niedziela, 14 sierpnia 2016

Ciężkie jest życie faceta


       Impreza jeszcze trwała, ale były to już jej zdecydowanie ostatnie podrygi. Stało się jasne, że właśnie osiągała ostatnie stadium, które bezpośrednio styka się z historią. Ale trzeba przyznać, że była to naprawdę suta i zrealizowana z epickim rozmachem biba, czego dowodów było mnóstwo, a wiele z nich zostało uwiecznionych na zdjęciach. Pora była już późna, więc gdyby tylko imprezowicze byli w stanie skoordynować lewą nogę z prawą to pewnie zaczęliby się już rozchodzić, a gospodarz domu, gdyby tylko był przytomny, zacząłby sporządzać wstępny rachunek zysków i strat, z mocnym akcentem na straty. Bo tych drugich były całe hordy. Nowy wystrój domu gospodarza, który kosztował zaproszonych gości niemało wysiłku, przypominał krajobraz po bitwie w której zostały użyte kosmiczne technologie, włączając w to Gwiazdę Śmierci. Gdzie okiem sięgnąć podłoga usiana była zwłokami, zupełnie nie przejmujących się kwestią podłoża na jakim spoczęły. Być może zanim upadły, zdążyły sobie upatrzeć jakiś wygodny kąt, w którym można by spokojnie poleżeć, jednak odległość jaka dzieliła je od tego wymarzonego przytułku okazała się nie do przebycia. Dlatego padały jak popadnie, w ostatnich chwilach świadomości próbując się czymś podeprzeć, w wyniku czego nie dość, że i tak upadały to jeszcze siały spustoszenie dookoła, pociągając za sobą tuziny innych przedmiotów, tworzących teraz na ziemi barwną mozaikę śmieci. Całości wdzięku tego widoku dopełniały ogromne stada butelek poniewierające się wszędzie tam gdzie był jakiś wolny kawałek parkietu. Było ich tyle, że gdyby wziąć wszystkie to można by przelać Śniardwy w inne miejsce zaledwie w kilku turach. Być może gdyby stał jeszcze jakiś stół to część tych butelek znalazłaby na nim schronienie. Ale stoły, z braku części kluczowych dla ich istnienia, już dawno przestały pełnić funkcję do których zostały stworzone.  Taka demolka ścisnęłaby gardło największemu twardzielowi, nawet gdyby dotyczyła tylko szuflady ze sztućcami. A tutaj uległo jej cały mieszkanie. Tak się właśnie kończą imprezy bez zobowiązań odbywające się regularnie u Patryka, o których krążą legendy po całym studenckim światku, a sam Patryk uważany jest za boga melanżu.
- Ja pierdolę, armagedon… - powiedział Marek do siebie, rozglądając się ze zgrozą po pomieszczeniu - Normalnie jak bar po wizycie wkurwionego Stevena Seagala. Albo kilku Stevenów… Dobrze, że Patryk sra kasą…
  
    Marek w odróżnieniu od reszty ekipy był w stanie wyraźnie mówić, bez nawet najmniejszej naleciałości bełkotu. Bo Marek był jedyną osobą, która tego dnia, w tym domu nie piła. Nie z powodów jakiś naiwnych, dennych przekonań. Po prostu jako, że mieszka za kulisami świata, w miejscu do którego promienie słoneczne lecą jakieś kilkanaście minut dłużej niż do takiej powiedzmy Warszawy,  to musiał się tu tłuc samochodem. Wiadomość, czy może raczej świadomość o owej dziwnej właściwości Marka, rozeszła się błyskawicznie wśród zebranych fanów napojów wysokoprocentowych i wzbudziła wielkie zainteresowanie. Marek stał się swego rodzaju atrakcją. Nic dziwnego, w końcu był jak mała wysepka na środku wszechogromnego oceanu. Był jak szóstka na świadectwie szkolnym największego jełopa w okolicy. Ludzie patrzyli na niego tak samo jak by patrzyli na krzesło, które nagle zaczęło lewitować. Z drugiej jednak strony, szybko znaleźli się w takim stanie, że lewitujące krzesło wcale by ich specjalnie nie zdziwiło.
- Ej, Mmaa… Maarek – Tomek wydobył z siebie bulgot skierowany do niepijącego nieszczęśnika. Adresat wiadomości obrócił ku niemu twarz. Tomek szedł w jego kierunku, utrzymując w zasadzie średnio w miarę prosty kurs. To prawda, że wyglądał przy tym jak cyrkowiec balansujący na cienkiej linie, ale nie taki laikowaty cyrkowiec, tylko jak taki który już kilka razy po linie chodził. I kilka razy też spadł. Marek żeby mu ukrócić męki podszedł do niego szybkim krokiem, nie zostawiając mu czasu na zaliczenie gleby.
-Co jest, ziomuś?
- Gaa po bfku, ne? – wyrzucił Tomek z siebie, po czym się roześmiał z powodów zapewne nawet mu nieznanych – Tche wypyem, ne?
- Weź się kurwa ogarnij, bo nie idzie cię zrozumieć - żeby mu pomóc w ogarnięciu się, Marek zdzielił go lekko po twarzy. Cierpliwość miał już na rezerwie.
- No ochujaeś? - uderzony jako tako odzyskał sprawność języka.
- O zobacz, od razu lepiej. To co tam chciałeś?
- Mówieem, że fajna imrezza…
- Z tego co zauważyłem to chodzisz i powtarzasz to od jakieś godziny.
- Oj zamknij mordę… - Tomek odpowiedział odruchowo, gdyż reakcja Marka mocno go zaskoczyła. Jak dotąd każdy po stwierdzeniu, że imprezka jest fajna, potwierdzał to entuzjastycznym „nooo raaacczzzza”. - Kiedy się zbie… zbfff…  kurwa… kiedy jedziesz do domu?
- No właśnie się zbierałem, a co?
- Dobsze, kurwwwa zaebiście wręcz - jego twarz rozjaśnił najradośniejszy typ radości jaki można sobie wyobrazić, a jego ręka wylądowała na ramieniu Marka - To podrzucisz moą dziewoje, ok?
  
    Tak to właśnie jest jak jest się jedyną trzeźwą osobą w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu. Do Marka już wcześniej zaczęło docierać, że tej nocy będzie robił za czyjegoś szofera w momencie, gdy ktoś wpadł na pomysł, żeby zrobić zrzutkę i kupić mu autobus i w miarę jak biba mijała to tylko utwierdzał się w tym przekonaniu. I oto się stało. Niby Marek nie był żadnym niewolnikiem i obowiązku odwozić nie musiał. To w końcu tylko kwestia asertywności. Jednak w tym przypadku nawet nie przyszło mu do głowy, żeby odmówić. Bo po pierwsze, Tomek był jego przyjacielem, a po drugie dziewczyna, którą miał odwieźć… . Co by dużo nie mówić Tomek był ponadprzeciętną osobistością, to też jego dziewczyna, Weronika, była ponadprzeciętnie ładna. Ponad przeciętnie ładna to naprawdę mało powiedziane. Marek, jak i zresztą połowa miasta za czasów swojego szczeniactwa wzdychał do niej nałogowo. Weronika była kompozycją idealną, ekskluzywnym daniem w którym proporcje składników zostały dobrane perfekcyjnie. Była chlubą Matki Natury i sprowadziłaby na drogę hetero nawet najbardziej zaciekłego, ortodoksyjnego geja. Była ucztą dla oczu… i nie tylko. A teraz zalana w sztok miała się z nim znaleźć sam na sam w jego samochodzie. Po ciele Marka przeszedł rozkoszny dreszcz. Szybko się jednak opamiętał.
- No ok, podwiozę ją jak muszę - odpowiedział z najbardziej obojętną obojętnością, na jaką było go stać.
- Dzieki. I pamiętaj, uffam ci – rzucił Markowi spojrzenie, które w założeniu Tomka miało być przyjacielskie, ale po takiej dawce etanolu okazało się być tylko mętne i zdziwione tym, że ściany nie trzymają pionu.
  
