Ha! Dobre, nie? Jeszcze kilka dni temu siedziałem spokojnie na balkonie opalając się w najlepsze. A dzisiaj? Dzisiaj mam tyle śniegu, że mógłbym otworzyć wesołe miasteczko dla Eskimosów. Zima w końcu sobie przypomniała, że Polakom trzeba złożyć wizytę. Oczywiście jak każdy normalny człowiek zimy nie znoszę. Byle do wiosny, byle do wiosny!
Ale nie traćmy obiektywizmu. Zima ma swoje zalety. Świat teraz wygląda jak z bajki. No może nie z takiej bajki jaką najbardziej lubię, ale wciąż jednak jest baśniowo. Co najważniejsze zima nierozerwalnie kojarzy mi się z dzieciństwem. A dzieciństwo to fenomenalna sprawa. Chętnie bym je powtórzył. Ah te czasy kiedy wszystko wydawało się takie niezrozumiałe, a przez to niezwykle intrygujące i pociągające. Na potęgę święcie kruchego Tosta! Wszystko, naprawdę wszystko było wciągające. Teraz już dużo mniej w życiu zaskakuje, mało rzeczy tak prawdziwie zachwyca. Za to coraz więcej pojawia się schematów, rutyna coraz bardziej wdziera się w życie. Coś z tym muszę dokonać. No a już oczywiście nie wspominam o tej beztrosce, która towarzyszy początkowemu okresowi życia. Pff, kiedyś to były problemy. Tragedia, bo kredka się złamała, albo resorak porysował.
Ale wracając do niezwykłości rzeczy, których doświadczanie jest moim zdaniem kwintesencją życia. Kiedyś w dawnych, zamierzchłych czasach, których już pewnie nie pamiętacie, żył sobie Aleksander Wielki, któremu ochota na podbicie Persji przyszła. I gdy ów ziomek z wojskami nieprzyjacielskimi się ścierał, natknął się pierwszy raz na słonia, którego Persowie w zastępstwie za konia używali. Biedny Aleksander, solidarnie ze swoimi żołnierzami, wpadł wtedy w popłoch, bo dla niego był to demon z najgłębszych czeluści piekielnych. Rozumiecie? Cała armia wpada w popłoch na widok słonia… Ale na pewno też byli nim zafascynowani i to jest cool. Coś się przynajmniej dzieje, nie? Dziś to niestety nie możliwe, dziś słonie już nie straszą. Ba, nawet dowcipy się o nich wymyśla.
W dawnych czasach były sobie wioski. W wioskach byli poszukiwacze przygód, którzy wyruszali w długą podróż, czasami nawet nie wracali. No dobra, pewnie często nie wracali. Ale jak wrócili to zbierały się dookoła nich tłumy i słuchały opowieści o świecie. I wyobrażały sobie jak ten nieznany ląd wygląda. Ile niespodzianek, ile skarbów, ile niesłychanych doświadczeń można doznać. Bo jak czegoś nie znamy to możemy w tym pokładać nadzieje. Oczywiście, dzisiaj też sobie można podróżować. Ale to nie to samo. Życie naszych przodków opierało się na wierze i wyobraźni, a nasze opiera się na wiedzy. A wiedza ma stanowczo za dużo wspólnego z rzeczywistością, która stała się już trochę za banalna i oklepana. No dobra wystarczy już tego mojego zrzędzenia. Kropka.
PS. Powołałem dziś do życia Śnieżnego Żółwia na dachu samochodu mojego brata. Mam nadzieję, że się ucieszy. Brat, że się ucieszy. Bo żółw to w ogóle jest szczęśliwy. Brat sam twierdził, że jego samochód jest w kolorze Adriatyku, więc żółw szybko się odnalazł w tym miejscu. A bo zapomniałem wspomnieć, że to jest Morski Żółw Śnieżny. Dosyć! Ehh, ociekam infantylnością…
Ale nie traćmy obiektywizmu. Zima ma swoje zalety. Świat teraz wygląda jak z bajki. No może nie z takiej bajki jaką najbardziej lubię, ale wciąż jednak jest baśniowo. Co najważniejsze zima nierozerwalnie kojarzy mi się z dzieciństwem. A dzieciństwo to fenomenalna sprawa. Chętnie bym je powtórzył. Ah te czasy kiedy wszystko wydawało się takie niezrozumiałe, a przez to niezwykle intrygujące i pociągające. Na potęgę święcie kruchego Tosta! Wszystko, naprawdę wszystko było wciągające. Teraz już dużo mniej w życiu zaskakuje, mało rzeczy tak prawdziwie zachwyca. Za to coraz więcej pojawia się schematów, rutyna coraz bardziej wdziera się w życie. Coś z tym muszę dokonać. No a już oczywiście nie wspominam o tej beztrosce, która towarzyszy początkowemu okresowi życia. Pff, kiedyś to były problemy. Tragedia, bo kredka się złamała, albo resorak porysował.
Ale wracając do niezwykłości rzeczy, których doświadczanie jest moim zdaniem kwintesencją życia. Kiedyś w dawnych, zamierzchłych czasach, których już pewnie nie pamiętacie, żył sobie Aleksander Wielki, któremu ochota na podbicie Persji przyszła. I gdy ów ziomek z wojskami nieprzyjacielskimi się ścierał, natknął się pierwszy raz na słonia, którego Persowie w zastępstwie za konia używali. Biedny Aleksander, solidarnie ze swoimi żołnierzami, wpadł wtedy w popłoch, bo dla niego był to demon z najgłębszych czeluści piekielnych. Rozumiecie? Cała armia wpada w popłoch na widok słonia… Ale na pewno też byli nim zafascynowani i to jest cool. Coś się przynajmniej dzieje, nie? Dziś to niestety nie możliwe, dziś słonie już nie straszą. Ba, nawet dowcipy się o nich wymyśla.
W dawnych czasach były sobie wioski. W wioskach byli poszukiwacze przygód, którzy wyruszali w długą podróż, czasami nawet nie wracali. No dobra, pewnie często nie wracali. Ale jak wrócili to zbierały się dookoła nich tłumy i słuchały opowieści o świecie. I wyobrażały sobie jak ten nieznany ląd wygląda. Ile niespodzianek, ile skarbów, ile niesłychanych doświadczeń można doznać. Bo jak czegoś nie znamy to możemy w tym pokładać nadzieje. Oczywiście, dzisiaj też sobie można podróżować. Ale to nie to samo. Życie naszych przodków opierało się na wierze i wyobraźni, a nasze opiera się na wiedzy. A wiedza ma stanowczo za dużo wspólnego z rzeczywistością, która stała się już trochę za banalna i oklepana. No dobra wystarczy już tego mojego zrzędzenia. Kropka.
PS. Powołałem dziś do życia Śnieżnego Żółwia na dachu samochodu mojego brata. Mam nadzieję, że się ucieszy. Brat, że się ucieszy. Bo żółw to w ogóle jest szczęśliwy. Brat sam twierdził, że jego samochód jest w kolorze Adriatyku, więc żółw szybko się odnalazł w tym miejscu. A bo zapomniałem wspomnieć, że to jest Morski Żółw Śnieżny. Dosyć! Ehh, ociekam infantylnością…


