czwartek, 2 grudnia 2010

Kuriozum w śniegu ukryte


   Ha! Dobre, nie? Jeszcze kilka dni temu siedziałem spokojnie na balkonie opalając się w najlepsze. A dzisiaj? Dzisiaj mam tyle śniegu, że mógłbym otworzyć wesołe miasteczko dla Eskimosów. Zima w końcu sobie przypomniała, że Polakom trzeba złożyć wizytę. Oczywiście jak każdy normalny człowiek zimy nie znoszę. Byle do wiosny, byle do wiosny!
   Ale nie traćmy obiektywizmu. Zima ma swoje zalety. Świat teraz wygląda jak z bajki. No może nie z takiej bajki jaką najbardziej lubię, ale wciąż jednak jest baśniowo. Co najważniejsze zima nierozerwalnie kojarzy mi się z dzieciństwem. A dzieciństwo to fenomenalna sprawa. Chętnie bym je powtórzył. Ah te czasy kiedy wszystko wydawało się takie niezrozumiałe, a przez to niezwykle intrygujące i pociągające. Na potęgę święcie kruchego Tosta! Wszystko, naprawdę wszystko było wciągające. Teraz już dużo mniej w życiu zaskakuje, mało rzeczy tak prawdziwie zachwyca. Za to coraz więcej pojawia się schematów, rutyna coraz bardziej wdziera się w życie. Coś z tym muszę dokonać. No a już oczywiście nie wspominam o tej beztrosce, która towarzyszy początkowemu okresowi życia. Pff, kiedyś to były problemy. Tragedia, bo kredka się złamała, albo resorak porysował.
  Ale wracając do niezwykłości rzeczy, których doświadczanie jest moim zdaniem kwintesencją życia. Kiedyś w dawnych, zamierzchłych czasach, których już pewnie nie pamiętacie, żył sobie Aleksander Wielki, któremu ochota na podbicie Persji przyszła. I gdy ów ziomek z wojskami nieprzyjacielskimi się ścierał, natknął się pierwszy raz na słonia, którego Persowie w zastępstwie za konia używali. Biedny Aleksander, solidarnie ze swoimi żołnierzami, wpadł wtedy w popłoch, bo dla niego był to demon  z najgłębszych czeluści piekielnych. Rozumiecie? Cała armia wpada w popłoch na widok słonia… Ale na pewno też byli nim zafascynowani i to jest cool. Coś się przynajmniej dzieje, nie? Dziś to niestety nie możliwe, dziś słonie już nie straszą. Ba, nawet dowcipy się o nich wymyśla.
   W dawnych czasach były sobie wioski. W wioskach byli poszukiwacze przygód, którzy wyruszali w długą podróż, czasami nawet nie wracali. No dobra, pewnie często nie wracali. Ale jak wrócili to zbierały się dookoła nich tłumy i słuchały opowieści o świecie. I wyobrażały sobie jak ten nieznany ląd wygląda. Ile niespodzianek, ile skarbów, ile niesłychanych doświadczeń można doznać.  Bo jak czegoś nie znamy to możemy w tym pokładać nadzieje. Oczywiście, dzisiaj też sobie można podróżować. Ale to nie to samo. Życie naszych przodków opierało się na wierze i wyobraźni, a nasze opiera się na wiedzy. A wiedza ma stanowczo za dużo wspólnego z rzeczywistością, która stała się już trochę za banalna i oklepana. No dobra wystarczy już tego mojego zrzędzenia. Kropka.
  PS. Powołałem dziś do życia Śnieżnego Żółwia na dachu samochodu mojego brata. Mam nadzieję, że się ucieszy. Brat, że się ucieszy. Bo żółw to w ogóle jest szczęśliwy. Brat sam twierdził, że jego samochód jest w kolorze Adriatyku, więc żółw szybko się odnalazł w tym miejscu. A bo zapomniałem wspomnieć, że to jest Morski Żółw Śnieżny. Dosyć! Ehh, ociekam infantylnością…

wtorek, 30 listopada 2010

Porozmawiajmy o uprawianiu pieniędzy. Trójpolówka? A może giełda?


