niedziela, 30 stycznia 2011

Jak w szwajcarskim zegarku.


   Poszedłem sobie wczoraj na spacer. Jako że nie znam jeszcze dobrze okolicy, wylądowałem w jakiejś bogatej dzielnicy. Upchana była nowymi, serdecznie wyglądającymi domkami, a przy każdym stały po dwa nowiutkie, przyjemnie wyglądające autka. Nie były to jednak tak spektakularne widoki jak w Podkowie Leśnej(tęsknie za tobą moja kochana mieścino), gdzie jeżeli kogoś stać, żeby kupić działkę to od razu stawia pałac dla samej służby, a sobie buduje zamek? fortecę? cytadelę? W każdym razie coś ogromnego, kunsztem dorównującemu Wiszącym Ogrodom . W ogóle tutaj nie ma gdzie chodzić na spacery. Brakuje mi cholernie lasu. Ale to pół biedy, bo najgorsze jest to, że nie ma z kim chodzić.
   Ale wracając do tematu, wędrowałem sobie wśród tego labiryntu domów i moją uwagę przykuła parka owczarków niemieckich. Mój brat chciał mieć owczarka niemieckiego, ale tata wybrał berneńskiego psa pasterskiego. I całe szczęście! Gdy patrzyłem na te owczarki to wiedziałem, że przymiotnik ‘niemiecki’ nie został wyssany z palca. Te psy są brzydkie. Bardzo. Jak ja. Czyli naprawdę bardzo brzydkie. Legendarnie brzydkie. Serio. Poza tym gdy im się bliżej przyjrzałem, zdałem sobie sprawę, że wyglądem przypominają niemiecką flagą, co przypieczętowało sprawę. Z drugiej jednak strony, nie wątpię, że są to psy niezmiernie inteligentne, łatwe do wytresowania i zdyscyplinowania. No właśnie, zupełnie jak sami Niemcy. Bo oni po prostu zostali stworzeni do wchłaniania schematów i postępowania według nich, czego wynikiem jest niesamowita precyzja i jakość wytwarzanych produktów. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że Niemcy to kraj płynący mlekiem i miodem. Ale tak naprawdę jest to kraj ociekający pragmatyzmem i pedantyzmem. To kraina samoczyszczących się sedesów i dróg, które są w stanie odbić asteroidę. I nie mówię, że to złe, gdyż uważam, że to dobre. Możecie czuć awersję do Niemców za to co nam zrobili w przeszłości. Możecie się wyśmiewać z ich poczucia humoru mówiąc, że już nawet twórcy polskich komedii romantycznych mają lepsze gusta. Możecie nienawidzić ich języka, który faktycznie brzmi jak rozchwiany emocjonalnie, styrany traktor, który wszystkimi siłami stara się odpalić, jednak nie daje rady. Ale to nie jest przypadek, że nacja która przegrała dwie wojny światowe i musiała płacić niebotycznie astronomiczne kontrybucje oraz tak naprawdę nie stanowi nawet jednolitego państwa, dzisiaj jest największą potęgą gospodarczą europy. Możecie mnie zlinczować, ale uważam że należy im się szacunek i cichy podziw. Naprawdę moglibyśmy się dużo od nich nauczyć.

piątek, 21 stycznia 2011

Przepraszam, którędy do Szczęścia?


   Gdzie leży szczęście? Zapytany o to Google Map entuzjastycznie przystąpił do poszukiwań i już po chwili nieprzyzwoicie radośnie merdając ogonem podał mi współrzędne (kto go nauczył tak sprawnie aportować?). Otóż Szczęście leży gdzieś pod Radomiem. Ale nie Google Mapo, przykro mi, ale nie o to mi chodziło. Udałem się więc do Ojca Google Mapa, czyli do jego wszechwiedzącej Googlowatości Google.Com`a I Wielkiego, ale on również nie wie gdzie jest szczęście. Owszem coś tam niby podejrzewa. Gdy uciąłem sobie z nim pogawędkę przy herbatce, zarzucił mnie tonami teorii o szczęściu. Ale żadna do mnie nie przemówiła. Gdyby posmarować kromkę chleba jedną z tamtych teorii to powstałaby pierwsza na świecie niejadalna kanapka (co trochę gryzie się z definicją kanapki, bo ja jestem święcie przekonany, że kanapka jest po to żeby była jadalna). Moim zdaniem szczęście leży gdzieś za Jeziorem Marzeń, daleko na wschód od Kanionu Kłopotów i nieco na południe od Krainy Nadziei i Złudzeń, a wchodzi się do niego przez Łuk Triumfalny zbudowany ze szczerego, pachnącego piernika i w centrum zastaje się fontannę mlekiem i miodem płynącą.
    Gdyby szczęście było kobietą, to była by to kobieta o nieskazitelnej, perfekcyjnej urodzie, która jednym trzępotnięciem rzęsą zmusiłaby cię do udawania kurczaka w tłumie wygłodniałych lisów.  Przy okazji byłaby nieprzekupna, a wszelkie próby jej poderwania kończyły by się bardzo bolesnym doświadczeniem zwanym pieszczotliwie ‘liściem’.  Tylko co z tego, jeżeli całe swoje życie spędziłaby w jakimś schronie atomowym 10 km pod ziemią i tyle byśmy ją widzieli.
    Jak byłem jeszcze mały i mądry (tak kiedyś byłem mądry) podjąłem pierwsze badania na temat szczęścia. W związku z tym, że w sumie nie było to tak dawno, to już wtedy zdążył się rozszaleć konsumpcjonizm. Zatem założyłem, że podstawą szczęścia jest posiadanie dóbr materialnych. Wychodząc z tej konkluzji, dotarło do mnie, że żeby być szczęśliwym trzeba mieć wszystko to co się chce. A żeby mieć wszystko co się chcesz wystarczy, że nie będziesz chcieć więcej niż posiadasz. Logiczne. I zapragnąłem to wprowadzić w życie. Tak po prostu nic nie chcieć. I chyba mogę dziś powiedzieć, że mi się to całkiem udało. Doszło nawet do tego, że jak dostaję od kogoś banknoty to owszem, uśmiechnę się, podziękuje uprzejmie, kulturalnie wszystko przeprowadzę. Tylko co ja z tą kasą zrobię? Oprawię w ramkę i powieszę na ścianie? Pobawię się w origami i złożę różę? A może użyję jako papierka do zawijania gumy do żucia? Nie no to ostatnie może nie, jakiś szacunek do pieniądza trzeba mieć. Poza tym gumy do życia wypchane są aspartamem jak mech pierwiastkami promieniotwórczymi w okolicach Prypecia. Oczywiście należy uwzględnić, że jestem na utrzymaniu rodziców, więc dach nad głową i wyżywienie mam za darmo.
    Czy zatem jestem szczęśliwy? Oczywiście, że nie! Bo po pierwsze to, że nic więcej nie chcę wcale nie oznacza, że cieszę się tym co mam. Bo po drugie dotyczyło to tylko rzeczy materialnych a nie tych innych. (Na przykład dalej chciałbym być znów mądry). A po trzecie, założenie, że tylko posiadanie daje szczęście jest głupie! (Tak wprawdzie byłem wtedy mądry, ale nawet geniusze mogą się mylić)
Dzisiaj uzbrojony w najnowszą, najbardziej aktualną, Maximus Optimus rzeczową i konkretną wiedzę mogę powtórzyć za wielkimi głowami jakie są składniki szczęścia:
-Spokój ducha, brak natręctw czy innych problemów z głową
-Dobre zdrowie, wolność od problemów fizycznych i w ogóle bycie pełnym sił i energicznym
-Dobre relacje z ludźmi, posiadanie kogoś o kogo się troszczy i kto troszczy się o nas
-Poczucie sensu i celu w życiu
-Niezależność finansowa
-Samorealizacja, poczucie własnej wartości i szacunek do siebie
    No dobra, wykułem się teraz tego na pamięć, tylko że dalej kurwa nic nie wiem. I szczęścia na horyzoncie wciąż nie widzę, i chyba nie zobaczyłbym nawet jakbym użył domowego teleskopu Hubble`a.  Heh, ja nawet nie znam odpowiedniego azymymutu…
    Na koniec przypomniałem sobie jeszcze, że mimo iż każdy z nas pragnie szczęścia, to każdy ma inny sposób na jego osiągnięcie. Zatem wbrew temu co poniektórzy spece od marketingu chcą nam wmówić, nie ma żadnej uniwersalnej recepty na szczęście. Jesteśmy zdani tylko na siebie w poszukiwaniu swojego raju. Szkoda. Chociaż w sumie pozostaje nam jeszcze wszczepienie elektrod w ośrodki odczuwania przyjemności w mózgu i nadużywać ich stymulacji… Ale o nauce to nie dzisiaj.

