgasła pasja, a jej brak podkreślały głębokie wory pod oczami. Najwyraźniej nie spał już od dawna.
- O co chodzi, Mózgu? - zapytał Pinky zatroskanym głosem.
- To już koniec, Pinky. - odpowiedział mu zdruzgotany głos Mózga. Nie było w nim dawnej pewności siebie. Pinky był wstrząśnięty.
- Koniec czego? - kontynuował indagację, jak zwykle nie pojmując spraw oczywistych.
- No nasz koniec - westchnął zapytany – Nie mamy już po co żyć, Pinky. Zawiedliśmy. Nie udało nam się podbić świata. Oni byli pierwsi. Teraz już za późno… - wypowiadając ostatnie zdanie w jego oku zalśniła łza. W takim stanie Pinky nie widział go nigdy.
- Ale jacy oni?
Serie pytań głupiego szczura zawsze irytowały Mózga, wywołując wybuch gniewu i niedowierzenia jak głupi może być szczur laboratoryjny. Teraz jednak nie miał siły się denerwować.
- Marketingowcy Pinky, marketingowcy… - odrzekł tylko cicho, zaciskając pięści.
Przyczajeni marketingowcy czyhają wszędzie. Opanowali techniki aburajskich ninja, którzy słyną z aburajskiej skuteczności. Posiedli moc, której nie są w stanie oprzeć się nawet najznakomitsi rycerze Jedi. Przyswoili wiedzę z zakazanych ksiąg, zawierających wiedzę tak bardzo obszerną, że ja pierdolę. I nie zawahają się tego wszystkiego użyć, aby cię przekonać, że twoje życie nie jest pełne dopóki nie pójdziesz za głosem ich rady. Marketingowcy wiedzą, że pieniądze szczęścia nie dają i mają poczucie misji, żeby uwolnić od ich ciężaru jak największą ilość ludzi. A sami biorą na siebie to brzemię i postanawiają cierpieć za pieniądze innych. I nie spoczną dopóki nie wycisną ci ostatniego grosza z portfela albo nie wyzerują konta. Ich troska o dobro ludzkie jest bezgraniczna. Choć czasami muszą sięgać po środki, które nie zawsze wydają się przyzwoite, to pamiętajmy, że cel uświęca środki. Bo widzicie na ekonomii uczą, że głównym celem przedsiębiorstwa jest maksymalizacja zysku. Nie ma przebacz.
Pinky stał oparty o ściankę i patrzył smutnym wzrokiem na przyjaciela, który siedział załamany w kącie klatki. Mózg wyglądał jak trup. Jego sierść straciła dawny blask. W oczach zgasła pasja, a jej brak podkreślały głębokie wory pod oczami. Najwyraźniej nie spał już od dawna.
- O co chodzi, Mózgu? - zapytał Pinky zatroskanym głosem.
- To już koniec, Pinky. - odpowiedział mu zdruzgotany głos Mózga. Nie było w nim dawnej pewności siebie. Pinky był wstrząśnięty.
- Koniec czego? - kontynuował indagację, jak zwykle nie pojmując spraw oczywistych.
- No nasz koniec - westchnął zapytany – Nie mamy już po co żyć, Pinky. Zawiedliśmy. Nie udało nam się podbić świata. Oni byli pierwsi. Teraz już za późno… - wypowiadając ostatnie zdanie w jego oku zalśniła łza. W takim stanie Pinky nie widział go nigdy.
- Ale jacy oni?
Serie pytań głupiego szczura zawsze irytowały Mózga, wywołując wybuch gniewu i niedowierzenia jak głupi może być szczur laboratoryjny. Teraz jednak nie miał siły się denerwować.
- Marketingowcy Pinky, marketingowcy… - odrzekł tylko cicho, zaciskając pięści.