    Po kilku minutach, po tym jak udało się odnaleźć Weronikę, Marek prowadził ją w kierunku swojego samochodu. Wbrew jego przewidywaniom dziewczyna nie była tak bardzo napruta. Szła można by wręcz powiedzieć pewnym krokiem. Owszem, trochę jakby na szczudłach, ale wciąż jednak nie ulegało wątpliwości, że nie zapomniała jak się chodzi. A na pewno daleko jej było od bezwładności, którą charakteryzują się worki z ziemniakami. Natomiast była niezwykle uległa i dawała się prowadzić niczym małe jagnię. Dlatego przed oczyma Marka stanął wachlarz możliwości jakie właśnie się przed nim otwierają. To była okazja, o której każdy facet zdrowy na umyśle marzy dość intensywnie. Znowu przeszedł go dreszcz. Potrząsnął nagle głową, jakby chciał otrzepać się z kosmatych myśli. Miał przecież dziewczynę…  chociaż to akurat w tym momencie nie było jakoś bardzo istotne. Najważniejsze było to, że Weronika była dziewczyną jego przyjaciela. Nie byle jakiego przyjaciela. Przyjaciela przez duże P. Zresztą sama Weronika też była jego przyjaciółką, albo przynajmniej dobrą znajomą. Miał nadzieję, że te powiązania powstrzymają go przed instynktownym działaniem. Jednak na wszelki wypadek, żeby nie myśleć o niepodważalnych walorach Weroniki, zaczął powtarzać jak mantrę jakiś wiersz, którego nauczył się na pamięć w liceum.
  
    Gdy znaleźli się nareszcie w samochodzie, starał się całkowicie skoncentrować na prowadzeniu. Pech jednak chciał, że jego pasażerka właśnie dostała słowotoku i zaczynała nawijać co tylko ślina jej na język naniosła. Odpowiadał więc jej zdawkowo jakimiś żartami, co i rusz wywołujących jej wybuch śmiechu, który swoją drogą brzmiał dla niego jak najpiękniejsza melodia. Żarty oczywiście nie były wysokich lotów, ale Weronikę w tej chwili naprawdę wszystko bawiło. Prawdopodobnie zakrztusiła by się ze śmiechu, gdyby zobaczyła niebieskiego ogórka. Chociaż w sumie niebieski ogórek jest całkiem śmieszny - przeszło przez myśl Markowi. Najwyraźniej udzielała mu się atmosfera imbecylizmu, jaką rozsiewała dookoła siebie pijana pasażerka. Nie, w takich warunkach nie dało się o niej nie myśleć. W duszy Marka rozgorzała istna walka pomiędzy dobrem a złem. Wyglądało to jakby aniołek zasiadł po lewej stronie wagi szalkowej, diabełek po prawej a ich ciężar zależał od siły przekonywania ich argumentów. Na tamtą chwilę, można powiedzieć, aniołek miał nieznaczną przewagę. I zapewne by ją utrzymał, gdyby nie Weronika, która zdążyła się otrząsnąć po setnym napadzie śmiechu i zawiesiła ręce na szyi Marka, podsuwając mu swój dekolt praktycznie pod sam nos. To przeważyło szalę na stronę diabełka. I to bardzo dynamicznie. Zupełnie tak jakby jakiś opasły hipopotam przyszedł mu z pomocą i wskoczył na wagę po jego stronie. Po takim zabiegu Aniołek zwyczajnie został wystrzelony w kosmos. Serce Marka, bijące jak dotąd w rytmie rocka, nagle wskoczyło kilka szczebli wyżej i zaczęło bić w rytmie death metalu. Przyrównanie do death metalu jest nieprzypadkowe, doprawdy kilka uderzeń na minutę więcej i Marek przeniósłby się w inny świat. Krew w nim zaczęła wrzeć i spłynęła gdzieś, gdzie na pewno nie przyczyni się do trzeźwego, racjonalnego myślenia swojego właściciela.
  
    Któż wie jakby akcja się rozwinęła, gdyby nie to, że Polska jak długa i szeroka tak pełna dziur na drogach. W związku z okolicznościami, kierowca dostrzegł wielką dziurę w ostatniej chwili, i zdołał ją ominąć tylko dzięki użyciu gwałtownego manewru skrętu w lewo, który rzucił Weronikę powrotem na miejsce pasażera. To trochę schłodziło emocje Marka, chociaż walka w jego duszy trwała dalej. I w takim właśnie stanie wewnętrznego rozbicia, zajechał w końcu pod mieszkanie Weroniki. Dziewczyna jednak wcale nie miała ochoty wychodzić, więc zaczęła udawać, że się przykleiła do siedzenia, co naturalnie uznała za nieziemsko zabawne i zaczęła pękać ze śmiechu. Marek przyjrzał się jej w ten wnikliwy sposób w jaki przyjrzałby się parówce, która o własnych siłach uciekła mu z talerza, i doszedł do wniosku, że na imprezie musiały się dziać pewne rzeczy, które umknęły jego uwadze. A potem, wątpiąc, że uda mu się wytrzymać pokusę przez następne 3 minuty, wyciągnął ją siłą z samochodu i zaprowadził pod drzwi mieszkania, pożegnał się, trochę zbyt czule jak na znajomych, i wrócił do samochodu. Dopiero, gdy zamknął drzwi, w pełni dotarła do niego strata największej szansy w jego życiu.
- Ja pierdolę… taka okazja… kurwa… Kurwa! Jestem największą ciotą jaka chodzi po tym świecie. Kurwa jebana dziura w drodze! –  waląc głową w kierownicę, wyrzucał z siebie lament, powstały na bazie emocji, które porwały go jak fala tsunami.
    
    Gdy wrócił do domu, jeszcze długo nie mógł spać, dręczony fantazjami i podnieceniem.  Cała przestrzeń jego jaźni była wypełniona mieszaniną alternatywnych wizji niedalekiej przeszłości oraz poczuciem niewyobrażalnej straty, jakby trafił szóstkę w lotka, ale zgubił gdzieś zwycięski kupon. Biedny nieszczęśnik nieustannie przewracał się z boku na bok, aż w końcu stwierdził, że nie wytrzyma i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Nie ma sensu wdawać się w szczegóły jego działań mających na celu przywrócenie równowagi psychicznej, najważniejsze, że razem z ulgą powróciła mu trzeźwość umysłu. Do rozluźnionego Marka dotarło w końcu, że przygoda zakończyła się jedynym możliwym szczęśliwym finałem.
-  Heh... niewiele brakowało a bym wpakował się w niezłe bagno. Życie faceta to jednak jest ciężkie, pełne pułapek i zasadzek.  Nie znasz dnia ani godziny próby. Trzeba być czujnym, oj trzeba.– zdobył się jeszcze na krótką refleksję nim Morfeusz chwycił go w swoje błogie objęcia.

piątek, 11 kwietnia 2014

Warto przeczytać. Bardzo.