środa, 12 stycznia 2011

Umysł uszyty nad miarę


   Człowiek… najbardziej zaawansowana forma życia na naszej planecie. Jako, że fizycznie praktycznie jesteśmy bezbronni na przestrzeni dziejów selekcja naturalna sprzyjała tylko tym, którzy wykazywali się największym rozsądkiem i sprytem. W wyniku tego całego zamieszania staliśmy się gatunkiem, który intelektem kompletnie zdominował całą resztę fauny. Żadne inne zwierze nie dorasta nam do pięt. I nieważne czy jesteś osobą o której mówi się, że częściej bywa na Saturnie niż używa głowy, czy wybitnym naukowcem, który jest o krok od opracowania rewolucyjnej metody zmuszenia kota do posłuszeństwa bez użycia Whiskasa. W każdym przypadku fakt jest jeden i niezaprzeczalny: jesteś zajebisty. Posiadasz coś czego wartości nie da się wyrazić żadną walutą. Twój mózg wykonuje tysiące operacji w każdej mijającej chwili. Dysponujesz niewyobrażalną mocą obliczeniową, której nie sprostają jeszcze długo najznakomitsze superkomputery. Jesteś ukoronowaniem ewolucji, najgenialniejszym jej tworem. Zwieńczeniem dzieła.  Tylko czy zawsze ta nasza elitarność wychodzi nam na dobre? I nie chodzi mi tu wcale o przesadny rozwój cywilizacji, niebezpieczne wynalazki czy szalonych geniuszy jak Teodor Kaczyński.
   Wcisnę się trochę wspomnieniami w minione lato. Piękne było, prawda? Na szczęście już niedługo kolejne.  W każdym razie trafiło się tak, że zamieszkały z nami szerszenie, gdzieś tam znalazły sobie wygodny, wymarzony własny kąt na strychu(nielegalnie!).  A że to bardzo towarzyskie są stworzonka, więc składały nam częste wizyty(niechciane!). W końcu zawitał do mnie jeden z nich, taki naprawdę przypakowany bydlak, który równie dobrze co dziabnąć to mógłby mnie porwać do swoich i zażądać okupu od moich rodziców. I mimo, że przekomicznie wyrżnął łbem o szafkę to wcale nie było mi do śmiechu. Walczyć czy uciekać? Nie mogłem uciec, przecież nie zostawię mojego komputera na pastwę owada. Jednak zabijać też nie lubię, ale co począć, albo on albo ja. Chwyciłem ręcznik, który trzymam w pokoju na czarną godzinę i zaatakowałem go prawym sierpowym. Usłyszałem tylko jak z wielkim impetem rąbnął w ścianę. Problem był jednak taki, że nie miałem pojęcia gdzie. Mimo, że przeczesałem cały pokój 2 i pół raza to go nie odnalazłem. Trochę się zaniepokoiłem, no bo jak to tak do przeciwnika się odwrócić miałem teraz plecami? Musiałem to jednak jakoś przełknąć i siedziałem nieco nerwowo w pokoju udając, że jestem zajęty, ale tak naprawdę byłem w stanie pełnej gotowości.  Nie mogłem dać się zaskoczyć.
   Po jakiś 2 godzinach w końcu go namierzyłem. Tzn. sam dał się zlokalizować. Pełzał po moim łóżku, potykając się o każde włókno tkaniny, ciągnąc za sobą odwłok resztkami sił. Każdy następny jego krok był heroicznym wysiłkiem. Na pół żywy, byle przed siebie. Jeszcze jeden krok. I dalej. Nie znam się na fizjonomii szerszeni, ale jestem pewien, że na jego twarzy malowała się zawziętość. Nie, na pewno  nie ubolewał nad swoim losem. Wiedział co ma robić i po prostu to robił, nie było mowy o jakimkolwiek wahaniu. Patrzyłem na jego mozolną, pełną bólu wędrówkę z wielkim podziwem. Zaimponował mi…  Jego mały, nieskomplikowany móżdżek ,czy co on tam posiada, nie był w stanie przeprowadzić analizy sytuacji. Nie powiedział mu, że sprawa jest przegrana albo żeby sobie odpuścił. Nie miał o tym pojęcia, więc brnął przed siebie, walczył do samego końca. Bo w jego przekonaniu przecież nie można inaczej, nie widział w ogóle innej opcji. Bohater! Naprawdę byłem pod ogromnym wrażeniem jego determinacji. Chciałem do niego mówić wręcz mistrzu. Wiem, że to wszystko zdaje się głupie, ale taki już jestem. Cóż dalej mi pozostawało. Z wielkim bólem serca dobiłem go i wyrzuciłem.
   A jak my zachowujemy się w momencie wystąpienia ciężkich okoliczności? Wydaje mi się, że nasz super hiper wyrafinowany, ogromny i pofałdowany mózg nie tylko wywiesza białą flagę w sytuacji kryzysowej, ale wręcz ośmielę się stwierdzić, że on sam przyczynia się do jej wystąpienia swoją zbyt intensywną pracą, podczas której produkuje nadmiar niechcianych, zgoła zbędnych myśli.  I czasami właśnie zazdroszczę takim owadom. Żadnych dylematów, wszystko jest łatwe, klarowne i właściwe.