Przyczajeni marketingowcy czyhają wszędzie. Opanowali techniki aburajskich ninja, którzy słyną z aburajskiej skuteczności. Posiedli moc, której nie są w stanie oprzeć się nawet najznakomitsi rycerze Jedi. Przyswoili wiedzę z zakazanych ksiąg, zawierających wiedzę tak bardzo obszerną, że ja pierdolę. I nie zawahają się tego wszystkiego użyć, aby cię przekonać, że twoje życie nie jest pełne dopóki nie pójdziesz za głosem ich rady. Marketingowcy wiedzą, że pieniądze szczęścia nie dają i mają poczucie misji, żeby uwolnić od ich ciężaru jak największą ilość ludzi. A sami biorą na siebie to brzemię i postanawiają cierpieć za pieniądze innych. I nie spoczną dopóki nie wycisną ci ostatniego grosza z portfela albo nie wyzerują konta. Ich troska o dobro ludzkie jest bezgraniczna. Choć czasami muszą sięgać po środki, które nie zawsze wydają się przyzwoite, to pamiętajmy, że cel uświęca środki. Bo widzicie na ekonomii uczą, że głównym celem przedsiębiorstwa jest maksymalizacja zysku. Nie ma przebacz.
piątek, 18 marca 2011
Naprawdę nie wiem skąd on się tu wziął!
Jasne, że kocham rower. I to pod każdą postacią. Jeżeli ktoś by upiekł mi ciasto w kształcie roweru, to zjadłbym je, nawet gdyby było upieczone z siana i przyprawione uranem. Gdybym był super bohaterem jak Batman to moim symbolem byłby właśnie bicykl. Rower dostarcza więcej przyjemności niż armia pączków dostarcza kalorii. Jeżeli jakiś akwizytor zapukałby któregoś dnia do moich drzwi i powiedział, że sprzedaje maszynę rozkoszy to bez chwili zastanowienia zaprosiłbym go na herbatę i czym prędzej chciał zapoznać się z jego ofertą, myśląc że handluje on rowerami. A teraz już wiosna przejmuje pałeczkę, więc znowu zaczyna się sezon na jeżdżenie. Sezon radości. Ale nie o tym miałem pisać.
Jakiś niedawny czas temu przyjechał starszy, sympatyczny gość z węglem. Wiecie takie czarne kamyczki, które się pali. Coś jak zioło, tylko że dla pieca. Pomogłem ludkowi rozładować towar, po czym wywiązała się krótka rozmowa. Pan od węgla nie omieszkał stwierdzić, że nasz dom znajduje się na kompletnym odludziu i nic w pobliżu nie ma. Zaraz, zaraz. To, że wyprawę do sklepu planujemy skrupulatnie przez miesiąc, po czym przez następny miesiąc organizujemy zasoby niezbędne do realizacji tego epickiego przedsięwzięcia wcale nie znaczy, że żyjemy na zadupiu! No dobra, kogo ja chcę okłamać. Oczywiście, że żyjemy na zadupiu. Dlatego przyznałem, mu rację mówiąc, że bez samochodu tutaj jest się niczym ogórek zamknięty w słoiku. W wyniku tych zawiłych okoliczności, ziomek uraczył mnie opowieścią o jego czasach. Okazało się, że gdy był mały, samochody właściwie nie istniały. Dlatego w grę wchodziły tylko rowery. I to takie, które wręcz samemu sobie budowali, pokraczne i amatorskie, ale jeżdżące. A dzisiaj… dzisiaj to on widuje wyrzucone na śmieci rowery, takie prawdziwe i zupełnie nie może zrozumieć jak można czegoś takiego się pozbywać. Za młodu pewnie wypiłby całą butelkę tranu, żeby takie cudo posiadać. Z racji moich poglądów gorliwo-skwapliwie mu przytaknąłem, że to się nie godzi, żeby rower taki los mógł spotkać. Następnie podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i każdy poszedł w swoją stronę.
To znaczy on pojechał, a ja udałem się pochodzić trochę po naszym stawiku. Bo wiadomo, nic tak nie relaksuje jak chodzenie po wodzie. Wprawdzie po zamarzniętej wodzie to już nie ten sam efekt, ale zawsze coś. Przechadzając się w tą i z powrotem rzuciłem okiem na małą kupkę śmieci, które z racji jeszcze w miarę świeżej przeprowadzki, wciąż znajdowały się na naszej posesji. I o zgrozo! Leżał tam rower mamy… Ciekawe czy pan od węgla też go dostrzegł?