   „… uczestnikom pewnego eksperymentu powiedziano, że wypadli bardzo dobrze lub bardzo kiepsko na teście sprawdzającym ich wrażliwość społeczną, po czym poproszono ich o ocenienie wartości naukowej dwóch raportów – pierwszy z nich sugerował, że test był ważny; drugi – że nie. Uczestnicy, którzy na teście wypadli bardzo dobrze, uważali, że badania w raporcie uprawomocniającym test przeprowadzono na podstawie doskonalszych naukowo metod niż w raporcie, który wiarygodność tego testu podważał; uczestnicy, którzy na teście wypadli marnie, byli dokładnie przeciwnego zdania.

   Kiedy fakty stanowią wyzwanie dla wniosków, które chcielibyśmy wyprowadzić, analizujemy je znacznie wnikliwiej i bardziej rygorystycznie. Mamy też wobec nich wyższe wymagania. Na przykład, ile danych potrzebowałbyś, Czytelniku, żeby uznać kogoś za osobę inteligentną? Wystarczyłaby ci kopia świadectwa ze szkoły średniej? Wynik testu na inteligencję? A może chciałbyś się koniecznie dowiedzieć, co o tej osobie sądzą jej nauczyciele i przełożeni? Uczestnicy pewnego eksperymentu zostali poproszeni o ocenienie inteligencji innej osoby i zanim byli skłonni wydać werdykt, że jest ona rzeczywiście wyjątkowo bystra, domagali się sporej ilości dowodów. Ale co ciekawe, potrzebowali ich dużo więcej,  gdy osoba była nieznośnie upierdliwa, niż wówczas, kiedy była miła, towarzyska i z poczuciem humoru. Gdy CHCEMY wierzyć, że ktoś jest inteligentny, wystarczy nam jedna rekomendacja, ale kiedy NIE CHCEMY, będziemy się domagać opasłej teki świadectw, wyników testów i potwierdzeń.”

   Jest to fragment książki  „ Na tropie szczęścia” Daniela Gilberta, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych książek jakie czytałem w życiu. Dzięki klarownemu, nieco humorystycznemu sposobowi narracji i przywoływaniu naprawdę mnóstwa eksperymentów i ich wyników, pozycja ta bardzo skutecznie przybliża czytelnika do zrozumienia wielu mechanizmów psychicznych odpowiedzialnych za osiągnięcie stanu szczęścia.

środa, 16 października 2013

I want to represent an idea

   Często patrzyłem na ludzi konsekwentnie i niestrudzenie dążących do realizacji swoich celów. Przyglądałem się ich wzlotom i upadkom. Podziwiałem jak podnoszą się po porażkach. Jakaś nadludzka siła pchała ich dalej, wciąż dalej. Tą siłą są marzenia. Zazdroszczę ludziom, którzy je posiadają. Ja pożegnałem się z nimi ileś lat temu, gdy zaczęły się problemy zdrowotne. Ciężko żyć bez marzeń. Wstajesz każdego dnia tylko po to, żeby odczuwać ból. Próbujesz wypełnić kartę życia pustymi, nic nie znaczącymi frazesami, powietrzem. Ale nic nie pomaga. Aż w końcu pojawia się ktoś, dla kogo warto żyć, dla kogo warto się starać bez gwarancji na lepsze jutro. Tak po prostu. Dziękuję.

niedziela, 19 maja 2013

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

  Z wędką przewieszoną przez ramię, przedzierałem się przez chaszcze i pokrzywy wesoło pogwizdując. Jak nie cieszyć się, gdy dookoła było tyle piękna. Gdzie tylko spojrzeć wiosna uśmiechała się tysiącem kwitnących pąków. Rześko wciągałem świeże powietrze, napawając się błogim zapachem przyrody. W końcu dotarłem do celu mojej podróży, czyli do pobliskiego jeziorka, o którym chodziły legendy, że skrywa Atlantydę. Rozłożyłem się wygodnie na trawce, przygotowałem sprzęt rybacki i zacząłem łowić. Ryby niestety musiały być zajęte czym innym, nie wnikam czym, w każdym razie nie brały. Trochę już przysypiałem, gdy nagle spławik rozdyndał się na dobre. Chwyciłem za wędkę i zacząłem kręcić kołowrotkiem jak szalony. Moją ofiarą okazała się złota ryba. Dużo już w życiu złowiłem złotych ryb. Jak byłem mały lubiłem gnębić moje welony, które jednak nie umiały się bawić i szybko pozdychały. Ale ta właśnie przeze mnie złowiona ryba była wyjątkowa.
- Wypuść mnie to spełnię twoje trzy życzenia – powiedziała zrezygnowanym tonem.
   Wyglądałem jakby Harry Potter rzucił na mnie zaklęcie petryfikacji. Stanąłem wryty z wlepionymi w nią oczami i otwartą na oścież gębą. W takiej pozycji sam musiałem przypominać rybę. To najwyraźniej ośmieliło nieco moją ofiarę.
-Co się kurwa gapisz, mów te jebane życzenia i spierdalaj - rzuciła wściekle machając ogonem, na którym zdawały się widnieć trzy paski  - To znaczy miałam na myśli wypuść mnie - poprawiła się niechętnie
   No dobra. Mrużąc oczy, patrząc w siną dal, zastanawiałem się jakie trzy życzenia wymienić. Taka okazja mogła się już nie powtórzyć, więc musiałem to dobrze przemyśleć. Gdy po długim procesie myślowym już zdecydowałem czego najbardziej potrzebuję, zwróciłem się do złotej ryby:
-No więc, chcę żeby… - zacząłem, ale nie dokończyłem, bo wystarczyło rzucić jedno spojrzenie, żeby się  zorientować, że ryba zdechła z uduszenia, a wraz z nią moje marzenia.
   Ale co tam, najważniejsze, że była to niesamowicie smaczna ryba! Dawno nie jadłem takiej dobrej kolacji.

niedziela, 17 marca 2013

Czyli że co, spalić ten kokon złudzeń?