środa, 5 stycznia 2011

Prawo Dżungli


   Mizerne, długie i naciągne, ale skoro napisałem to zamieszczam. Nie przyjmuję reklamacji za stracony czas.

  Wspinali się od jakiegoś czasu stromą ścieżką na górę przypominającą kształtem zamarznięty płomień. To nie pierwsza taka góra, którą zdobywali, ale ta zdecydowanie była najwyższa. Dziewczyna miała nadzieję, że to już ostatnia. Że nareszcie znajdą tutaj to czego szukają już od kliku miesięcy. Była naprawdę bardzo szczęśliwa, wyprawa okazała się być fascynująca, ale czuła się już zmęczona i tęskniła za rodzinną wioską.
Wszystko zaczęło się od tego, gdy Sevil wpadł jak burza do jej domu i wielce podekscytowany zaczął opowiadać o odkryciu którego dokonał. Wyciągnął ją na spacer i z niezwykłym przejęciem mówił o istnieniu jakiegoś magicznego artefaktu, dającego nadzwyczajną moc i wyglądem przypominającym gwiazdę.
  Zabawne. Kiedyś rozmawiając z mamą powiedziała jej, że tak bardzo chciałaby, żeby na świecie był zawsze pokój i ludzie żyli ze sobą w zgodzie.  W odpowiedzi od mamy usłyszała po prostu suche
„A ja bym chciała mieć gwiazdkę z nieba”. Eh, gdyby tylko wtedy była w posiadaniu tego dziwnego artefaktu to by go wręczyła mamie i może wtedy świat zmieniłby się na lepsze.
  Sevil wyrwał ją w tym czasie z zamyślenia łapiąc za rękę:
- Chcę znaleźć ten artefakt. I liczę, że mi w tym pomożesz - powiedział patrząc jej głęboko w oczy.
Oczywiście, że pomoże. W końcu go kocha. Jest dla niej wszystkim. Jest jej dzielnym wojownikiem. Podziwiała jego siłę woli, zdecydowanie i inteligencję. Czuła się przy nim bezpiecznie. Ufała mu bezgranicznie.  Nawet przez głowę jej nie przeszło, aby podważać istnienie tego przedmiotu. Jeżeli Sevil mówi, że taki istnieje to znaczy, że istnieje i kropka. Oczywiście w ich związku, nie zawsze było kolorowo. Na początku było dużo zgrzytów, bo narzucał jej swoją wolę. Właściwie nie miała nic do powiedzenia. Ale w końcu przyzwyczaiła się, podporządkowała. I była szczęśliwa. A teraz będzie miała okazję być z nim sam na sam, całe dnie. Na samą myśl jej dusza promieniała.
-Pewnie! Brzmi jak niesamowita przygoda! - odpowiedziała uśmiechając się radośnie - Kiedy chcesz wyruszyć?
-Jutro z rana - odparł krótko.
  I tak znaleźli się tutaj. W tym urzekającym miejscu, gdzie natura kształtowała finezyjne kształty ze skał. Gdzie las tętnił życiem, a z wysokości rozciągał się zapierający dech w piersi widok na łąki i inne szczyty. Zatrzymała się i spojrzała w rozległą przestrzeń. Ogarnęło ją przyjemne uniesienie. Kompletnie zapomniała o zmęczeniu, chciała tańczyć, śpiewać i śmiać się. Podbiegła do Sevila i zarzuciła mu ręce na szyję.
-Pięknie tu, prawda? Prześlicznie! - brakowało jej słów, żeby się wyrazić.
-Owszem - przyznał jej rację - ale musimy iść dalej.
  Zauważyła, że z każdą chwilą, która zbliża ich do szczytu stawał się coraz mniej rozmowny. Jeszcze do niedawna potrafili rozmawiać przez długie godziny. Może to przez to, że powietrze staje się coraz bardziej rozrzedzone i Sevil stara się oszczędzać siły? W takim razie ona też powinna. Dalej szła już milcząc, ale uśmiechając się do przelatujących ptaków, rosnących mchów czy do wiatru. W ogóle do wszystkiego. Szli aż dotarli do końca ścieżki. Znaleźli się na półce skalnej, przed nimi znajdowała się pionowa ściana. Nie dało się iść dalej. Chłopak badawczym wzrokiem przyglądał się skale. Wyobraziła sobie zawód, którego musiał właśnie doświadczyć. Znowu fiasko, a tym razem wydawał się być taki pewny siebie.
-No ale przynajmniej widoki są piękne… nie? - próbowała go pocieszyć, jednak jej wypowiedź zabrzmiała dziwnie żałośnie.
Nie zwrócił na nią uwagi. Kontynuował badanie skały.
-Połóż tutaj rękę - powiedział w końcu i wskazał miejsce na skale opatrzone ledwie widocznym tajemniczym znakiem -i pomyśl o czymś co najbardziej cenisz w życiu.
  Zrobiła tak jak polecił. Bez chwili zastanowienia pomyślała o miłości. Przed oczami stanął jej świat, w którym wszyscy ludzie miłują się nawzajem, kierują się dobrem drugiego człowieka i nigdy nie skalali się kłamstwem. Na jej twarzy automatycznie wymalowało się szczęście. Sevil bacznie się jej przyglądał. Miała 19 lat a wciąż wyglądała jak dziecko. Wydawała się taka delikatna. Jeden lekki dotyk, a rozpadnie się na milion drobnych kawałków. Ten jej mały nosek, nieco pyzate policzki, czoło na które spływały kosmyki złotych włosów, falujące teraz na wietrze, a pod nim wielkie, niebieskie, wiecznie roześmiane oczy. Była kwintesencją niewinności. Drgnęła nagle, gdy usłyszała rozchodzący się wewnątrz jej głowy basowy głos: możesz wejść. Gwałtownie rozejrzała się dookoła. W tym samym momencie powietrze zawibrowało, a na środku skały pojawił się obszar, który zdawał się falować.
-Dobra robota - pochwalił ją chłopak.
  Podszedł i ostrożnie dotknął falującego miejsca. Jego palec zdawał się zanurzyć w skale. Zrobił krok na przód, przekroczył portal i znikł. Ruszyła się za nim.