   Uwaga! Dużo tekstu, ten post jest tylko dla ludzi zdesperowanych, albo śmiertelnie znudzonych, których znudzić się już bardziej nie da.
   Jakiś czas temu na naszym wydziale miał miejsce panel dyskusyjny. W sensie, że zjechały się grube ryby i zaczęły dyskutować na temat prywatyzacji Giełdy Papierów Wartościowych (GPW). Jeżeli ktoś byłby zainteresowany to zawieszam tutaj sprawozdanie z tego wydarzenia. (No a nuż, ktoś będzie zainteresowany? Nigdy nie wiadomo). Poza tym mam taki kaprys. I oczywiście nie podejrzewajcie mnie, że nie mam co robić tylko chodzić na takie debaty a potem pisać z nich głupie sprawozdania. Zostaliśmy po prostu zmuszeni, aby iść na aulę i słuchać tych ludzi, a napisanie raportu automatycznie stało się naszą pracą domową. Przysięgam, że wolę już pobawić się z moim kotem (czytaj: dać się przerobić na kiełbasę). Do rzeczy:
   To był 28 października. I mimo, że był to dzień przez kalendarz określony, popularnym skąd innąd wśród dni, imieniem „czwartek” wydawało się, że będzie to dzień taki jak każdy inny. Jednak nie był. Gdzieś w okolicy samego południa, na horyzoncie pojawiło się czarne BMW, które sunąc dostojnie po ekskluzywnym chodniku Wydziału Zarządzania, z gracją niczym piękny, lśniący jaguar, zmierzało w stronę Auli A. Niestety, nie udało się dojechać bezpośrednio do auli, gdyż pojawiła się nie do przebrnięcia przeszkoda w postaci schodów i cały misterny plan wzięli diabli. Dalej czcigodna załoga czarnego BMW, będąca tym składem, który miał wziąć udział w debacie, została zmuszona iść na piechotę. Upokarzające! A w ogóle to jak w samochodzie, którego cena w momencie zakupu zapewne lekką ręką przekroczyła 200tys polskich, powtarzam polskich złotych, nikt nie kwapił się, żeby dołożyć 3tys polskich złotych i założyć alufelgi? Przecież to BMW w tych kołpakach wyglądało jak lew w bamboszach.
   Ale, ale o to już akcja zaczyna się dziać na auli. Mikrofon przejmuje Pan dr Wiesław Rozłucki, pierwszy Prezes GPW w Warszawie i serwuje nam niezwykle wciągający niemalże jak czarna dziura wykład na temat jak to kiedyś nasza polska giełda przeżywała problemy emocjonalne, wynikające z faktu, że nikt nie wierzył w jej sukces. W tym momencie giełda czeska rozrastała się niczym kapusta karmiona najwyższej jakości niemieckimi nawozami. Liczba spółek indeksowanych tamże szła już na tysiące. Na warszawskiej giełdzie spółek była garstka, bo tylko 16. Taki stan rzeczy spowodowany był przez narzucenie wysokich barier dla spółek, które pragnęły zostać wpisane na indeks. Bo liczy się jakość a nie ilość. Mimo to, przez moment sam dr Wiesław Rozłucki miał dylematy i zwątpienia, czy owe wymagania nie są za wysokie i czy nie przyczynią się do upadku giełdy. Jak widać w obliczu szerzącego się defetyzmu nawet wybitnym jednostkom się to zdarza. Ale giełda nie powiedziała ostatniego słowa! Osamotniona w walce o koronę giełd europy środkowo-wschodniej nigdy się nie poddała, po to by ostatecznie, ku radości wielu znakomitości, odnieść światowy sukces. Dzisiaj już nikt nie śmie jej ignorować, a z potężnej niegdyś giełdy czeskiej zostały ruiny. Ale Czesi się nie martwią. Przecież i tak majątek najbogatszego Czecha jest warty tyle co majątki 4 najbogatszych Polaków razem wzięte.
   Koniec wykładu. Przechodzimy do sedna, oto zaczyna się debata. Pan prof. dr hab. Alojzy Z. Nowak, Dziekan Świetlanego Wydziału Zarządzania rzuca żartami na prawo i lewo, jak z rękawa. Ludzie się głowią, jak wielką pojemność ma ten rękaw, ale nikt tego nie wie. W każdym razie każdy chciałby taki rękaw mieć. Po obfitej porcji żartów, w prawdziwie epickim stylu, Pan Dziekan przedstawił ekipę, która do debaty przystąpi:
-Pan Aleksander Grad, Minister Skarbu Państwa, wszechmocnej Polski
-Pan dr Wiesław Rozłucki, pierwszy Prezes GPW w Warszawie(żeby było wiadomo, że nie chodzi o tą GPW w Pęcicach Małych).
-Pan Ludwik Sobolewski, N-ty Prezes Giełdy Papierów Wartościowych, który nie był z nami ciałem, ale na szczęście był telewizorem,
-Pan prof. dr hab. Alojzy Z. Nowak, Dziekan Świetlanego Wydziału Zarządzania
W roli moderatora wystąpił Pan Grzegorz Cydejko, który wyglądał nieco jakby dopiero co udało mu się wyjść z maselniczki. Brakowało mu tylko szelek, aby wyglądał jak pierwsi amerykańscy maklerzy.
Oczywiście nikt nikomu nie szczędził grzeczności, zaiste pochwały lały się hektolitrami.
   Dyskusja się zaczęła. Pan Cydejko z wielkimi emocjami wypowiadał się na temat liczby osób, które zapisały się na zakup akcji GPW(w tym momencie Pan Aleksander Grad radośnie uśmiechał się pod nosem). Liczba ta sięgnęła astronomicznych pułapów to jest 321tys, ale po korekcji okazało się, że tylko 308tys. Te liczby zdawały się wzbudzać naprawdę ogromne emocje i powodowały wypieki na twarzy nie tylko Pana Cydejko. Ah ta magia liczb. Jak to mówił Mały Książe, dla dorosłych liczby zawsze miały największe znaczenie. I ogólnie dookoła tego skupiała się cała dyskusja. Tzn. dookoła prywatyzacji GPW, nie dookoła Małego Księcia niestety. Oczywiście uczestnicy debaty, gorrrąco namawiali do wzięcia udziału w Akcjonariacie Obywatelskim. Tylko po co? Przecież większość indywidualnych inwestorów to mięso armatnie. Dokładają kasy do puli, którą zgarniają i tak starzy wyjadacze. A do tego indywidualni inwestorzy robią apokaliptyczny bajzel. To przez nich wyceny rynków odrywają się od fundamentów. Przychodzą tacy kierujący się emocjami spekulanci i świat staje na głowie. A później zdziwienie, że kryzys jest. Za dużo ludzi traktuje giełdę jak hazard… Na koniec był jeszcze czas na pytania od publiczności, który tchnął trochę życia w tą sztampową szopkę i *dryyńń* dzwonek, aula zaczęła pustoszeć.
    Ale ogólnie było miło. Ulotki były fajne. I ta płyta! Taka okrągła i błyszcząca, mieniąca się kolorami tęczy. Cudo, zawiesiłem sobie na lusterku w samochodzie, lepszej pamiątki nie mogli dodać. Dziękuje.