 Co jak co, ale nasz gatunek jest mistrzem w okłamywaniu innych. Widzieliście kiedyś kota składającego obietnicę posłuszeństwa, a potem nie dotrzymującego jej? Ja nie widziałem, bo kot nigdy by takiej obietnicy nie złożył, dlatego domniemuję, że zwierzęta są umiarkowanie uczciwe. U ludzi natomiast zdarza się to częściej niż… no częściej niż coś, co zdarza się bardzo często w każdym bądź razie.
   Ale nasz gatunek jest w czymś innym jeszcze lepszy niż w okłamywaniu innych. Mianowicie w okłamywaniu samych siebie. Na przestrzeni dziejów ( kocham to sformułowanie ) ewolucja zaopatrzyła nas w milion mechanizmów obronnych naszej psychiki.  Racjonalizacje, przeniesienia, wyparcia ( nie, nie zaparcia ) i takie tam głupoty. A wszystko to by utrzymać poczucie własnej wartości na jakimś tam znośnym poziomie.  I tu pytanie: czy ewolucja czasami nie przesadziła? Czy nie poniosła jej dzika fantazja?
   Moim zdaniem tak. Całkiem bardzo w sumie. Według mnie budowanie swojego życia w oparciu o złudzenia generowane przez nasze mechanizmy obronne i zwichrowane filtry percepcyjne jest jak lot wahadłowcem z Ikei w kosmos. Owszem wystartujecie. Ale możecie odczuwać spory dyskomfort. I może was nie opuścić całkiem rozsądne przeczucie, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie dolecicie do celu.
  Dlatego ważne jest, żeby spotkać czasem osobę, która sypnie nam rzeczywistością w oczy, wyleje kubeł kwasu szczerości na nasz zakłamany łeb. Taka osoba jest czymś na kształt Kupidyna, tyle że zamiast miłosnymi strzałami, strzela pociskami prawdy. I używa amunicji dum dum. Po takim trafieniu nie ma co liczyć, że serce się zagoi, trzeba je wymienić na nowe. Prawdopodobnie dużo lepsze. Najlepiej pancerne. Owszem, zajmie to trochę czasu, w którym to będzie się machać kończynami na zmianę z leżeniem kłodą bez życia. Ale po dojściu do siebie chwyta się mocno ster w ręce i wybiera się już poprawniejszy i sensowniejszy kurs. A to chyba jest tego warte?
   Wiecie, napisałem to wszystko tylko po to, żeby dodać na koniec, że to nieprawda. „Bo jest parę złudzeń, które warto mieć by żyć”. A może jednak nie? Sam już nie wiem, jestem zdezorientowany.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Brniemy coraz głębiej w XXI wiek

   Czuję w kościach, że zbliża się nowy rok! Prawdę mówiąc nigdy nie przywiązywałem do tego wydarzenia żadnej wagi ani niczego innego.  Ot zwykły dzień. Właściwie to zastanawiam się, po co ktoś w ogóle wymyślił nowy rok? Mam dwa tropy. Pierwszy taki typowo polski: żeby mieć pretekst do picia. Drugi: żeby zwiększyć popyt na kalendarze.
   W tym roku jednak ta chwila nie jest mi obojętna.  Bo po pierwsze: pierwszego stycznia oficjalnie zostaję wykreślony z listy studentów mojego kochanego wydziału (a niech im się zawiesi komputer, gdy będą mnie wykreślać!). A po drugie: mam postanowienia! Wiem, wiem, nie warto. Ale jednak, los się musi odmienić. A że los jest uparty, to trzeba mu w tym pomóc.
   W tym (mimo wszystko) szczególnym dniu pamiętajmy o prawnikach, bowiem jak wiadomo wiele ustaw oraz nowelizacji wchodzi w życie z dniem pierwszego stycznia. A to oznacza dla nich konieczność przyswojenia wielu arkuszy głupot. Jeśli dzisiejszej, sylwestrowej nocy spotkacie jakiegoś osobnika powiązanego z systemem prawnym to postarajcie się być dla niego mili.
   No i na koniec życzenia dla wszystkich prosto z serca: coby wam się sznurówki nie rwały, widelce w oka nie wbijały, autobusy cierpliwie na was czekały i żebyście nie wchodzili w drogę czarnym kotom (bo może się okazać, że to mój kot i będą problemy!)

sobota, 27 października 2012

Nie taka jesień straszna jak ją malują

   Pozwólcie, że zabłysnę spostrzegawczością i stwierdzę, że lato się skończyło. No bo naprawdę tak jest. I mimo, że patrzę za okno i usilnie staram się przekonać, że to nieprawda, że lato ciągle jest z nami, że tylko odwróciło się plecami, to niestety pejzaż dostarcza niepodważalnych dowodów, że definitywnie lato przeminęło (próbowałem napisać to zdanie na wiele sposobów, ale za każdym razem brzmiało równie bełkotliwie). Więc nie mogę się już więcej oszukiwać: nastało preludium głupiej zimy, zwane potocznie jesienią. Czas, który najchętniej bym przeczekał zwinięty w kłębek. Ale jednak nie jest wcale tak źle! Bo jeżeli wyjdzie się na dwór, wytrzyma deszcz, pokona wiatr czy ewentualnie śnieg (!) i zajrzy pod opadłe liście, może się zdarzyć, że zobaczymy orzecha. I to nie byle jakiego orzecha, bo orzecha laskowego, króla wśród orzechów. Najbardziej orzechowego orzecha jaki zasiedla naszą planetę. Doprawdy, gdyby nie było orzechów laskowych należałoby je wymyślić. Nie wiem w jakim stopniu moje DNA pokrywa się z DNA wiewiórki, ale kocham je.
   W obiegowej opinii kamień filozoficzny miał zamieniać metale nieszlachetne w szlachetne. W moim przekonaniu kamień filozoficzny to taki, który zamienia ziemię w orzechy laskowe. A król Midas, gdyby był rozsądniejszy, to zamiast zamiany wszystkiego, co dotknie w złoto, powinien sobie życzyć, żeby zamieniało się w orzechy laskowe. Na pewno byłby szczęśliwszy!
   A zatem przechodząc do konkluzji: jesień to czas radości!
   Gdyby kogoś intrygowało, dlaczego tak drastycznie spadła częstotliwość publikowania postów: każdą wolną chwilę wykorzystuję na wynalezienie wykrywacza orzechów.

wtorek, 4 września 2012

I stał się dźwięk

  Pewnie nie wiecie, bo obeszło się to bez większego echa w świecie, ale jakiś czas temu zostałem zmuszony oddać pianino rodowitej właścicielce. Niby byłem na to przygotowany. Niby starałem się udawać, że takie już są koleje losu. Ale jednak, w jednej chwili poczułem się tak, jak musi się czuć pączek bez nadzienia. Beznadziejnie. Zarówno w moim pokoju, jak i w sercu, powstała pustka, której nie dało się niczym wypełnić. Spojrzałem zatem przychylniej na moją gitarę, którą ostatnimi czasami zaniedbywałem. Niestety, moja gitara jest przekonana, że jest patelnią i dźwięki jakie wydaje są tak jakby niezachwycające. Dlatego szybko pojąłem, że długo w tej patowej sytuacji nie wytrzymam i wziąłem się za organizację kapitału umożliwiającego mi zakup własnego pianina! W końcu jestem, w mordę jeża, po zarządzaniu. I wiecie co? Udało się! Kupiłem pianino! Ok, ok. Nie jest tak wspaniałe jak poprzednie, ale ma jedną, całkiem istotną zaletę: jest moje. Moje, moje, moje!
 