Znaleźli się w całkowicie zamkniętym pomieszczeniu, zapewne w samym sercu góry. Jedynym źródłem światła była ognista kula lewitująca nad piedestałem w samym środku pomieszczenia. Zbliżyli się do niej powolnym krokiem.
-To to? - zapytała, nieco oszołomiona jaśniejącym obiektem.
Skinął głową nie odrywając oczu od kuli.
-Czyli udało nam się! Tak się cieszę! - uśmiechnęła się do niego.
  Nie odpowiedział. Błyskawicznie wyciągnął sztylet i wbij jej pod żebra nim zdążyła się zorientować co się dzieje. Poczuła jak zimna stal z łatwością rozcina jej ciało. Jej źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Świat zawirował. Żeby nie upaść objęła ręką szyję chłopaka a głowę oparła na jego ramieniu.
-Dla… dlaczego? - wyjąkała z niedowierzeniem. Z jej oczu płynęły łzy. Jedna po drugiej, druga po trzeciej… Nie z fizycznego bólu bynajmniej. Była w takim szoku, że ten zszedł na dalszy plan.
-Choćby dlatego, że nie jesteś mi już potrzebna - odpowiedział spokojnie.
-Ale… ja.. cię… kochałam… - z trudem wypowiadała słowa. Szybko uchodziło z niej życie. Miała wrażenie jakby czas zatrzymywał się w miejscu. Słowa Sevila płynęły bardzo powoli z oddali.
-Ojej - prychnął - Zrozum, właściwie to wyświadczyłem ci przysługę. Jesteś taka naiwna. Na tym świecie nie spotkałoby cię nic oprócz cierpienia. Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać. - powiedział po czym wyrwał sztylet i zrzucił ją z siebie. Upadła na plecy. Ujrzała jeszcze przez chwilę sylwetkę chłopaka, jego obnażone kły w bezdusznym uśmiechu i ostrze ociekające jej własną krwią. Po czym świat zaszedł mgłą.  
 Wciąż nie docierało do niej co się stało. Skuliła się do pozycji embrionalnej i zamknęła oczy. Zaczęły nawiedzać ją różne wizje z przeszłości. Wydawało jej się, że jest znowu dzieckiem. Bawi się z innymi maluchami na placu w centrum wioski, gdy nagle dostrzegła stojącą pod ścianą postać małego chłopca.
-Rozmawiasz ze ścianą? - podeszła i zapytała.
Chłopiec rzucił jej tylko spojrzenie spode łba i nie odrzekł ani słowem. Znowu ktoś przyszedł się z niego nabijać. Kiedyś im wszystkim się odpłaci pięknym za nadobne! Kiedyś się zemści…
-Bo wiesz, kiedyś słyszałam, że ściany mają uszy - próbowała nawiązać kontakt, nie zdając sobie sprawy, z tego co oznacza jego reakcja - I gdy jest mi smutno to ja z nimi rozmawiam. Ale one nigdy nie odpowiadają - zawahała się, po czym dodała - jak masz na imię?
- Sevil - odpowiedział po długiej chwili milczenia.
Szybko się zaprzyjaźnili, aż pewnego dnia, powiedział jej, że ją kocha i chce z nią być. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu.
  Wizja się rozmazała.
Znajdowała się teraz w mieście. Mama ją tutaj zabrała, bo musiała dobić jakiegoś interesu. Poszła do jakiegoś domu, a jej kazała cierpliwie czekać pod wejściem. Ale ona nie miała w zwyczaju stać i nic nie robić. Urządziła sobie wycieczkę krajoznawczą po mieście, które wydawało się jej tak wielkie i wciągające. Idąc przed siebie natknęła się na ludzi pracujących na budowie, a wśród nich młodego chłopaka, który ewidentnie był za młody i za słaby do tej pracy.
- Czemu pracujesz?- nie omieszkała się go zapytać - Mama mi zawsze mówiła, że praca jest dla dużych - Dla dużych? Heh, czasami nawet oni nie dają rady… Ale nie ma wyjścia. Trzeba być twardym. Silnym. Ojciec pije i bije, zamiast pracować. A coś trzeba jeść  – chłopak mówił bez żadnego skrępowania. W zasadzie sam się dziwił czemu tak po prostu otworzył się przed nieznajomą. Ta dziewczynka miała w sobie coś niezwykłego. Poczuł przypływ sił.
-Może bym Ci pomogła trochę? - zaoferowała swoją pomoc - i tak nie mam nic do roboty teraz.
-Już mi pomogłaś - roześmiał się - dziękuje.
Ledwie skończył mówić, a jak spod ziemi wyrósł wysoki, dostojnie wyglądający człowiek i z rykiem wydarł się na chłopca
- Co ty skurwysynu se myślisz!? Może jeszcze ci herbatki zaprzyć?! Bierz się do roboty!
  Przeszedł ją dreszcz grozy. Wizja ponownie się rozmyła.
Teraz widziała przed sobą swoją matkę. Siedziała nieruchomo z twarzą schowaną w dłoniach. Na stole widać było zaschnięte ślady łez. Dziewczyna przyglądała się jej milcząc. Nagle poczuła, że coś ją wciąga.  Zaczęła się oddalać coraz szybciej i szybciej.
-Mamo nie zostawiaj mnie! - zdążyła wydać z siebie niemy krzyk.
  I wszystko zniknęło, dookoła niej była tylko pustka. W jej głowie odbijały się echem ostatnie słowa Sevila. „Jesteś taka naiwna”. „Urodziłaś się po to, żeby cię wykorzystać”. Były jak miliony szpilek przeszywające jej umysł. Pewnie miał rację. Zawsze miał. Ostatecznie rozpłynęła się w mroku.
  Sevil wciąż patrzył na ognistą kulę. W końcu chwycił ją zgrabnym ruchem. Ogarnęło go sensacyjne uczucie, gdy jego ciało wypełniała nieznana potężna energia. Pora wracać. No proszę, chodzenie po trupach okazało się iść jak po maśle. Przez ramię rzucił jeszcze tylko okiem na posiniałe już ciało dziewczyny i na odchodne rzekł:
- A tymczasem świat należy do mnie - I ruszył w stronę portalu.