PS. O Małym Księciu będę kiedyś musiał napisać. Naprawdę równy z niego gość.

niedziela, 21 listopada 2010

I przyszła. A imię jej będzie Buba.


   Uwaga! Poniższy materiał zawiera treści nawołujące do agresji i zawiera bardziej niż śladowe ilości rasizmu i nietolerancji wobec kotów. Skrajnym wielbicielom tego gatunku o słabszych nerwach nie zaleca się lektury poniższego tekstu.

   Minął już jakiś czas od kiedy czarny, nieogarnięty zwierz w pudełku, prześmiewczo zwany kotem, przekroczył próg naszego domu. Po wielu nieprzespanych nocach i wielu dyskusjach, po miejmy nadzieję udanej próbie oszacowania płci, owo coś zostało ochrzczone imieniem Buba(bzdurne imię moim zdaniem, nawet jak na kota…). Buba okazała się być niezwykle uzdolnioną kotką, swoją intuicją przerastająca nawet starszyznę wśród delfinów. W błyskawicznym tempie nauczyła się gdzie jest miska, jak używać pazurów oraz że spanie to najlepszy sposób na spędzenie dnia.
   Dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości, że Buba jest dzika, bo niemal natychmiastowo pojawiły się u niej objawy ADHD. Wszyscy żyjemy sterroryzowani. Po powrocie każdy z nas próbuje bezszelestnie, starając się nie obudzić Buby, dostać się do swojego pokoju poczym zamknąć na trzy spusty i modlić się, że Buba nie wyważy drzwi. Zdarza się, że głodujemy przez parę dni, jeżeli Buba okupuje lodówkę. Jako że w takim razie jestem odizolowany od świata mam dużo czasu do myślenia. Dzięki temu po dogłębnej analizie postawiłem diagnozę. Buba cierpi na schizofrenię. Albo wciąga za dużo kocimiętki. W każdym razie ubzdurała sobie, że wszystko dosłownie wszystko czy rusza się czy nie, jest gotowe w każdej chwili ją zaatakować. W związku z tym, że wyznaje zasadę, że najlepszą formą obrony jest atak, stała się największym agresorem XXI wieku. Implikuje to nie tylko niebezpieczeństwo dla nas, ale również dla niej samej, gdy z całym impetem rzuca się na nogę od stołu. Inna teoria jest taka, że jest to po prostu wcielenie Hannibala Lectera.
   Już myślałem nawet, żeby skorzystać z usług psa-porywacza albo nawet zabrać Bubę na spacer do Wólki Kosowskiej czy jakiegoś innego Chinatown. Mama jednak wpadła na inny pomysł. Pomysł ciężkiego kalibru. I tak oto złożył nam wizytę w domu Pogromca Kotów i przyciął Bubie pazury. No i jak zwykła mnie ta kocia wkurzać to tak teraz mi się jej żal zrobiło. Bo widzicie kot bez pazurów to już nie kot. Bliżej mu do foki albo kakadu. Uważam, że to najbardziej uwłaczająca rzecz jaka mogła Bubę spotkać. Każdy z nas chyba miał kiedyś podcięte skrzydła, nie? Bubie przynajmniej pazury odrosną, mi skrzydła nie, ale tak czy inaczej łączę się z nią w bólu. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia jak Buba chciała się mi wdrapać po ciuchach na szyję, gdy robiłem se Tosta. Tym razem jej próba zwyczajnie zakończyła się fiaskiem. I tak siedzi i się lampi na mnie, a w jej oczach maluje się niezrozumienie, co właściwie się stało? Bo przecież jak dotąd wdrapywanie się to była bułka z masłem. Nie wiem jak ona sobie z tym poradzi, chyba niezbędna okaże się wizyta u kociego psychologa. Tak czy inaczej niedługo pazury jej odrosną i znowu będziemy żyć w strachu i niepewności o jutrzejszy dzień.
