Słońce już dawno schowało się za horyzontem. Na niewielkiej polanie wiatr rozdmuchiwał nieśmiałe kłęby dymu dogasającego ogniska. Wątły blask rozżarzonych kawałków drewna rzucał skromne światło na ogromną sylwetkę człowieka siedzącego w pobliżu ze skrzyżowanymi nogami, przepasanego jedynie kawałkiem zwierzęcej skóry na biodrach. Z jego postury biła nadludzka siła i godność. Pod jego skórą malowały się potężne mięśnie. Były tak wyhartowane, że można było dostrzec każde włókno. Całe jego ciało pokryte było szerokimi bliznami. Pamiątki po wielu zwycięskich bitwach. I to nie tylko z ludźmi. Często przychodziło mu stawać nawet przeciwko niedźwiedziom. Nigdy nie przegrał. Gdyby przegrał to by nie żył, bo wolał umrzeć niż zhańbić się ucieczką. Niegdyś był wodzem plemienia. Powszechnie poważanym i szanowanym. Cieszył się ogromną sławą, wszędzie gdzie tylko doszły o nim wieści. Kiedyś… Ale ludzka natura nie jest ani wierna ani stała, ale za to nad wyraz podatna. Brekoree, chytry lis, siał podstępnie ziarno zwątpienia w sercach jego ludzi. Stopniowo i konsekwentnie podżegał i namawiał do buntu, aż w końcu dopiął swego. Wódz został obalony i wygnany. I teraz siedział tutaj, zapatrzony przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie poruszył się nawet, gdy wyłowił z oddali odgłos zbliżających się szybkich kroków. Z mroku wyłoniły się dwie rosłe postaci.
-Wazuuki!- krzyknął pierwszy z nich zdyszanym głosem - szukamy cię już od połowy księżyca!
Mężczyzna drgnął na dźwięk swojego imienia. Wiele wody upłynęło, gdy słyszał je po raz ostatni. W samotności spędził tyle czasu, że musiał się zastanowić, czy w ogóle tak właśnie się nazywa. Spojrzał na przybyłych i bez słów wskazał im miejsce do spoczęcia.
-Nie Wazuuki, nie ma czasu na odpoczynek - odmówił energicznie drugi z nich.
Chwackie chłopy. Wytrwałości nie można im odmówić, pomyślał i przyjrzał się im bliżej. W końcu rozpoznał w nich jego dwóch byłych najznakomitszych gońców. Garoth i Meaguel. Wprawdzie, gdy ostatni raz ich widział, byli jeszcze bardzo młodzi, ale krzepkość najwyraźniej wciąż im służy. Wstał do nich i skinął lekko głową na przywitanie. Mimo, że jego niezapowiedziani goście również odznaczali się pokaźną tężyzna fizyczną, to przy Wazuukim wyglądali jak chude brzozy przy starym dębie.
-Zatem mówcie, co was skłoniło, żeby zadać sobie tyle trudu na odnalezienie banity w tak rozległym świecie. – Ponaglał bez ogródek. W końcu nie było czasu nawet na chociażby zapalenie fajki. Zresztą od zarania dziejów był znany z lakoniczności i lapidarności języka.
-Wazuuki… potrzebujemy cię - wydusił z siebie Garoth, jakby przełamując się przez niewidzialne bariery – Hiszpanie idą! Brekoree nakazał odwrót w stronę Kamiennego Lasu. Tam mamy się wszyscy spotkać. Przyszliśmy po Ciebie, bo chcemy ciebie znów jako wodza.
-Nigdzie nie pójdę- rzucił krótko, treściwie i dosadnie. Naprawdę był w tym dobry. Garoth wprawdzie spodziewał odmowy, jednak ta była tak stanowcza, że stracił rezon, o ile w ogóle go miał. Zapadła grobowa cisza, stali naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem.
-Wazuuki… - wtrącił się nieśmiało Meaguel - tu nie chodzi tylko o Hiszpan. Nasi ludzie krzyczą we śnie, ich ciała jednego dnia biją żarem, a następnego już zioną chłodem… wiecznym chłodem. Do tego panoszy się głód. Wazuuki nie radzimy sobie. Potrzebujemy znowu twardej ręki.
-Dawno, dawno temu podjęliście decyzję. Pozbawiliście mnie władzy. Nie ma odwrotu - wielki wódz był nieugięty.
-Wazuuki! Przełknij swoją dumę - wrzeszczał Garoth już widocznie straciwszy cierpliwość – Zgubisz zarówno nas jak i siebie.
-Być może tak właśnie powinno być. Może tak będzie lepiej. Może okazaliśmy się niegodni, aby żyć -odparł z goryczą.
Jego postawa dawała jasno do zrozumienia, że nic nie wskórają. Rzucili mu smutne spojrzenie. Wiedzieli, że nie zdołają go przekonać, znali go nie od dziś. A jednak, gdy ruszali w poszukiwania, tliła się w nich jeszcze nadzieja. Wazuuki zdmuchnął ją w mgnieniu oka. Z jednej strony chwytała ich wściekłość, z drugiej przyznawali w duchu, że sami są sobie winni. Gdyby tylko nigdy nie porzucili swojego wodza…
-Nic tu po nas, idziemy Meaguel. Żegnaj Wazuuki - nie śmieli dalej kontynuować tej krótkiej dyskusji. Odwrócili się i pognali jak wiatr przed siebie.