środa, 22 grudnia 2010

Panta Rei

   Mądry tytuł, nie? I dostojnie brzmiący. Co jak co, ale Starożytni Grecy to musieli mieć łeb, żeby taki aforyzm wymyśleć. „Wszystko płynie”… Drogi Heraklicie*, jak Ty na to wpadłeś? Tak po prostu? Siedziałeś sobie i tak nagle Ci się wymsknęło? Naprawdę odwaliłeś kawał dobrej roboty. Za sam ten cytat powinieneś dostać Nobla. To niby takie proste spostrzeżenie a jednak za każdym razem gdy słyszę te słowa to popadam w zadumę.
   Spotkałem wczoraj kolegę z liceum. Będzie 2 lata odkąd go ostatni raz widziałem. Okazało się, że zmienił kierunek studiów. Nie powiem, że kierunek który studiował wcześniej to astronomia, bo zależy mi na jego anonimowości. Dlaczego rzucił astronomię? Bo ludzie, którzy tam studiują całują swoje zeszyty z notatkami, szepczą im ciepłe słówka, tulą je, karmią i śpiewają im kołysanki. A w wolnym czasie fantazjują o tym jak wciągają Gwiazdę Polarną nosem. I poza tym chodzą, oddychają oraz jedzą i mimo, że robią to w miarę przyzwoicie to właściwie na tym kończy się ich aktywność. Otóż ten mój kolega określił się jako zbyt rozrywkowy na takie towarzystwo. Rozrywkowy?! On?! Czym prędzej zacząłem sobie wizualizować najtragiczniejsze wspomnienia mojego życia, żeby zachować powagę i nie wybuchnąć śmiechem. Przecież poziom jego rozrywkowości plasował się gdzieś pomiędzy rozrywkowością regału z IKEI a rozrywkowością zdechłej myszy. Bo tak było kiedyś, takiego go znałem. I takiego go lubiłem, sam przecież nie jestem rozrywkowy.
   Ale panta rei… Wczoraj gdy na niego wpadłem był niezwykle ożywiony. Pełen wigoru i zapału. Byłbym przekonany, że przedawkował guaranę, gdyby nie fakt, że byłem przekonany, że po prostu stał się… rozrywkowy. To nie pierwszy taki przypadek w moich dziejach, gdy odkryłem, że życie mojego starego znajomego obróciło się o 180 stopni. Wielu z nich na studiach zaczęło w końcu oddychać pełną piersią, cieszyć się życiem. Tylko ja coraz bardziej zamykałem się w sobie… A potem gdy się spotykamy ja z rozrzewnieniem wspominam liceum, a oni właściwie chcą o nim zapomnieć.  C'est la vie.
   Taak, wszystko płynie… Nie jadam już na moim ukochanym talerzu z dzieciństwa, po raz kolejny nie mieszkam tam gdzie mieszkałem. W powietrzu jest coraz więcej dwutlenku węgla a w okolicy rosną jak po grzybach McDonaldy i inne punkty zaspokajania potrzeb ludzkich. W każdym momencie na naszym globie podejmowanych jest miliony decyzji. Decyzji, które oddziałują na mikro otoczenie, czasem na makro otoczenie, tworząc nieskończony łańcuch zmian, który splata się z innymi łańcuchami tworząc coś co niektórzy chcą nazywać fatum. Nasz los.
   Wszystko płynie… Albo nie! Nie, nie i jeszcze raz nie kochany Heraklicie. Te słowa są już nieaktualne. Mogłeś je sobie przyjacielu wypowiedzieć siedząc nad brzegiem rzeki pod błękitnym niebem, wśród pachnącej przyrody, obserwując jak leniwie płynie czas. Co byś powiedział dzisiaj jakbyś znalazł się w środku miasta pełnego gwaru, pędzących samochodów i ludzi depczących sobie po piętach? Zatkało by Cię… Tak się składa, że dziś już wszystko nie płynie, ale rwie i gna do przodu na złamanie karku. Także z przykrością Ci oznajmiam mój drogi Heraklicie, że Twój czas minął…

   *Słowa „panta rei” wprawdzie przypisuje się Heraklitowi, jednak w jego tekstach nigdy się one nie pojawiły. Pierwszą osobą, która uwieczniła te słowa pisemnie był Symplicjusz i niektórzy właśnie jego uważają za autora tego aforyzmu.    

sobota, 18 grudnia 2010

Nie wszystko złoto co się świeci, ot co.