PS. Ten głupi kot mnie ciągle śledzi! A jak się odwracam to jej mina mówi „Nie śledzę cię, po prostu szłam w tym samym kierunku. Zbieg okoliczności, jesteś przewrażliwiony. Nerwosol?”. Ale po oczach widzę, że patrzy na mnie jak na mysz… Rany mam nadzieję, że nie przeczyta tego posta, bo mi poprzegryza kable od kompa. Ba, oby tylko to…
   Wiadomość z ostatniej chwili! Imię Buba jest już nieaktualne. Kocica na chwilę obecną wabić się będzie Figa, ale nikt nie wie jak długo to potrwa.

piątek, 19 listopada 2010

Landrynkowe skutki zamułki...


   Po blogach od jakiegoś czasu rozprzestrzenia się pewna gra, czy może łańcuszek, zbierająca swoje krwawe żniwo, a polegająca na wymienieniu 10 rzeczy, które najbardziej się lubi. Nigdy nie wypowiadałem się pochlebnie na temat podobnych inicjatyw i wciąż uznaję je za infantylne. W końcu jednak na przekór zdrowemu rozsądkowi uległem i postanowiłem przystąpić do tej szalonej fanaberii.
   Ogólnie to uważam, że los na przestrzeni mojego życia nieustannie rzucał mi kłody pod nogi i to takie, które ciężko przeskoczyć lub ominąć. Wykorzystał każdą okazję, żeby dać mi w kość, zupełnie ignorując zasadę, że leżącego się nie kopie. Natomiast miałem niezwykłe szczęście do ludzi. Wygląda to trochę tak jakby los chciał mi zadośćuczynić za wyrządzone krzywdy. I spisał się tu wyśmienicie za co jestem niezmiernie wdzięczny. Dlatego moja lista wygląda następująco:
-Przede wszystkim lubię Justynę, przy której po prostu czuję się dobrze. Poza tym imponuje mi swoją dojrzałością i usilnym dążeniem do realizacji marzeń.
-Lubię Magdę, właściwie za to że w ogóle jest i nieźle wycina na pianinie. Niezastąpiona kompania, dzięki której żaden wykład nie jest nudny.
-Lubię również inną Justynę, bo jest atrakcyjna. No i za uśmiech i pozytywne nastawienie do życia też trochę.
-Lubię Agatę za trzeźwe spojrzenie na świat, interesujące rozmowy i za to, że jest osobą po której najmniej spodziewam się zawodu.
-Lubię Asię za żywiołowość, błyskotliwe poczucie humoru i za to, że często zdaje się mówić co myśli.
-Lubię Tomka za to, że można przy nim się czuć swobodnie nie przywdziewając żadnej maski.
-Lubię Piotrka za jego wariacką pomysłowość i dar wywoływania szczerego uśmiechu nawet wśród obcych ludzi.
-Lubię Łukasza za wyrozumiałość i za to, że zawsze jest gotowy biec z pomocą,
-Lubię Karola, którego podziwiam za genialny umysł, bezgraniczną kreatywność i niezachwianą determinację do osiągania celów. Zdecydowanie najbardziej wartościowa osoba jaką poznałem.
-Lubię całą resztę osób na których miejsca nie starczyło…
I to na tyle.
   Zapewne chmara ludzi stwierdzi, że stężenie wazeliny w powietrzu przekroczyło wartość krytyczną.  Że czas zmienić tło bloga na różowe albo, że od tych lukierkowości zrobiło im się niedobrze. I być może faktycznie mają rację, a ja pożałuję, że w przypływie melancholii coś takiego wydukałem.
Trudno