sobota, 23 czerwca 2012

Ten niezwykly dzień

       Robert był zwykłym, szarym człowiekiem, idealnie rozpuszczającym się w szarym tłumie. Założył nieodstającą statystycznie pod żadnym względem rodzinę. Miał zupełnie przeciętną żonę oraz dwójkę niewyróżniających się dzieci.  Każdego dnia roboczego opuszczał swoje mieszkanie by bez zbędnego entuzjazmu i zaangażowania piastować swoje urzędnicze stanowisko, marząc jak każdy inny człowiek w swojej powszechności, żeby jakoś z tej powszechności się wybić. Wzlecieć ponad przeciętność, wyróżnić się, błysnąć. Cokolwiek, co pomogłoby podnieść jego wartość we własnych oczach, w którą ostatnio zaczynał powątpiewać. Do starości było mu w prawdzie daleko, ale mimo to czuł, że nadchodzi pierwsza fala kryzysu wieku średniego i trzeba jej przeciwdziałać. Niestety, czy to wierzył w jakiś fatalizm, czy był przesiąknięty konsumpcjonizmem i materializmem, a może to po prostu przez tą swoją zwykłą przeciętność, ale jedynym środkiem jaki według niego mógł go wyciągnąć poza strefę powszechności były pieniądze. Dlatego, gdy pojawiła się okazja by się dofinansować, bez chwili zastanowienia postanowił ją wykorzystać. Łapówka w postaci 25 tysięcy euro, którą przyjął, może i nie stanowi kwoty, która znacząco zmienia życie, ale czasami może się zdarzyć, że wywróci je do góry nogami.
       Wbrew pozorom, Robert nie był w żaden sposób upośledzony moralnie, właściwie to wręcz przeciwnie. Owszem nabył pieniądze w nielegalny sposób, owszem schował je gdzieś głęboko w szafie i owszem nie powiedział o tym nawet żonie. Ale sumienie nie dawało mu spokoju i pomimo tego, że snuł bujne wizje na temat rzeczy, które sobie kupi, to jego samoocena zamiast piąć się w górę, poleciała kilka stopni w dół. Nie taki był plan. Nie trwało to jednak długo. Kilka dni po przyjęciu łapówki nadszedł, nazwijmy to, rozstrzygający dzień.
       Była to sobota, dobry dzień na niecodzienne wydarzenia. Na przykład na zmiany. Poza tym, był to również dzień ojca. Ale po tym jak Robert przyjął standardowe życzenia od swojego nastoletniego syna i po tym jak sam przedzwonił do swojego ojca, dzień ojca stał się już po prostu sobotą. Zwykłą, typową sobotą, a przynajmniej tak się wydawało. Nie można bowiem mówić hop zanim się nie przeskoczy.
- Seweryn! – Robert zakładając buty, zawołał syna z sieni.
- Noo? – odpowiedział mu głos zza uchylonych drzwi pokoju.
- Wychodzę do sklepu. Mama jest u fryzjera, więc zostajecie sami. Uważaj na małą. – odrzekł i wyszedł.
       Seweryn nie bardzo wiedział po co ma uważać na swoją młodszą siostrę. Iza za kilka miesięcy miała rozpocząć edukację w szkole podstawowej, była zatem w stanie sama się sobą zaopiekować. Oczywiście nie miał nic przeciwko, żeby się z nią pobawić, ale z drugiej strony nie miał też nic przeciwko grom komputerowym. A szczególnie przeciwko tej w którą właśnie grał z zaangażowaniem podobnym to tego, z jakim Gargamel próbował odnaleźć wioskę smerfów. To były idealne warunki do działania dla małej Izki, która do tej pory udawała, że śpi. Gdy jednak tylko zamknęły się drzwi za ojcem, dziewczynka szybko się zerwała z łóżka i przystąpiła do realizacji swojego planu-niespodzianki.
       Robert wrócił ze sklepu jakąś godzinę później. Ledwie zdążył przekroczyć próg mieszkania, gdy jego córka przybiegła go przywitać, obdarowując go deszczem serduszek wyciętych z papieru i składając życzenia dla „najlepszego tatusia”. Robert już chciał ją wziąć na ręce, gdy nagle dostrzegł, z jakiego rodzaju papieru są wycięte owe serduszka. W jednej chwili poczuł zimny pot na plecach, jego źrenice przybrały rozmiar spodków, a serce zaczęło walić jak młot pneumatyczny. Nogi się pod nim ugięły, więc chowając twarz w dłoniach usiadł na komodzie.
- Nie mogłam znaleźć kolorowego papieru, więc użyłam tego z twojej szafki – mała Iza nie bardzo rozumiejąc reakcję ojca próbowała nawiązać jakąś komunikację  – Czy… jesteś zły tato? – dodała po tym jak powoli zaczynała podejrzewać, że coś poszło nie tak jak powinno.
Nie. Robert nie był zły. Robert był wstrząśnięty. Robert był przerażony.
-To był drogi papier – odpowiedział oddychając ciężko – bardzo drogi papier…
       Nie mógł uwierzyć w to co się stało. To było po prostu zbyt absurdalne, niedorzeczne. To nie miało prawa się wydarzyć! Jego pieniądze, jego plany, jego marzenia… wszystko w jednej chwili przestało istnieć. Już to wszystko miał i nagle los mu je wyrwał z zaciśniętej kurczowo pięści. Obraz porozrzucanych w przedpokoju szczątków po banknotach omal nie przyprawił go o zawał serca. Żeby wyjść z tej sytuacji ze zdrowymi zmysłami jego umysł zaktywował wszystkie mechanizmy obronne jego psychiki.  Robert w duchu zaczął przekonywać sam siebie, że pieniądze nie są ważne w życiu, że są inne dużo lepsze sposoby wyróżnienia się ze społeczeństwa niż epatowanie bogactwem. Powoli zaczynał wręcz wierzyć, że dobrze się stało. Z każdą chwilą czuł się coraz lżej, coraz lepiej, coraz szczęśliwiej. Szok, którego doznał, był na tyle silny, że zainicjował zmiany w jego osobowości. Ocknął się w końcu z letargu i mocno przytulił swoją córeczkę.
-Dziękuję – wyszeptał – to najpiękniejszy prezent jaki mogłaś mi dać.
       Od tego dnia naprawdę dużo się zmieniło. Robert poświęcił się innym wartościom niż te które można wycenić w jakiejkolwiek walucie. Przestał marzyć o majętnościach, luksusach i wysokim statusie. Przede wszystkim skupił się na rodzinie i  bliskich, ale również i na obcych. Z każdy dniem jego relacje z ludźmi stawały się coraz lepsze, aż w końcu Robert stał się powszechnie znany i lubiany. I niespodziewanie odkrył, że nic więcej do szczęścia nie jest mu potrzebne.

niedziela, 27 maja 2012

Po lewej stronie osi czasu

   Ludzie sukcesu zawsze patrzą przed siebie. Powtarzają, że nieważne skąd idziesz, ważne dokąd idziesz. Przeszłość zostawiają w tyle i na fali teraźniejszości suną z twarzą zwróconą ku świetlanej przyszłości. Nie oglądają się za siebie.
   Natomiast ja, gdy odwiedzam park w Podkowie Leśnej, nie jestem w stanie obronić się przed ofensywą wspomnień. Żaden wał nie jest w stanie zatrzymać fali obrazów zalewających mój umysł.  Echa wydarzeń, których świadkami była tamtejsze drzewa, obezwładniają i rzucają mnie na kolana. Zatrzymuję się całkowicie wchłonięty przez przeszłość, zupełnie zapominając o teraźniejszości i otoczeniu. Niestety, do takiego stanu doprowadza mnie nie tylko obecność w owym parku. Każda rzecz, każdy widok, który spowoduje wypłynięcie dawno zapomnianego szczegółu mojego życia na powierzchnię świadomości, zwyczajnie pozbawia mnie tchu. Jakaś piosenka, której słuchałem w dzieciństwie. Jakiś zeszyt z podstawówki. Płyta z danymi ze starego dysku… Cokolwiek. W takich momentach czuję, że wszystko co dobre już mnie spotkało i nie przydarzy się więcej.
   Nostalgia… Jedna wielka nostalgia… Tak bardzo chciałbym wrócić do tych czasów, tak bardzo chciałbym przeżyć to jeszcze raz. I nawet nie chodzi o to, że chciałbym uniknąć kluczowego błędu, który popełniłem. Po prostu dzieciństwo było takie cudowne. Żadnych zmartwień, żadnych trosk. Nieustanna zabawa.
   A może wcale nie było tak kolorowo? Może tylko przez pryzmat czasu wszystko wydaje mi się takie wspaniałe? Może idealizuję to, co minęło? Jeśli tak to dlaczego i dlaczego nie mogę się z tego wyrwać? Ugrzęzłem obiema nogami w przeszłości.
   Zawsze starałem się temu zaprzeczyć. Próbowałem zdławić w sobie ten rażący sentymentalizm. W moim pokoju nie ma żadnych pamiątek. Wszystko, co może wywoływać wspomnienia z reguły ląduje w koszu. A potem żałuję, że nie mam tego przy sobie. Nie ma się co oszukiwać, jestem totalnie zorientowany na przeszłość. Nienawidzę tego… i kocham…