   Ahh sobota! Piękny dzień, idealny na sprzątanie. Ale co to do cholery jest? Czy nie mogę sobie spokojnie wypucować domu?! W poszukiwaniu niezbędnych rekwizytów, aby ową czynność uskutecznić, natknąłem się na jakiś bredny płyn nabłyszczający do mycia podłogi. Cholera ludzie, co takiego jest w błyszczeniu? Co sprawia, że jeżeli coś błyszczy to  z miejsca dostaje +12 do wyglądu? Dlaczego każdy z nas chce błysnąć, chce żeby jego samochód błyszczał, żeby podłoga błyszczała, żeby zęby błyszczały, usta, paznokcie... Dlaczego modelki smaruje się olejkiem, który nadaje połysku? Po co walki odbywają się w kisielu? Eee… wróć! Z tym ostatnim to się zagalopowałem.
    Oj ludzie lubują się w świecidełkach i błyskotkach. Czasami mam wrażenie, że nie ewoluowaliśmy z małpy, ale ze sroki. A hodowcy psów nie zdają sobie sprawy, że fortuna jest w zasięgu ich ręki. Wystarczy, że wyhodują psa z extra lśniącą sierścią. Kuszący wyglądem, ale również jaki praktyczny! Idealny na wieczorne spacery, bo będziemy widoczni z daleka przez kierowców samochodów, tudzież taczek z napędem rakietowym, które jednak są mało modne w ostatnim czasie. Bo i owszem błyskotki też mają zastosowanie praktyczne! Jak znajdziemy się na bezludnej wyspie to dobrze jest nadać sygnał SOS w kosmos znakami świetlnymi przy użyciu dajmy na to pierścionka. Albo zębami! No, niektórzy mają taki uśmiech, że puszczają taką wiązkę światła, które zwabiłoby spojrzenie wszystkich satelitów w mgnieniu oka.
    Jak wyobrażam sobie koniec świata? Jakaś kura zniesie piękne, lśniące, mieniące się kolorami tęczy  jajko. Ktoś takie jajko weźmie do domu i postawi sobie w domu jako ozdobę. I nieważne, że zacznie gnić i śmierdzieć. Ważne, że zajebiście wygląda. Wchodzisz sobie do domu właściciela owego słodziuteńkiego jajeczka i z miejsca wypalasz:
-Co tu tak wali?
-Co wali, co wali jełopie?! Pachnie! – zawoła wzburzony właściciel - Spójrz, to to jajeczko tutaj.
-A no faktycznie, jednak ten zapach ma coś w sobie.
 Taak, takiemu błyszczącemu jajeczku nie powiesz, że capi!  To się racjonalizacja bodajże nazywa.
 A potem wszystkie kury zaczną znosić takie jajka i świat czeka zagłada.

wtorek, 14 grudnia 2010

Tora tora tora! Czyli obalić dyktaturę Figi.

   Nareszcie! Przybyły posiłki, mamy wsparcie, jesteśmy ocaleni! – z wielkim entuzjazmem wykrzykiwałem na widok ogromnego cielska niedźwiedzia, które niezdarnie gramoliło się przebierając niepewnie masywnymi łapami po podłodze. Zyskaliśmy nowego sojusznika w walce z Figą. I to w samą porę, bo kończyły się nam racje żywnościowe, a morale już od długiego czasu leżały i kwiczały. Owo niedźwiedzie cielsko(zwane dalej: psem) otrzymało imię Tora (naprawdę nie wiem skąd mama czerpie pomysły na imiona dla zwierząt…).
   Tora to fajny pies płci żeńskiej. Uważam ją za wzór cnót zwierza domowego. Stwierdziłem to już na pierwszy rzut oka, bo nie rzuciła się wszystkim do gardła z zębami, a to naprawdę dobry znak. Miła odmiana od tego co było z Figą (jakby ktoś zapomniał, jest to aktualne imię Buby, kocicy która przejęła kontrolę nad naszym domem jakiś czas temu).
   Szybko się jednak okazało, że pokładane w Torze nadzieje na nadejście z odsieczą są zupełnie idiotyczne. Tora jest pacyfistką. Do tego są problemy z jej transportem, więc w ofensywie zupełnie się nie sprawdza. Natomiast w defensywie jest jak skała. Jeżeli się ufortyfikuje (czytaj: położy) to nie ma bata, żeby ktoś to cielsko ruszył i trzeba czekać aż łaskawie samo się ruszy. To niestety zdarza się tylko jak Wenus znajdzie się równej linii ze Słońcem i Saturnem. Ale jutro wezmę wózek widłowy i postawię Torę u wrót do mojego pokoju, przynajmniej będę mógł spać spokojnie.
   Jedyny ambaras jest taki, że obecność nowego partyzanta wyprowadziła z równowagi Tyranta Figę i teraz cierpimy z powodu dodatkowych represji z jej strony. Nietrudno się domyślić, że rozgorzała Wielka Wojna Domowa. Ofiar jest dużo, poległo wiele lojalnych, oddanych słusznej sprawie mebli z którymi dorastałem. Ale nie poddamy się. Nie w momencie w który uwierzyliśmy, że możemy odzyskać upragnioną niepodległość! Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi!
   Tora, jeżeli to kiedyś przeczytasz, to wiedz:  bardzo Cię lubię, serio. Dzięki Tobie słowo ‘suka’ nabiera nowego, bardzo pozytywnego znaczenia.

sobota, 11 grudnia 2010

Z muzyką przez życie.

  Czy znasz to wspaniałe uczucie, gdy przepełnia Cię boska wręcz energia, która sprawia, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych?  Energia, dzięki której żaden szczyt nie jest nie do zdobycia.  Całe Twoje jestestwo właśnie przeżywa chwile urodzaju. Uświadamiasz sobie, że masz nieskończony potencjał, aby urzeczywistnić każde marzenie, osiągnąć każdy cel. Wydaje Ci się, że nic nie Tobą nie zachwieje. Nic nie jest w stanie podważyć Twojej determinacji. Jesteś pewien swego. Łapiesz wiatr w żagle i cała naprzód. ’Dalej losie, uderz we mnie, jesteś bezsilny w obliczu mojej potęgi’. Nie istnieje takie nieszczęście, które by zostawiło na Tobie najmniejszą rysę. Przeszkody? Nie ma takiej, której nie dałoby się pokonać. Właściwie to lepiej dla przeszkody, żeby Ci nie wlazła pod nogi, bo nic z niej nie zostawisz. Jesteś przekonany, że możesz kreować rzeczywistość na żądanie. Zaciskasz pięści. Delikatnie unosisz lewy kącik ust w nieco zadufanym uśmiechu. Oczami duszy widzisz jak odbierasz laury. Już masz smak zwycięstwa na języku. Czujesz się po prostu bogiem. Znasz to uczucie? To świetnie. Ja też je znam.
   Ale ta fala jest bardzo zdradziecka. Ten czarny koń jest strasznie narowisty, bez trudu zrzuca z grzbietu. To uczucie jest takie kruche i ulotne.  Jeden gest…  kliknięcie myszą na „stop” w odtwarzaczu muzycznym i maszyna generująca złudzenia poszła spać. Cała ta moc schodzi ze mnie jak powietrze z balonu.  Jak woda z wanny po wyjęciu korka. Powrót do rzeczywistości przybiera postać małego szoku. Okazuje się, że nie jest tak łatwo. Ale trzeba walczyć. Zawsze trzeba walczyć, bo „dopóki walczysz jesteś zwycięzcą”.