niedziela, 14 listopada 2010

Gdzieś tutaj musi być źle dokręcona śrubka!

    O o… zdaje się, że minęła dłuższa chwilka odkąd coś napisałem. Czas dalej nie odpuszcza i biegnie na złamanie karku. Nie będę już tego komentował ani mówił jak bardzo mnie to irytuje. Mam mgliste przeczucie, że czas i tak nie dba o to co o nim myślę.
    Do rzeczy.
    Nikt nie jest nieomylny – błędy zdarzają się każdemu.  Nawet Matce Naturze w tym roku przytrafiła się wpadka. Wygląda na to, że zupełnie poplątały się jej pory roku i zamiast przedsionka zimy zwanego jesienią, zaserwowała nam wiosnę. Zapewnie niedługo się skapnie, że coś w trawie znowu piszczy i skoryguje swój błąd. Ale póki co cieszmy się tym co jest.
    Problem w tym, że jeżeli nawet nieomylna przyroda się może mylić to co z człowiekiem, który nieomylny nie jest? Właściwie to jest wręcz omylny. Jak już pisałem, większość naszych decyzji okazuje się być chybiona i niewłaściwa. W zaistniałej sytuacji uważam, że to jest jakaś kpina, żeby jeden błąd mógł zrujnować całe życie. Pójdę nawet dalej. Uważam, że to kpina, żebyśmy mieli tylko jedno życie. Nie może być tak ciężko, to nie fair. Ja się pytam gdzie jest tryb „początkujący”? No przecież to dopiero moje pierwsze życie, dopiero raczkuję, nie mam jeszcze wprawy. Skąd mam wiedzieć o co w tym życiu tak naprawdę chodzi? Nie było nawet żadnego głupiego samouczka. Po prostu rodzisz się i masz: żyj. Przydały by się jeszcze jakieś cheaty. Na przykład kod na zwiększenie kreatywności. A już w ogóle nieodzowna jest opcja „zapisz”! Np. wchodzisz sobie do jakiejś ekskluzywnej kawiarenki dajmy na to Coffe Heaven i widzisz atrakcyjną dziewczynę. Zapisujesz życie i idzisz do niej ze znanym i lubianym ostatnio tekstem „Masz oczy w kolorze mojego Porsche”. /plask/* Ups, w wyniku tajemniczych okoliczności dostałeś z liścia. Nic nie szkodzi, przecież możesz wczytać poprzedni stan życia i spróbować użyć innego zniewalającego tekstu.
    I tak to wszystko powinno wyglądać. Mam nadzieję, że gdy pojawi się nowa wersja życia to te bugi zostaną wyeliminowane. Bo to co teraz mamy to bardziej przypomina wersję alpha, naprawdę niedopracowany produkt. Jedynie grafika jest ładna i muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie życia w wielkim mieście z dala od przyrody.
 *Oczywiście agresywna reakcja dziewczyny na tekst z Porsche jest czysto teoretyczna. W praktyce nigdy nie występuje. Przecież każdy wie, że jeżeli podniesie rękę na właściciela samochodu tej marki, to w ciągu 3 mrugnięć okiem uschnie mu ręka.