Jakiś niedawny czas temu przyjechał starszy, sympatyczny gość z węglem. Wiecie takie czarne kamyczki, które się pali. Coś jak zioło, tylko że dla pieca. Pomogłem ludkowi rozładować towar, po czym wywiązała się krótka rozmowa. Pan od węgla nie omieszkał stwierdzić, że nasz dom znajduje się na kompletnym odludziu i nic w pobliżu nie ma. Zaraz, zaraz. To, że wyprawę do sklepu planujemy skrupulatnie przez miesiąc, po czym przez następny miesiąc organizujemy zasoby niezbędne do realizacji tego epickiego przedsięwzięcia wcale nie znaczy, że żyjemy na zadupiu! No dobra, kogo ja chcę okłamać. Oczywiście, że żyjemy na zadupiu. Dlatego przyznałem, mu rację mówiąc, że bez samochodu tutaj jest się niczym ogórek zamknięty w słoiku. W wyniku tych zawiłych okoliczności, ziomek uraczył mnie opowieścią o jego czasach. Okazało się, że gdy był mały, samochody właściwie nie istniały. Dlatego w grę wchodziły tylko rowery. I to takie, które wręcz samemu sobie budowali, pokraczne i amatorskie, ale jeżdżące. A dzisiaj… dzisiaj to on widuje wyrzucone na śmieci rowery, takie prawdziwe i zupełnie nie może zrozumieć jak można czegoś takiego się pozbywać. Za młodu pewnie wypiłby całą butelkę tranu, żeby takie cudo posiadać. Z racji moich poglądów gorliwo-skwapliwie mu przytaknąłem, że to się nie godzi, żeby rower taki los mógł spotkać. Następnie podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i każdy poszedł w swoją stronę.
To znaczy on pojechał, a ja udałem się pochodzić trochę po naszym stawiku. Bo wiadomo, nic tak nie relaksuje jak chodzenie po wodzie. Wprawdzie po zamarzniętej wodzie to już nie ten sam efekt, ale zawsze coś. Przechadzając się w tą i z powrotem rzuciłem okiem na małą kupkę śmieci, które z racji jeszcze w miarę świeżej przeprowadzki, wciąż znajdowały się na naszej posesji. I o zgrozo! Leżał tam rower mamy… Ciekawe czy pan od węgla też go dostrzegł?
piątek, 11 marca 2011
Święty Mikołaj była kobietą
Zaprawdę nikt nie potrafi tak uszczęśliwić faceta jak kobieta, o czym miałem okazję niedawno się przekonać. Widzicie, są ludzie, którzy dzielą się ostatnią zupką chińską z potrzebującymi. Są ludzie, którzy widząc, że zlatujesz ze stoku w formie śniegowej kulki prosto w drzewo, sami rzucą się turlać i ową przeszkodę staranują w ten sposób ją pacyfikując. Obiło mi się nawet o uszy, że są ludzie, którzy rozkręcą swojego laptopa, gdybyś potrzebował śrubek. Jak również podobno istnieją tacy, którzy przetopią swoją biżuterię, jeśli będziesz potrzebował metalów szlachetnych do naprawy wtyczki. Raz na jakiś czas zdarza się wręcz, że znajdzie się osoba, która będzie gotowa służyć ci za przedłużacz, jeżeli nie starczy ci kabla.
Nawet ja sam kiedyś uczyniłem coś dobrego dla drugiego człowieka. Otóż w liceum zrobiłem koleżance kanapki do szkoły. Ale nawet gdybym narobił tych kanapek tyle, że starczyłoby jej jako prowiant na pieszą wyprawę na Marsa, to i tak byłoby to minimalne nic w porównaniu z dobrodusznością, której stałem się ofiarą. Słuchajcie, to niewiarygodne, ale koleżanka pożyczyła mi pianino! Takie z klawiszami! Nie ucieszyłbym się bardziej nawet gdyby się okazało, że z kranu sypią mi się orzechy laskowe! To wspaniały, dorodny czyn, za który należy się Pokojowa Nagroda Nobla. Święty gest po prostu. Naprawdę mógłbym codziennie od kogoś na świecie dostawać pianino i nigdy by mi się to nie znudziło. Mega Bóg zapłać, Magdo. Niech Twoja lodówka zawsze będzie pełna, Internet dopierdalał jak dziki, a kace niech lekkimi Ci będą! Chciałem nawet powiedzieć, że Cię kocham, ale ostatecznie się rozmyśliłem. Ubóstwiam Cię.