   Muzyka… nigdy w życiu nie natknąłem się na nic co by uzależniało w równie wielkim stopniu. Moje motto brzmi: Nothing really matters as long as there is music in your heart. Ależ tkliwe, nie? Ale tak bardzo kocham, gdy potężna fala akustyczna z ogromną siłą rozdziera powietrze. Gdy głębokie basy wibrują mi w głowie wypełniając ją po same brzeżki. Nie znam piękniejszego uczucia niż to gdy płynąca z głośników melodia rezonuje z moją duszą. Ha ha, śmiej się, śmiej losie. O ironio, dlaczego jestem antytalenciem  muzycznym?

sobota, 4 grudnia 2010

Marzenia za horyzontem czasu

   Środek lodowej pustyni. Antarktyda? Grenlandia? A może gdzieś w głębi duszy… Para młodych ludzi w milczeniu uparcie brnie przed siebie w nieznanym kierunku. Bo w tym miejscu żaden kierunek nie jest znany.  Towarzyszy im tylko wściekłe wycie wiatru. Chłopak co chwila rzuca tęskne spojrzenia w górę z nadzieją, że ujrzy niebo. Ale z powodu zamieci nie jest w stanie nawet dojrzeć chmur. Właściwie co za różnica? Nie widział nieba przez tak długi okres czasu, że teraz wydaje mu się ono tylko mglistym wymysłem, właściwie przestał już wierzyć w jego istnienie. Nie taki był plan. Nie tak miało być. Niespodziewanie zatrzymał się.
-Nie… nie mogę już, nie mogę! - wydał z siebie zdławiony krzyk i osunął się na śnieg.
Dziewczyna bez słowa przykucnęła obok i spróbowała pomóc mu wstać, jednak spotkała się z oporem z jego strony.
-To bez sensu… Zostaw mnie. Albo w ogóle idź do diabła…  tam skąd przyszłaś… - wyrzucił z siebie.
   Zupełnie nie zwróciła uwagi na jego słowa. Uśmiechnęła się tylko delikatnie i rzuciła mu spokojne spojrzenie. Kiedyś to spojrzenie dodawało mu skrzydeł. Sprawiało, że wszystko wydawało się możliwe. Marzenia były na wyciągnięcie ręki, jeden leniwy ruch i masz czego pragniesz. Dziś już nie wywoływało niczego. Czar prysł, niewiadomo nawet kiedy.
-Pamiętasz jak obiecywałeś? Jak się zarzekałeś, że nigdy przenigdy się nie poddasz? - zapytała, swoim miękkim, melodyjnym głosem. Zupełnie jakby siedzieli przy kominku popijając gorącą czekoladę.
-Obietnice… Ty w nie jeszcze wierzysz? Deklaracje, które składa człowiek pod wpływem chwili… Nawet jeśli są szczere w momencie wypowiadania to do kurwy nędzy nie znaczy, że są prawdziwe, że zostaną spełnione - odparł z goryczą.
-Twoje obietnice zawsze były inne. Miały certyfikat jakość ISO 9001. Wstawaj!
Odwrócił wzrok i nawet nie drgnął.
-A co z Twoimi marzeniami? - nie dawała za wygraną - Przecież tak bardzo chciałeś TAM dotrzeć!
-Jakie kurwa moje marzenia?! To ty mnie do tego namówiłaś! Ty wskazałaś mi cel, ty mi dałaś to marzenie. To przez ciebie teraz tu jesteśmy, to przez ciebie tu zdechniemy! – pretensje wylewały się z niego wartkim, szerokim strumieniem - Boże jak ja przeklinam dzień, w którym cię poznałem…
   Z jego oczu sypały się iskry jawnej nienawiści. Ale nawet ten wybuch wrogości nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Wciąż kąciki jej ust topiły się w policzkach tworząc najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział. W ogóle jej uroda była absolutna, zdawała się lśnić niczym najdoskonalszy brylant, nie mógł temu zaprzeczyć nawet w takiej sytuacji.
- Nie zapominaj, że dzięki temu marzeniu Twoje życie nabrało kolorów. Odnalazłeś w nim sens. Obudziła się w Tobie radość i szczęście. Tak bardzo przecież tego potrzebowałeś, każdy tego potrzebuje.
   Owszem, musiał przyznać w duchu, że była to 24 karatowa prawda. Ale jakie to ma teraz znaczenie? To już koniec. Ślepa uliczka. Wydał z siebie tylko ciche westchnienie. Przynajmniej tak wywnioskowała dziewczyna, bo w tych warunkach ciężko było to stwierdzić.
- No ruszaj to dupsko! - rozkazała mu, przybierając udawaną surową minę  - Natychmiast. Bo z każdą chwilą szanse na to, że wstaniesz są coraz mniejsze. Już teraz wyglądasz jak bałwan. Albo wręcz jak spuchnięta pieczarka.
- Za późno… Straciłem już czucie w nogach - odpowiedział, tym razem już bez złości. Miejsce gniewu zastąpiła apatia. I bardzo dobrze się z tym czuł. Apatia… to taki przyjemny stan. Powoli czuł jak osuwa się w błogą nicość.
- Pieprzysz głupoty, nigdy nie jest za późno - złapała go i przy użyciu całej swojej siły zarzuciła na barki - Wiesz, zawsze mogłoby być gorzej. Na przykład mogłaby z nieba rozlec się muzyka Feela. Albo mógłby zaatakować nas Lord Vader. Nie ma wśród nas wiecznie zrzędzącego Sida. Słońce nie świeci w oczy. Śnieg mógłby parzyć. A on tylko mrozi, to miło z jego strony, prawda? - wymieniała ledwo łapiąc oddech.
   Jednak dźwiganie kogoś komu ciąży własne ego to trudne zadanie. Nie zaszła za daleko. Potykając się raz po raz ostatecznie spotkała swój koniec w lodowatym puchu. Chciała się jeszcze czołgać dalej, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Poza tym chłopak i tak już nie żył, więc nie było nawet po co. Czasami nawet niezachwiana determinacja to za mało. Nie… chcieć wcale nie znaczy móc. Resztką siły przewróciła się na plecy i obserwowała przysypujące ich płatki śniegu. Były takie piękne, tak pięknie się prezentowały. Po czym świat ogarnął mrok. Nadzieja umiera ostatnia.