wtorek, 5 października 2010

Kurs jak po torze


   Piękny dzień. Na słońcu chyba była dostawa węgla, bo grzeje pełną parą. Bezchmurne niebo zdaje się to podkreślać. Albo raczej gdyby było chmurne to by zasłaniało ten fakt. Dom opustoszały zawierający tylko moją półżywą zombi-osobę. Gdzieś z oddali dochodzi głos dzwoneczków. Takich chińskich, co to dyndają na wietrze wydając metaliczne dźwięki.  A że wiatr dziś hula to i dzwoneczki ochoczo koncertują. Wszystko to buduje jakiś taki śniony, bajeczny, a zarazem zwiastujący nieszczęście nastrój. Nie zważałem na to jednak i dzielnie udałem się schodami w dół w kierunku kuchni w celu przygotowania Tosta. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wyjrzałem za okno. Tam doszło do katastrofy. Kwiatek wspólnie z doniczką leżał przewrócony. Leżał wśród róż. Przegrał batalię z tym drańskim wiatrem. Przed oczami stanęła mi dramatyczna scena, Kwiat bohatersko mocuje się z Wiatrem, raz szala zwycięstwa przychyla się na jedną stronę raz na drugą. Róże oglądają całe zajście z rosnącym niepokojem. Nagle Wiatr dokonuje podstępnego ataku plecami, zadaje decydujący cios i wywala Kwiata. Róże lamentują, chcą biec na pomoc. Ale są zakopane, więc nie mogą biec. Logiczne.
   No i? No i że czasami tak bywa z ludźmi, nie? Mamy jakieś poglądy, myślimy że będziemy im wierni do końca. Dostajemy się w złe towarzystwo, dajemy się ponieść nurtowi i bach, koniec.
Albo walczymy z przeciwnościami losu, powoli zaczyna nam brakować sił i bach, popełniamy samobójstwo. Podobno co 40 sekund na świecie ktoś się targa na swoje życie.
Albo postanawiamy coś zrobić, coś konstruktywnego i wymagającego. Ale zalewna nas fala pomysłów na spędzenie czasu w jakiś niekonstruktywny sposób, ale za to przyjemny. Dajemy się ponieść fali i bach! Nie udało się, znowu.
   Recepta? Potrzebujemy dobrej kotwicy. Nie za ciężkiej, żebyśmy mogli ją dźwigać i nie za lekkiej, żeby dawała nam potrzebne wsparcie. Co jest taką kotwicą? My, nasz charakter, siła woli. Łatwo mówić. Oddałbym wszystko, aby tylko mieć żelazną wolę.

środa, 15 września 2010

Przełom w dziedzinie nauczania.

Drodzy Studenci
Życie opiera się na podejmowaniu decyzji. Niestety, jak wskazują badania, większość naszych wyborów okazuje się nietrafna bądź chybiona. Bądź nietrafna i chybiona zarazem. Czasami nawet błędna. Czas z tym skończyć! Ile razy pluliście sobie w brodę, ponieważ postanowiliście zostać na rujnująco nudnym wykładzie? Ale nieważne. To już przeszłość, bo pojawiło się nowe narzędzie, które pozwoli uniknąć wam tych bolesnych pomyłek. Przed wami WOSPW2010! (wzór na obliczanie szansy przeżycia wykładu)
 Gdzie:
S - szansa na przeżycie wykładu
C- ciekawość wykładu, przyjmuje wartości (0;1>
T- współczynnik zmęczenia, wartości (1;10>
P- atrakcyjność pobliskiego towarzystwa, wartości (0;1>
a - wartość alternatywnych sposobów spędzania czasu w danym momencie, wartości (0,1;1>
Skala wyników:
- 0-5% - Nie idź. Jeżeli pójdziesz to odwróci się od Ciebie własny znak zodiaku, a okoliczne koty zaczną Ci sikać pod drzwi. W dodatku rozniesie się wieść gminna, że jesteś looserem i skończysz na rynsztoku (ale koty i tak o Tobie nie zapomną).
 - 5-10% - Na wykładzie będzie niemiłosiernie przykro. Powstaną trwałe zmiany w Twojej psychice, jeżeli zdecydujesz się tam pozostać na dłużej. Zaczniesz słuchać Feel`a i wpierdalać BoboFruta. Zgrupowanie "Chytra Hydra Chyżo Hasa" rekomenduje, a w skrajnych przypadkach nawet refunduje, ewakuację.
- 10-25% - Ciężko orzec co czynić należy. Zaprawdę niech o Twym losie zadecyduje monetą podrzucenie. Jeżeli mości moneta na skraju kanta pozostać zechce, znak to niezaprzeczalny, że wykład będzie udany. A jeżeli w locie swoim bohaterskim nominał się jej zmieni, to sam Bóg do Ciebie przemówić zechciał więc racz mu godnie zadośćuczynić (pewnym faktem jest, żeś grzecham perfidnym musiał duszę swą splamić, więc pokuta w myśl ekwiwalentności równie wstrząsająca być musi, a wykład jest karą najwyższą).
 - 25-40% - To niegłupi pomysł. Kto wie, może dzięki temu wykładowi stworzysz coś ciekawego, może coś Cię natchnie. Może będziesz dobrze się bawił, kto wie. Może będą lądować kosmici na wydziale, może znajdziesz czek na 100tys zł, naprawdę może jakoś to będzie.
 - 40-60% - Tak, idź czym prędzej na aulę, zajmij sobie jak najlepszą miejscówkę i zacieraj ręce. Zdecydowanie, nie masz nic lepszego do roboty niż spędzić najbliższe 1,5h słuchając orędzia profesora na tematy, o których i tak nie masz zielonego pojęcia.
 - 60-85% - No chyba se jaja robisz. Albo nie jesteś studentem. Takie rzeczy to tylko w Erze.
 - 85-100% - Żal na 100%...