Nawet ja sam kiedyś uczyniłem coś dobrego dla drugiego człowieka. Otóż w liceum zrobiłem koleżance kanapki do szkoły. Ale nawet gdybym narobił tych kanapek tyle, że starczyłoby jej jako prowiant na pieszą wyprawę na Marsa, to i tak byłoby to minimalne nic w porównaniu z dobrodusznością, której stałem się ofiarą. Słuchajcie, to niewiarygodne, ale koleżanka pożyczyła mi pianino! Takie z klawiszami! Nie ucieszyłbym się bardziej nawet gdyby się okazało, że z kranu sypią mi się orzechy laskowe! To wspaniały, dorodny czyn, za który należy się Pokojowa Nagroda Nobla. Święty gest po prostu. Naprawdę mógłbym codziennie od kogoś na świecie dostawać pianino i nigdy by mi się to nie znudziło. Mega Bóg zapłać, Magdo. Niech Twoja lodówka zawsze będzie pełna, Internet dopierdalał jak dziki, a kace niech lekkimi Ci będą! Chciałem nawet powiedzieć, że Cię kocham, ale ostatecznie się rozmyśliłem. Ubóstwiam Cię.
Wiem, że na taką okazję przydałby się raczej jakiś skoczny kawałek, ale niestety nie zdążyłem się nauczyć. "To zanarkand" był moim priorytetem.
wtorek, 1 marca 2011
Pasja buduje, gnuśność rujnuje. Czy jakoś tak.
Pierwszy rok studiów był prześliczny. Skumulowało się w niemalże tak dużo wspaniałych chwil, co w jednym semestrze liceum. Tzn. bardzo dużo. To więcej niż ilość karaluchów w pobliskim akademiku. Byłem tak zachwycony, że o zgrozo, nabyłem aż dwa podręczniki. Co więcej, kilka razy nawet do tych podręczników zajrzałem. A to dzięki temu, że znalazło się kilku intrygujących prowadzących. Wśród nich był jeden szczególnie osobliwy. Wujek Stan… Tak kazał nam się do siebie zwracać. Bardzo lubił przychodzić na zajęcia w karaibskim wieńcu z kwiatów i wiecznie wietrzył zęby w szerokim uśmiechu. Rany, ileż on musiał w życiu much spożyć, jak tak ciągle lata z tą otwartą paszczą. Do tego, w jego oczach tliło się jakieś wesołe szaleństwo. To trochę sprawiło, że autorytetem w naszych oczach nie był, podobnie jak proca w oczach mrówki nie jest rodzajem transportu.
Ćwiczenia u wujka Stana opierały się na referatach przygotowywanych przez studentów. Zatem nie trudno się domyślić, że z jego zajęć nie wynieśliśmy żadnej wiedzy. Serio, jestem zdziwiony, że do mowy polskiej określenie „studencki referat” nie weszło jeszcze jako synonim słowa „największy możliwy chłam”. Skutki prowadzenia lekcji przez studenta przypominają skutki operacji plastycznej dokonanej przez Edwarta Nożycorękiego. Jest jeszcze gorzej niż było na początku. Ale nic nie szkodzi. Wujkowi Stanowi nie chodziło o to, żeby wbić nam głupie, suche teksty do głowy. On nas chciał nauczyć czegoś więcej. Nastawienia. Postawy.