Wazuuki wrócił na swoje miejsce i dorzucił nieco suchych gałęzi do ledwie tlącego się ogniska. Płomień dziko skwiercząc szybko ogarnął nową dostawę. Były wódz spojrzał w niebo. Z góry leciał spadający powoli uschnięty liść, zmierzający powoli kołyszącym ruchem prosto w płomienie. Taki bezwładny. Prosto w unicestwienie. I nic nie może z tym zrobić. Nie może tego zatrzymać. Bezsilny w obliczu praw fizyki. Wobec losu. Mógł dalej rosnąć szczęśliwy na drzewie, ale wolał wybrać swoją drogę…
-Wazuuki!- krzyknął pierwszy z nich zdyszanym głosem - szukamy cię już od połowy księżyca!
Mężczyzna drgnął na dźwięk swojego imienia. Wiele wody upłynęło, gdy słyszał je po raz ostatni. W samotności spędził tyle czasu, że musiał się zastanowić, czy w ogóle tak właśnie się nazywa. Spojrzał na przybyłych i bez słów wskazał im miejsce do spoczęcia.
-Nie Wazuuki, nie ma czasu na odpoczynek - odmówił energicznie drugi z nich.
Chwackie chłopy. Wytrwałości nie można im odmówić, pomyślał i przyjrzał się im bliżej. W końcu rozpoznał w nich jego dwóch byłych najznakomitszych gońców. Garoth i Meaguel. Wprawdzie, gdy ostatni raz ich widział, byli jeszcze bardzo młodzi, ale krzepkość najwyraźniej wciąż im służy. Wstał do nich i skinął lekko głową na przywitanie. Mimo, że jego niezapowiedziani goście również odznaczali się pokaźną tężyzna fizyczną, to przy Wazuukim wyglądali jak chude brzozy przy starym dębie.
-Zatem mówcie, co was skłoniło, żeby zadać sobie tyle trudu na odnalezienie banity w tak rozległym świecie. – Ponaglał bez ogródek. W końcu nie było czasu nawet na chociażby zapalenie fajki. Zresztą od zarania dziejów był znany z lakoniczności i lapidarności języka.
-Wazuuki… potrzebujemy cię - wydusił z siebie Garoth, jakby przełamując się przez niewidzialne bariery – Hiszpanie idą! Brekoree nakazał odwrót w stronę Kamiennego Lasu. Tam mamy się wszyscy spotkać. Przyszliśmy po Ciebie, bo chcemy ciebie znów jako wodza.
-Nigdzie nie pójdę- rzucił krótko, treściwie i dosadnie. Naprawdę był w tym dobry. Garoth wprawdzie spodziewał odmowy, jednak ta była tak stanowcza, że stracił rezon, o ile w ogóle go miał. Zapadła grobowa cisza, stali naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem.
-Wazuuki… - wtrącił się nieśmiało Meaguel - tu nie chodzi tylko o Hiszpan. Nasi ludzie krzyczą we śnie, ich ciała jednego dnia biją żarem, a następnego już zioną chłodem… wiecznym chłodem. Do tego panoszy się głód. Wazuuki nie radzimy sobie. Potrzebujemy znowu twardej ręki.
-Dawno, dawno temu podjęliście decyzję. Pozbawiliście mnie władzy. Nie ma odwrotu - wielki wódz był nieugięty.
-Wazuuki! Przełknij swoją dumę - wrzeszczał Garoth już widocznie straciwszy cierpliwość – Zgubisz zarówno nas jak i siebie.
-Być może tak właśnie powinno być. Może tak będzie lepiej. Może okazaliśmy się niegodni, aby żyć -odparł z goryczą.
Jego postawa dawała jasno do zrozumienia, że nic nie wskórają. Rzucili mu smutne spojrzenie. Wiedzieli, że nie zdołają go przekonać, znali go nie od dziś. A jednak, gdy ruszali w poszukiwania, tliła się w nich jeszcze nadzieja. Wazuuki zdmuchnął ją w mgnieniu oka. Z jednej strony chwytała ich wściekłość, z drugiej przyznawali w duchu, że sami są sobie winni. Gdyby tylko nigdy nie porzucili swojego wodza…
-Nic tu po nas, idziemy Meaguel. Żegnaj Wazuuki - nie śmieli dalej kontynuować tej krótkiej dyskusji. Odwrócili się i pognali jak wiatr przed siebie.
Wazuuki wrócił na swoje miejsce i dorzucił nieco suchych gałęzi do ledwie tlącego się ogniska. Płomień dziko skwiercząc szybko ogarnął nową dostawę. Były wódz spojrzał w niebo. Z góry leciał spadający powoli uschnięty liść, zmierzający powoli kołyszącym ruchem prosto w płomienie. Taki bezwładny. Prosto w unicestwienie. I nic nie może z tym zrobić. Nie może tego zatrzymać. Bezsilny w obliczu praw fizyki. Wobec losu. Mógł dalej rosnąć szczęśliwy na drzewie, ale wolał wybrać swoją drogę…