PS. Pozdrawiam cztery wspaniałe istoty, które przeniosły epicentrum szczęścia nieco w stronę Francji.

czwartek, 9 września 2010

Sztuka na patyku.

   Poszukuję kogoś z kim mógłbym pomilczeć. I nie chodzi mi bynajmniej o kredens, pluszowego misia czy szczuroskoczka. Bo mi chodzi o to, żeby pomilczeć z sensem. Co to znaczy pomilczeć z sensem? Nie mam zielonego pojęcia, powiedziałem to tak po prostu, żeby głęboko zabrzmiało.
   Bo widzicie, to tak jak z dzisiejszą sztuką. Mówiąc dzisiejsza sztuka mam na myśli setki lat wstecz, ale wydaje mi się, że to zjawisko dużo bardziej się nasiliło ostatnio. I co ważniejsze przybiera coraz bardziej absurdalne formy. Spójrzmy tylko na te wyrafinowane "środki artystycznego wyrazu". Mam wrażenie, że dzisiaj dewiza niektórych artystów wygląda mniej więcej tak: Ustawię w szyku popierdolono-przestawnym kilka zbitek, na pozór nie powiązanych słów. Napiszę trzy przecinki pod rząd, liczy się oryginalność. O a tu sobie myślnik między litery wstawię. Tam do licha, pójdę na całość, postawię kropkę w niekonwencjonalnym miejscu, na przykład w samym centrum zdania! To dopiero będzie awangarda. Ba, rewolucja! Oczywiście nie to, żeby to był mój kaprys. To taka alegoria, ale o co chodzi? Ja nie mam pomysłu, ale czytelnik na pewno coś wymyśli. A jak nie to mu krytyk pomoże. Oooo albo będę wyrazy kończył wielką literą. To będzie taka metafora, że nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz. I tak oto powstał "wiersz":
"Mizeriada"
"Mrok?...?             Myśli nie-widzę
     A...                     .?
   Przędze moje.go losu zawodząc
One,,, one dalej dalej
                                   Los mój
W ukła-dach boleści dziergają
BCD... I stało się-że się nie stało.
Pieczeń wystygła
            Marzenie skończone.
E... Tylko w śmietanie, ciągle,
ogórek osamotniony pływa
i czeka, i czeka
aż zgnije
FGHIJKLMNOPRS...T....W...............X.................Y...................."
   Nie pytajcie co trzeba brać, żeby coś takiego napisać, ale heroina przy tym jest równie nieszkodliwa co kakao. Ktoś się pokusi o interpretację?
 A teraz powciągajmy trochę farby.
Na pierwszy rzut oka obrazek wydaje się być łagodny i spokojny, co podkreślają delikatne, pastelowe kolory. Przyjrzyjmy się jednak bliżej. Wydaje się, że autor wykonywał ruchy pędzlem w pośpiechu, jakby dręczył go jakiś niepokój. Ten efekt potęguje ciemna, rozlana figura, która przyciąga uwagę nie tylko swoim kształtem, ale również przygnębiającą, atramentową czernią. Wyglądem przypomina jakąś zjawę, postać z horrorów. Jest ucieleśnieniem zła, które sięga do serca człowieka, które symbolizuje czerwone koło, niczym rubinowe oko. Nad nimi unosi się jaskrawy trójkąt, będący źródłem światła. Może on zarówno symbolizować jakąś siłę wyższą, Boga, a może również nasze sumienie albo moralność. W każdym razie jest to siła, która ma nas obronić przed złem. Jak widzimy okazuje się ona niewystarczająca, bo rubinowym oku pojawia się skaza. Czy to znaczy, że jesteśmy bezbronni wobec ciemnej strony? Czy powinniśmy wymagać większego wsparcia od otoczenia czy od własnego systemu wartości? Może znaku od Boga?
   A może by tak po prostu powiększyć trójkąt? Taki obrazek mógłby powstać po tym jak kawa się wylała na okładkę podręcznika od matematyki dla pierwszoklasistów. A może również przedstawiać człowieka, który gra w kręgle przy świetle trójkątnej jarzeniówki.
   I w taki właśnie karykaturalny sposób postrzegam dzisiejszą sztukę.
   PS. O tak, nie lubię krytyków. Bo wygląda na to, że krytyk nie jest po to, żeby ocenić obraz. To obraz jest po to, żeby krytyk miał co oceniać, żeby mógł wykazać się jako znawca tematu, żeby mógł dowieść swoich uduchowionych kompetencji.