Pierwsze zajęcia były nadzwyczajne i absurdalne. Kazał nam stanąć w kółku, złapać się za ręce i powtarzać za nim słowa: „Drogi bracie, droga siostro, bardzo cię szanuję i zawsze jestem gotów nieść ci pomoc…” jakoś tak to się zaczynało i trochę trwało. Kompletnie jak jakaś modlitwa. Sam Wujek Stan wydawał się być jakimś misjonarzem, próbującym ocalić świat od zła. Podśmiewaliśmy się trochę z niego, ale naprawdę chciałbym, żeby takich ludzi było jak najwięcej. Któregoś razu spojrzał na nas i stwierdził, że chyba nie jesteśmy do końca zintegrowani. Wtedy kazał nam wstać i zacząć się do siebie nawzajem przytulać. I tak nasze studia zamieniły się w nasze małe, wspólne przedszkole. Wujek Stan miał też obsesję na punkcie Żydów. Ciągle nam o nich opowiadał. Mówił między innymi, że ten naród dlatego jest bogaty, bo gdy jeden z nich znajdzie się na szczycie to pomaga drugiemu się tam wspiąć. Natomiast, gdy Polak się znajdzie na górze, to zrobi wszystko, żeby nikt inny się tam nie dostał.
Jednak prawdziwym przesłaniem jakim chciał się z nami podzielić ten poczciwy człowiek było „nic nie zatrzyma rozpalonej duszy ludzkiej”. To zdanie pojawiało się wielokrotnie na zajęciach, powtarzane aż do znużenia. Podkreślał rolę wewnętrznej motywacji na każdym kroku, tak jakby była ona jakimś absolutem. Przepis na sukces według Wujka Stana był prosty: zaraź swoich współpracowników pasją. Bo dla człowieka z pasją nie ma rzeczy niemożliwych…
Ćwiczenia u wujka Stana opierały się na referatach przygotowywanych przez studentów. Zatem nie trudno się domyślić, że z jego zajęć nie wynieśliśmy żadnej wiedzy. Serio, jestem zdziwiony, że do mowy polskiej określenie „studencki referat” nie weszło jeszcze jako synonim słowa „największy możliwy chłam”. Skutki prowadzenia lekcji przez studenta przypominają skutki operacji plastycznej dokonanej przez Edwarta Nożycorękiego. Jest jeszcze gorzej niż było na początku. Ale nic nie szkodzi. Wujkowi Stanowi nie chodziło o to, żeby wbić nam głupie, suche teksty do głowy. On nas chciał nauczyć czegoś więcej. Nastawienia. Postawy.
Pierwsze zajęcia były nadzwyczajne i absurdalne. Kazał nam stanąć w kółku, złapać się za ręce i powtarzać za nim słowa: „Drogi bracie, droga siostro, bardzo cię szanuję i zawsze jestem gotów nieść ci pomoc…” jakoś tak to się zaczynało i trochę trwało. Kompletnie jak jakaś modlitwa. Sam Wujek Stan wydawał się być jakimś misjonarzem, próbującym ocalić świat od zła. Podśmiewaliśmy się trochę z niego, ale naprawdę chciałbym, żeby takich ludzi było jak najwięcej. Któregoś razu spojrzał na nas i stwierdził, że chyba nie jesteśmy do końca zintegrowani. Wtedy kazał nam wstać i zacząć się do siebie nawzajem przytulać. I tak nasze studia zamieniły się w nasze małe, wspólne przedszkole. Wujek Stan miał też obsesję na punkcie Żydów. Ciągle nam o nich opowiadał. Mówił między innymi, że ten naród dlatego jest bogaty, bo gdy jeden z nich znajdzie się na szczycie to pomaga drugiemu się tam wspiąć. Natomiast, gdy Polak się znajdzie na górze, to zrobi wszystko, żeby nikt inny się tam nie dostał.