   Ludzie sukcesu udają się myślami w podróż w przyszłość, potem wracają i planują jak tą przyszłość osiągnąć. Tak mówi pewien guru zarządzania. Ja udaję się myślami w przeszłość, a gdy wracam czuję pustkę…
   Studiuję zarządzanie. Studiuję je tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak bardzo się do tego nie nadaję.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Będziemy, prawda?

   Nie raz będziemy stawiani w sytuacji, która pozbawi nas drogocennych złudzeń. Nie raz znajdziemy się w matnii, z której będzie się nam wydawać, że nie ma wyjścia. Nie raz trafimy na huragan, który połamie nam skrzydła. Będziemy potykać się na naszej drodze setki razy, będziemy natrafiać na kłody, przeszkody, pułapki i zasadzki. Będziemy otrzymywać zwalające z nóg ciosy od losu. Będziemy tracić wiarę i nadzieję, będziemy pytać po co i dlaczego.
   Nasze serca będą krwawić, na naszych rozrywanych duszach będzie coraz więcej szwów. Ale nigdy, przenigdy nie zgodzimy się na kapitulację. Nigdy nie wywiesimy białej flagi, bo dopóki walczymy jesteśmy zwycięzcami… Będziemy szli przygnieceni ciężarem cierpienia, będziemy się czołgać, ale nigdy się nie zatrzymamy…
   A kiedy osiągniemy swój cel, wszystkie nasze bolesne doświadczenia będą mglistymi, nieistotnymi wspomnieniami. Będą dziejami zapisanymi na marginesie naszej historii, marginesie na który nikt nie patrzy, którym nikt nie zawraca sobie głowy… i będziemy już zawsze szczęśliwi. No nie?

sobota, 7 kwietnia 2012

Reklama święta

   Byłem wczoraj na cmentarzu posprzątać groby, bo to ponoć idealna okazja na takie eskapady. Nie wiem jaki ma sens zdmuchnąć kilka listków z marmurowej płyty, ale nie mnie kwestionować wolę grand starszyzny. I gdy tak lawirowałem w tym labiryncie nagrobków, jeden szczegół wzrok mój przykuł. Otóż na tych najnowszych grobach, kamieniarze przygotowujący pomniki, wykuwają reklamę swojej działalności.  Nosz ja p… Osobiście grób nie jest dla mnie żadnym symbolicznym miejscem, a rytuał pochówku jest dla mnie zupełnie odarty z mistycyzmu. A jednak nie mogę zdzierżyć, że ktoś umieszcza reklamę w takim właśnie miejscu, które bądź co bądź przez wielu uważane jest za święte. Nie mogę tego zdzierżyć, bo doprowadza mnie do furii ta ekspansja marketingu na każdą, KAŻDĄ! dziedzinę naszego życia, rujnując w ten sposób „atmosferę”. A ja jak wiadomo ideologicznie nie znoszę marketingu, bo jest pochodną konsumpcjonizmu, który obwiniam za całe zło tego świata. I teraz pytanie: co dalej? Może chirurdzy plastyczni zaczną tatuować swoje reklamy na pacjentach? Np. na sztucznym cycku byłoby napisane „Made by Doc X”. A może płatni mordercy będą grawerować dane kontaktowe na nabojach? Paranoja…

czwartek, 8 marca 2012

Wioletta i Wiktor a Dzień Kobiet

- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! - Wiktor wyrzucił w miarę radosnym tonem, po czym teatralnym gestem wyciągnął zza pleców bombonierkę w kształcie serca.
-Co to jest? - zapytała niemrawo Wioletta.
-No… czekoladki. - odpowiedział i zapadła chwilowa cisza wypełniona skonsternowanymi mrugnięciami Wioli. Wiktor korzystając z okazji, odwrócił szybko pudełko i przeczytał: z nadzieniem orzechowym .
-Aha… czekoladki… z nadzieniem… orzechowym… wyśmienicie… wspaniale… cudownie - kiwając głową, zrobiła sobie chwilę przerwy, żeby przemyśleć zaistniała sytuację. W końcu określiła strategię działania i natychmiast wprowadziła ją w życie. - A weź się nimi wypchaj! - fuknęła, ciskając gromami z oczu.
   Wiktor nie wydawał się zasmucony tą reakcją. Zawsze starał się dojrzeć pozytywną stronę zachodzących dookoła wydarzeń.
-No dobra - odrzekł i szybkimi ruchami zdarł opakowanie i zgodnie z prośbą małżonki oddał się wypychaniu czekoladkami.
-Boże, weź mi proszę przypomnij dlaczego ja za ciebie wyszłam? - rzuciła mu spojrzenie już nie tyle gniewne, co wypełnione litością z jaką patrzy się na porzuconego szczeniaka.
-Nabua abua myyyyy- błyskotliwie zauważył Wiktor z gębą wypełnioną czekoladkami po brzegi. Niestety rozmówczyni nie przyjęła tego argumentu.
- Dlaczego… dlaczego nie potrafisz się wysilić na jakiś normalny prezent!? Marlena dostała od Kamila złote kolczyki, a ty mi tu czekoladki przynosisz?! Masz czas do wieczora, chcę zobaczyć jakiś romantyczny prezent!...! - zgrabnie zakończyła dalszą dyskusję.
 
   Cóż miał poczynić biedny, choć najedzony Wiktor. Udał się na długą wyprawę w poszukiwaniu romantycznego prezentu. Gdzie on nie był, czego nie widział, ileż pomysłów objął swoim rozumem i ile czekoladek po drodze zjadł to naprawdę ciężko policzyć. Wrócił dopiero późnym południem. Zastał Wiolettę siedzącą przy stole nad książką. Podszedł zatem do niej bezzwłocznie i położył prezent.
- Słoik - określiła z przerażeniem - fascynujące, niesamowite, taki okrągły. No piękny słoik. I piasek w śroodku… - na ostatnim wyrazie głos się jej  załamał. Zaczęła się poważnie obawiać o zdrowie psychiczne swojego męża.
- No. A teraz spójrz - pstryknął w słoik dwukrotnie. Na ten sygnał ukryte w piasku mrówki wylazły na powierzchnie i tańcząc utworzyły kształt serca - Sam je tresowałem - powiedział z dumą. Wioletta patrzyła osłupiała. Ale tylko przez chwilę, szybko ochłonęła i skomentowała:
- No dobra… w miarę romantyczne. Ale prezent musi być też użyteczny. No bo co ja z tym niby zrobię?!
   Chcąc nie chcąc, Wiktor udał się na drugą wyprawę w poszukiwaniu prezentu. Powoli jednak zaczynał rozumieć reguły gry. Dlatego tym razem tropienie prezentu nie zajęło mu dużo czasu, za to konsumpcja czekoladek znacznie wzrosła. „To z powodu stresu” - usprawiedliwiał się w duchu.