niedziela, 5 września 2010

Życie w szklanym pudełku.

   Rozumiem ludzi, którzy kolekcjonują pudełka po Tic Tacach. Rozumiem ludzi, którzy przebierają się za pokemony i latają po mieście. Rozumiem ludzi, którzy karmią swoje psy sushi albo pizzą. Rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją, a nawet tych którzy nie rozumieją, że nie rozumieją. Rozumiem również ludzi, którzy nie lubią orzechów laskowych, chociaż nie przychodzi mi to łatwo. Naprawdę bardzo staram się być wyrozumiały, w końcu każdy ma swoje powody.
   Ale jednak nie rozumiem ludzi, którzy... oglądają telenowele. Czy ktoś może mnie oświecić, jak to się dzieje, że ta nędzna atrapa, imitacja, podróbka życia codziennie sciąga tyle osób na wygodną sofę przed telewizorem? Czy nasze życie jest tak jałowe i nudne, że musimy oglądać jak plastikowe postaci polewają grzanki keczapem, podają karmę swojemu chomikowi i udają się z nachmurzoną twarzą w kierunku drzwi? Bo rozumiem, gdyby robili przy tym jakieś akrobacje, żeby było efektownie. Albo gdyby przy okazji udzielali wskazówek lub pomysłów na dorobienie się małej fortunki. Mogłby się też pojawić jakieś emocjonujące wyścigi samochodowe, albo przepis na udane życie(nawet nie próbujcie mi mówić, że z opery mydlanej można się dużo nauczyć). W takiej sytuacji to ja już wolę pozmywać naczynia, albo nawet pójść na koncert jazzowy niż siedzieć i patrzeć na ten lichy spektakl połamanych kukiełek.
   Oczywiście, to nie znaczy, że uważam, że tacy ludzie źle robią. Każdy ma prawo robić co chce i nie mi to oceniać. Ja tylko po prostu tego nie pojmuję. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem.

piątek, 3 września 2010

Ciemno tu jakoś.

   Hola hola. Coś mi tu nie gra. Jestem kompletnie przekonany, że ostatniego posta napisałem najdalej wczoraj. Więc dzisiaj na chłopski rozum powinien być 12 sierpnia. A więc jakim cudem, na przeklęty lewy przycisk myszy, stało się że dziś jest 3 września?!(przepraszam za to siarczyste przekleństwo) Najwyraźniej wpadłem w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, w Polsce wszystko jest możliwe. Nawet czas ma swoje fochy.
   Szkoda, że nikt nie sprzedaje czasu w puszce.  Jestem pewien, że byłby to mój ulubiony przysmak. Podobno kremy Q10 potrafią zatrzymać czas, ale słyszałem, że są niesmaczne i ciężkostrawne. W takim razie teoria względności, która zakłada, że przy prędkości świetlnej czas stoi w miejscu, jest moją ostatnią nadzieją.
   W związku z tym jednak, że poruszanie się z prędkością światła nie jest wcale takie łatwe jak się wydaje, myślę że należałoby się zastanowić nad jakością czasu. I skupić nad tym, żeby wykorzystać go w jak najlepszy sposób. Tylko co to znaczy najlepszy sposób? Czerpać z rozkoszy życia pełną garścią, czy może skupić się na rozwoju, a może ustanowić sobie jakąś misję i ją spełniać? Eh nie wiem. Wiem natomiast, że zmarnowałem kolejne wakacje.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...