Jednak prawdziwym przesłaniem jakim chciał się z nami podzielić ten poczciwy człowiek było „nic nie zatrzyma rozpalonej duszy ludzkiej”. To zdanie pojawiało się wielokrotnie na zajęciach, powtarzane aż do znużenia. Podkreślał rolę wewnętrznej motywacji na każdym kroku, tak jakby była ona jakimś absolutem. Przepis na sukces według Wujka Stana był prosty: zaraź swoich współpracowników pasją. Bo dla człowieka z pasją nie ma rzeczy niemożliwych…
wtorek, 22 lutego 2011
0010101101101010001
Poruszając ostatnio temat przywoływania konkretnych, pożądanych myśli, wtrąciła mi się do głowy koncepcja ludzi-cyborgów. Bo gdyby tak zintegrować układ scalony z naszym mózgiem to można by na przykład gratis dodać pilot do sterowania swoimi myślami. Albo najlepiej niech cyfrowy mechanizm wabienia pomysłów będzie elementem wewnętrznym cybermózgu. Mniejsza o to. Niezwykle mnie zaintrygowała sama wizja takiego świata, w którym biologiczne zdolności człowieka są poszerzone o technologiczne zdobycze cywilizacji. Jakby wyglądał taki świat?
Precyzyjny aż do bólu cebulek włosa, to na pewno. Np. scena w szkole.
-Xavery, ile wynosi objętość narysowanego walca?
-No na oko to około 32,3516611349 cm3, ale żeby dokładniej powiedzieć to musiałbym policzyć…
W tym samym czasie gdzieś w okolicach innej ławki:
-Za ile przerwa?
-13 minut i 7 sekund.
Eh… co ja gadam, podawanie czasu z dokładnością do sekundy upowszechniło się już od dawna i jest widoczne na każdej nudnej lekcji. Ale przecież to i tak nieważne, bo w świecie cyborgów nawet nie byłoby szkoły. Ściągałoby się wiedzę z Internetu. W mgnieniu oka stawałoby się ekspertem w jakiej się chce dziedzinie życia.
Na pewno w nowej rzeczywistości pojawiłyby się nowe wrzuty:
-Wyglądasz jak 2 piksele na krzyż
-Ale ty masz wąską szynę danych...
-Twoja stara ciągle jedzie na 32bitowej architekturze!
Jak i nowe komplementy:
-Gdy na ciebie patrzę wibrują mi tranzystory
-Wow, jesteś rewelacyjnie dopracowana graficznie.
Bylibyśmy bystrzy. Wychodzisz sobie na dwór, nagle mrużysz oczy i zaczynasz się zastanawiać. Coś to jest nie tak. Rozglądasz się dookoła. Ah, tak! Tych 3 ziarenek piasku tu nie było wcześniej, wiatr je musiał przywiać.
Pojawiłyby się nowe reklamy. „Masz problemy z pamięcią? Prawdopodobnie atakuje cię skleroza, czyli uszkodzenie sektorów. Na szczęście mamy dla ciebie nasz nowy niezawodny dysk ISK2270, dzięki któremu zapomnisz, że można nie pamiętać. Montaż gratis!”
Dochodziłoby do wielu kuriozalnych sytuacji.
Spotykają się dwaj koledzy.
-Ty wiesz w końcu wydali łatkę na nasze oprogramowanie eliminującą zawieszki? Bo ludzie zawieszali się nawet soląc zupę.
-No nareszcie. Weź, moja koleżanka zawiesiła się przy jedzeniu i wbiła sobie widelec w podniebienie. Dobrze, że nie w oko…
-Heh, to jeszcze nic. Słyszałem o gościu, który zapętlił się sikając. Tak się biedak odwodnił, że do szpitala trafił. Dobrze, że jest już ta łatka, ale do takich sytuacji w ogóle nie powinno dochodzić…
-No, nie powinno. A pamiętasz jak ktoś kiedyś wypuścił tego wirusa, co sprawiał, że ludzie mówili tylko prawdę?
-Jasne, że pamiętam… straciłem wtedy najlepszego przyjaciela…
Albo…
-Kochanie, możesz podać mi piwo?
-Error #322: Unknown command.
Pierwsze przejawy buntu kobiet…
A może…
-Idziemy na kawę?
-Ok. Podaj mi tylko ip kawiarenki.
Inna sytuacja, wracasz styrany z pracy.
-Rany, padam z nóg.
-Nie pękaj. Masz, kupiłam baterie o smaku kakaowego grafenu, wszam sobie.
Chociaż z drugiej strony to najlepiej by było przywalić od razu z paralizatora w łeb.