- Są takie piękne!! - wybuch radości Wioli wstrząsnął powietrzem, gdy wyjmowała złote kolczyki z pudełka - jesteś kochany!! - pocałowała go, po czym popędziła do lustra czym prędzej przymierzyć nową biżuterię. Wiktor nie miał pojęcia w jaki sposób kolczyki spełniają ustalone wcześniej wymagania romantyzmu czy użyteczności. Wiktor w tej chwili już nic nie myślał tak naprawdę. Odczuwał tylko wielką ulgę, że przez najbliższe 3 miesiące, aż do urodzin Wioletty nie będzie już musiał myśleć o kupowaniu prezentu.

wtorek, 14 lutego 2012

Wioletta i Wiktor a Walentynki

   Wioletta czekała na ten dzień. Może nie w taki sposób, w jaki się czeka na podanie jedzenia w restauracji, gdy człowiek z głodu zjadłby kapcie. Ale z pewnością czekała. I nareszcie nadszedł ów Walentynowy dzień. Wstała zatem prawą nogą, rześka, wypoczęta i gotowa do działania. Zrobiła nawet mężowi śniadanie do łóżka, po czym przedstawiała mu na prędce ułożony plan.
-Sprawa jest prosta. Po pracy idziemy na romantyczny obiad, potem do kina, no i następnie na basen, bo podobno również tam ma być romantycznie- wyterkotała na jednym tchu.
   Przez twarz adresata wiadomości przeszedł bliżej nieokreślony grymas.
-Skarbie… przecież Walentynki są przereklamowane… Nie możemy po prostu zostać w domu? Eee pograć w scrabble, napić się wina no i takie tam? - Wiktor, próbując zachować racjonalne podejście do świata, postanowił stawiać opór.
-Oczywiście, że nie! Są walentynki, nie będziemy siedzieć w domu. A gdy wrócimy… - w tym momencie Wioletta mrużąc oczy lubieżnie prześlizgnęła językiem po górnej wardze.
   To był chwyt poniżej pasa, który błyskawicznie odebrał Wiktorowi umiejętność racjonalnego myślenia. Po prostu rozłożył go na łopatki.
- No dobra - zgodził się skwapliwie.

  Kelnerka w restauracji podeszła do nich, gdy tylko przekroczyli próg drzwi. Wskazała dogodne miejsce, podała karty menu, po czym zniknęła i po 5 minutach z szerokim uśmiechem pojawiła się ponownie.
 - Co podać? - zapytała.
 - Hmm, spróbujemy tej kaczki z jabłkami, plus surówkę z czerwonej kapusty.
- Dla dwojga tak?
- No tak.
-Yhm, a coś do picia?
- Jeden sok pomarańczowy i jeden porzeczkowy.
-Ok. W związku z tym, że mamy dziś Walentynki - zwróciła się teraz bezpośrednio do Wiktora - na życzenie klienta możemy użyć przypraw zwiększających libido. Czy życzyłby…
- Czy pani sugeruje niby, że ja mu nie wystarczam do zwiększenia libido?! - Wioletta niesiona świętym oburzeniem nie dała dokończyć kelnerce zdania. No cóż, może i miała powody, w końcu nie była brzydka. W sumie to mogłaby reklamować szampon jakiejś średniej marki. A może nawet i jakieś znaczącej marki. A teraz poczuła się tak jakby ktoś to próbował zakwestionować. Fakt faktem, że wyciągała pochopne wnioski w tempie rozpędzonej asteroidy, co sprawiało, że nie zawsze miały one sens.
- Niee, ależ oczywiście, że nie. Spokojnie - odpowiedziała kelnerka, równie zaskoczona co wystraszona - Proponujemy to każdemu w końcu. Czy jeszcze coś podać? - dodała szybko, a po otrzymaniu przeczącej odpowiedzi pospiesznie oddaliła się zrealizować zamówienie.
   Wioletta jednak nie dała wiary jej tłumaczeniom i Wiktor bez trudu odnotował pogorszenie nastroju małżonki. Miał nadzieję, że chociaż kino poprawi jej humor. Ale w kinie było jeszcze gorzej. Romantyczna komedia jaką wybrali nie była w prawdzie ani zła ani dobra. Może i dałoby się dotrzymać do końca, gdyby tylko nie te jęki i cmokania dookoła, które irytowały Wiolę niezmiernie. Ale i to by przetrzymała. Nie wytrzymała jednak, gdy siedzący obok facet położył rękę na jej kolanie. I nie obchodziło jej to, że ów człowiek miał mało krwi w alkoholu i dlatego zwyczajnie pomylił ją ze swoją dziewczyną. Wioletta nie tyle była w gorącej, co we wrzącej wodzie kąpana. Zareagowała więc celnie wymierzonym policzkiem w natręta, po czym chwyciła i wyprowadziła z kina męża, który nawet nie miał czasu zrozumieć co się stało.
  Po opuszczenia kina, mimo wszystko skierowali się na basen. W końcu nie ma nic lepszego niż siedzenie w jacuzzi, gdy w środku człowiek się gotuje.  Po tym jak Wioletta trochę ochłonęła, poszli w końcu trochę popływać. Po całym basenie były porozrzucane dmuchane serduszka. To właśnie one miały nadać romantycznego nastroju, o którym wcześniej wspominała mężowi. Mimo, że wydawały się tandetne i kiczowate, to Wioli bardzo się spodobały. Do czasu.
- Hey, zobacz, rzuciła serduszko w moją stronę. - Wiktor wskazał ruchem głowy stojącą w kącie młodą kobietę o nienagannej sylwetce. - Muszę jej oddać! - krzyknął, po czym chciał rzucić się, żeby popłynąć w jej kierunku. Nie zdążył. Wioletta chwyciła go za czuprynę, bez zbędnej troski niczym lwica chwyta swoje młode, po czym odholowała go do brzegu.
-Wychodzimy - rzuciła wściekle.

-Nigdy!... Więcej!... Walentynek!... - wyrzuciła z siebie, gdy już wsiedli do samochodu.
-Ale, ale… został jeszcze jeden punkt do spełnia z twojego walentynkowego planu - odpowiedział z lubieżnym uśmiechem.
- Zapomnij… od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa - jednym zdaniem zgasiła jego entuzjazm.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Niech nastanie moda na uśmiech.