  Szum fal jest taki cudowny. Działa wyciszająco, kojąco. Na brzegu stała matka z dzieckiem obserwująca morze skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Widok przygniatający swoim majestatem. Połyskujące refleksy światła na wzburzonej tafli wody miały w sobie magiczny urok. Wywoływały nostalgię. Kobieta patrzyła przed siebie nieprzytomnie zanurzona w myślach. Z odrętwienia wyrwało ją dziecko.
-Wiesz mama? Dziwne są te fale… Przychodzą, rzucając na brzeg co popadnie. A potem odchodzą i zabierają. Nigdy nie zostają na dłużej. Zupełnie ich nie rozumiem – zakończyło z westchnieniem.
- Ja też nie –odparła jakby nieświadomie. - Z nimi trochę jest jak z nadziejami. Płonne. A czasem przychodzi taka jedna wielka fala, by Cię porwać i zgubić – powiedziała po krótkiej pauzie i ruszyła w drogę powrotną.
 Dziecko się zasępiło. Spojrzało jeszcze ostatni raz na malutki rąbek wystającego zza horyzontu jarzącego się okręgu, po czym odwróciło się. Nagle ogarnęło je poczucie pustki. Z nieznanych przyczyn poczuło jakby to był zachód ostateczny, jakby słońce miało już nigdy nie wzejść. Ale morze… morze zawsze będzie szumieć. Stety, czy niestety, fale nigdy nie znikną.

czwartek, 2 grudnia 2010

Kuriozum w śniegu ukryte


   Ha! Dobre, nie? Jeszcze kilka dni temu siedziałem spokojnie na balkonie opalając się w najlepsze. A dzisiaj? Dzisiaj mam tyle śniegu, że mógłbym otworzyć wesołe miasteczko dla Eskimosów. Zima w końcu sobie przypomniała, że Polakom trzeba złożyć wizytę. Oczywiście jak każdy normalny człowiek zimy nie znoszę. Byle do wiosny, byle do wiosny!
   Ale nie traćmy obiektywizmu. Zima ma swoje zalety. Świat teraz wygląda jak z bajki. No może nie z takiej bajki jaką najbardziej lubię, ale wciąż jednak jest baśniowo. Co najważniejsze zima nierozerwalnie kojarzy mi się z dzieciństwem. A dzieciństwo to fenomenalna sprawa. Chętnie bym je powtórzył. Ah te czasy kiedy wszystko wydawało się takie niezrozumiałe, a przez to niezwykle intrygujące i pociągające. Na potęgę święcie kruchego Tosta! Wszystko, naprawdę wszystko było wciągające. Teraz już dużo mniej w życiu zaskakuje, mało rzeczy tak prawdziwie zachwyca. Za to coraz więcej pojawia się schematów, rutyna coraz bardziej wdziera się w życie. Coś z tym muszę dokonać. No a już oczywiście nie wspominam o tej beztrosce, która towarzyszy początkowemu okresowi życia. Pff, kiedyś to były problemy. Tragedia, bo kredka się złamała, albo resorak porysował.
  Ale wracając do niezwykłości rzeczy, których doświadczanie jest moim zdaniem kwintesencją życia. Kiedyś w dawnych, zamierzchłych czasach, których już pewnie nie pamiętacie, żył sobie Aleksander Wielki, któremu ochota na podbicie Persji przyszła. I gdy ów ziomek z wojskami nieprzyjacielskimi się ścierał, natknął się pierwszy raz na słonia, którego Persowie w zastępstwie za konia używali. Biedny Aleksander, solidarnie ze swoimi żołnierzami, wpadł wtedy w popłoch, bo dla niego był to demon  z najgłębszych czeluści piekielnych. Rozumiecie? Cała armia wpada w popłoch na widok słonia… Ale na pewno też byli nim zafascynowani i to jest cool. Coś się przynajmniej dzieje, nie? Dziś to niestety nie możliwe, dziś słonie już nie straszą. Ba, nawet dowcipy się o nich wymyśla.
   W dawnych czasach były sobie wioski. W wioskach byli poszukiwacze przygód, którzy wyruszali w długą podróż, czasami nawet nie wracali. No dobra, pewnie często nie wracali. Ale jak wrócili to zbierały się dookoła nich tłumy i słuchały opowieści o świecie. I wyobrażały sobie jak ten nieznany ląd wygląda. Ile niespodzianek, ile skarbów, ile niesłychanych doświadczeń można doznać.  Bo jak czegoś nie znamy to możemy w tym pokładać nadzieje. Oczywiście, dzisiaj też sobie można podróżować. Ale to nie to samo. Życie naszych przodków opierało się na wierze i wyobraźni, a nasze opiera się na wiedzy. A wiedza ma stanowczo za dużo wspólnego z rzeczywistością, która stała się już trochę za banalna i oklepana. No dobra wystarczy już tego mojego zrzędzenia. Kropka.
  PS. Powołałem dziś do życia Śnieżnego Żółwia na dachu samochodu mojego brata. Mam nadzieję, że się ucieszy. Brat, że się ucieszy. Bo żółw to w ogóle jest szczęśliwy. Brat sam twierdził, że jego samochód jest w kolorze Adriatyku, więc żółw szybko się odnalazł w tym miejscu. A bo zapomniałem wspomnieć, że to jest Morski Żółw Śnieżny. Dosyć! Ehh, ociekam infantylnością…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...