A najfajniej sprawa przedstawiałaby się ze spaniem. Po prostu się wyłączasz i po równych 8 godzinach, bez pomocy budzika, rześko się włączasz. Oczywiście, przed tą operacją ustawiasz nagrywanie snów.
Oj tak, to byłby wspaniały świat. Albo nie. To wszystko byłoby głupie. Bardzo.
Precyzyjny aż do bólu cebulek włosa, to na pewno. Np. scena w szkole.
-Xavery, ile wynosi objętość narysowanego walca?
-No na oko to około 32,3516611349 cm3, ale żeby dokładniej powiedzieć to musiałbym policzyć…
W tym samym czasie gdzieś w okolicach innej ławki:
-Za ile przerwa?
-13 minut i 7 sekund.
Eh… co ja gadam, podawanie czasu z dokładnością do sekundy upowszechniło się już od dawna i jest widoczne na każdej nudnej lekcji. Ale przecież to i tak nieważne, bo w świecie cyborgów nawet nie byłoby szkoły. Ściągałoby się wiedzę z Internetu. W mgnieniu oka stawałoby się ekspertem w jakiej się chce dziedzinie życia.
Na pewno w nowej rzeczywistości pojawiłyby się nowe wrzuty:
-Wyglądasz jak 2 piksele na krzyż
-Ale ty masz wąską szynę danych...
-Twoja stara ciągle jedzie na 32bitowej architekturze!
Jak i nowe komplementy:
-Gdy na ciebie patrzę wibrują mi tranzystory
-Wow, jesteś rewelacyjnie dopracowana graficznie.
Bylibyśmy bystrzy. Wychodzisz sobie na dwór, nagle mrużysz oczy i zaczynasz się zastanawiać. Coś to jest nie tak. Rozglądasz się dookoła. Ah, tak! Tych 3 ziarenek piasku tu nie było wcześniej, wiatr je musiał przywiać.
Pojawiłyby się nowe reklamy. „Masz problemy z pamięcią? Prawdopodobnie atakuje cię skleroza, czyli uszkodzenie sektorów. Na szczęście mamy dla ciebie nasz nowy niezawodny dysk ISK2270, dzięki któremu zapomnisz, że można nie pamiętać. Montaż gratis!”
Dochodziłoby do wielu kuriozalnych sytuacji.
Spotykają się dwaj koledzy.
-Ty wiesz w końcu wydali łatkę na nasze oprogramowanie eliminującą zawieszki? Bo ludzie zawieszali się nawet soląc zupę.
-No nareszcie. Weź, moja koleżanka zawiesiła się przy jedzeniu i wbiła sobie widelec w podniebienie. Dobrze, że nie w oko…
-Heh, to jeszcze nic. Słyszałem o gościu, który zapętlił się sikając. Tak się biedak odwodnił, że do szpitala trafił. Dobrze, że jest już ta łatka, ale do takich sytuacji w ogóle nie powinno dochodzić…
-No, nie powinno. A pamiętasz jak ktoś kiedyś wypuścił tego wirusa, co sprawiał, że ludzie mówili tylko prawdę?
-Jasne, że pamiętam… straciłem wtedy najlepszego przyjaciela…
Albo…
-Kochanie, możesz podać mi piwo?
-Error #322: Unknown command.
Pierwsze przejawy buntu kobiet…
A może…
-Idziemy na kawę?
-Ok. Podaj mi tylko ip kawiarenki.
Inna sytuacja, wracasz styrany z pracy.
-Rany, padam z nóg.
-Nie pękaj. Masz, kupiłam baterie o smaku kakaowego grafenu, wszam sobie.
Chociaż z drugiej strony to najlepiej by było przywalić od razu z paralizatora w łeb.
A najfajniej sprawa przedstawiałaby się ze spaniem. Po prostu się wyłączasz i po równych 8 godzinach, bez pomocy budzika, rześko się włączasz. Oczywiście, przed tą operacją ustawiasz nagrywanie snów.
Oj tak, to byłby wspaniały świat. Albo nie. To wszystko byłoby głupie. Bardzo.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