    Właściwie większość z nas ma potrzebę bycia oryginalnym i niepowtarzalnym. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby zauważyć jak bardzo ludzie próbują manifestować swoją odrębność. Np. niektórzy wspinają się po ścianie Mariotu, jakby nie mogli kulturalnie skorzystać z windy. Inni z kolei jeżdżą idealnie rzucającym się w oczy różowym Ferrari. Całe rzesze ludzi tracą czas i pieniądze by wyrazić swoje jedno jedyne ja przy pomocy odpowiedniej stylizacji wyglądu zewnętrznego, co tworzy z tłumu czasami całkiem barwną mozaikę. Tymczasem, żeby wyróżnić się z tłumu wystarczy tak niewiele. Wystarczy się uśmiechnąć. Jednak nie chodzi mi o śmianie się na cały głos z ziomkami, ale o taki błogi uśmiech odzwierciedlający pozytywne nastawienie do świata.
   Czemu tak rzadko się uśmiechamy na ulicy? Przecież w uśmiechu właściwie nie ma nic złego. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby komuś, dajmy na to, pękły od niego policzki. Zgadzam się, czasami może on nam nadać głupkowatego wyrazu twarzy. Tak, mogą się od niego robić zmarszczki. I owszem, według badań uśmiechnięci mężczyźni są oceniani jako mniej atrakcyjni fizycznie wśród płci przeciwnej. Ale to wszystko drobiazg w porównaniu do profitów, które płyną z jego stosowania.
   Cielesność z naszym stanem umysłu przeplatuje się w jeszcze większym stopniu niż nam się wydaje. Wystarczy przybrać inną pozycję fizyczną, żeby delikatnie zmienić kierunek myśli. Np. jak twierdzą naukowcy, stojąc z założonymi rękami człowiek okazuje się być bardziej zdecydowanym. Albo inny przykład, kiwanie głową w rytm „tak” w trakcie zamartwiania się spowoduje wzrost negatywnego wpływu naszych smutków. Podobnie jest z uśmiechem. Aktywując go, nasz umysł przechodzi na jasną stronę mocy. A jak uśmiechniemy się do swojego odbicia w lustrze, to efekt będzie podwójny. I od razu świat wygląda przyjaźniej.
    I to by było na tyle z teorii. Z praktyką jest nieco trudniej.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Urbanizacja Rotka

   I stało się. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę intrygi oraz złożonych przeze mnie obietnic in blanco, tudzież mojego własnego zrzędzenia, wylądowałem ponownie w słynnym mieście, to jest w Pruszkowie. Dzielę tutaj z moim bratem i jego dziewczyną mieszkanie o powierzchni niewiele większej niż powierzchnia chusteczki, dzięki czemu na dywany nie trzeba wydawać fortuny.
   Muszę przyznać, że pomimo moich obaw, Pruszków okazał się być przyjemnym miastem… jeżeli  tylko lubicie chodzić z połamanymi żebrami i rękojeścią noża wystającą z brzucha. Nie no, bez takich. Na dzień dzisiejszy to już naprawdę bezpieczna miejscowość… o ile jesteście dzieckiem znanego gangstera. Eh, dobra, koniec z tymi durnymi żarcikami. Z ręką na sercu przyznaję, że mieszka się tam całkiem dobrze. Mam pokoik z widokiem na park, skąd z wielką wesołością obserwuję jak obłąkani ludzie tarzają się po ziemi ze swoimi czworonogami. W dodatku pozytywnie zaskoczyła mnie masowa ilość rowerzystów, przebieżających ten niewielki skrawek zieleni. Nie wiem skąd w ogóle wzięło się tyle rowerów w Pruszkowie. Pewnie kradzione.
   O ile za oknem dzieją się rzeczy pasjonujące i nie z tej ziemi, to po wewnętrznej stronie ścian nie dzieje się prawie nic, do tego stopnia, że widzę jak zastyga czas w powietrzu. A to dlatego, że na zawarość mojego pokoju składa się jedynie łóżko i szafa, która rzecz oczywista stoi pusta. Nie zabrałem z domu praktycznie nic. Nie mam w mieszkaniu komputera, wieży, gitary, pianina, telewizora ani nawet biurka. Wszystko czym muszę się zadowolić to książki. Bo to naprawdę dobry układ. Mam dużo zaległości czytelniczych, a teraz nareszcie mogę się poświęcić całkowicie ich nadrabianiu.
   Ale ale, oczywiście jest pewien haczyk.  Na weekendy wracam do domu. Ciężko sobie wyobrazić mój nastrój, gdy nadchodzi piątek, a ja wsiadam w kolejkę i jadę na moją wieś. Każdego piątku czuję się jakbym wracał do kraju po przymusowej emigracji, trwającej przynajmniej kilka wieków.  A kiedy już pojawię się w moim kochanym, prawdziwym, naukochańszym pokoju, pierwsza rzecz na którą patrzę to… pianino. Serio, to niewiarygodne uczucie, które udziela się chyba tylko takim pojebusom jak ja, ale kiedy patrzę na to pianino po 4 dniach nieobecności… nie da się tego opisać. To nie jest rozkosz, radość, eforia czy ekstaza. Nic z tych rzeczy. To jakaś taka błogość, wewnętrzna harmonia, przekonanie, że wszystko jest tak jak powinno być, a ja właśnie znajduję się we właściwym miejscu. I to że nie umiem na nim grać nie ma nic do rzeczy.

wtorek, 3 stycznia 2012

U-a-ha rowery dwa.

  W czwartki, a czasami również i we wtorki, gdy wybije godzina 20, po czym minie jeszcze z tuzin ciągnących się jak krówka minut, mój środek lokomocji o romantycznie brzmiącej nazwie „pociąg WKD” ostatnimi siłami doczłapuje do mojego docelowego przystanku. Myślę sobie, że fajnie się siedzi, siedzenie w tyłek grzeje i w ogóle, ale wysiadać mi jednak trzeba. Zatem wstaję ślamazarnie i powłóczając nogami „idę” albo wręcz przeciwnie, bo to różnie bywa, podrywam się energicznie i radośnie kicam w kierunku mojego czerwonego, jakże porywczego automobila, zwanego przez ludzi Fiatem Punto*. I za każdym razem, czy zimno, czy słota, czy trzęsienie ziemi, czy deszcz meteorytów, czy inwazja obcych, na peronie widzę pewnego mężczyznę, już raczej po kwiecie wieku, stojącego z dwoma perfekcyjnie oświetlonymi rowerami, czekającego cierpliwie na… na swoją żonę jak sądzę. Gdy w końcu ją dostrzega w tłumku wydostającego z pociągu, na jego obliczu pojawia się błogi uśmiech, który swoją jasnością zawstydza Syriusza. Następnie ów pan wita się czule z tą chyba żoną, jakby nie widzieli się od conajmniej 7 lat, po czym odjeżdżają na swoich rowerkach i tyle ich widzę. Naprawdę sympatyczny widok muszę przyznać. Grodzisk Mazowiecki stacja Radońska. To tutaj odzyskuję wiarę w ludzi.

   Co do wyżej wymienionego pociągu WKD zwanego również kolejką, kabanem, kolbą, WuKaDką itd. Bieży on na indywidualnie wydzielonej linii kolejowej łączącej Grodzisk Mazowiecki z Warszawą. Środek miejskiego transportu, którego wartości nie da się przecenić. Nazywam go pełnoprawnym ślimakiem. I nie tylko dlatego, że nie osiąga on zbyt imponujących prędkości  (W biegu na 100 metrów dla inwalidów najprawdopodobniej uplasowałby się poza podium, nie wiem może to wina zbyt kwadratowych kół, a może tego, że przystanków na linii jest więcej niż żądnych pokarmu studentów w Polsce). Dla mnie jest on ślimakiem, bo czuję się w nim jak w mobilnym domu  (tak wiem to czyni ze mnie ślimaka, nie z kolejki, niemniej nie czepiajcie się, jakieś podstawy do takiego skojarzenia mam). W końcu spędzam tam 2 godziny dziennie. Poza tym już od młodości był to nasz jedyny środek transportu, zżyliśmy się z nim. WuKaDka przeplatała się z naszym życiem nieustanie, towarzyszyła nam niczym opiekunka. Jej stacje stały się dla nas swoistymi centrami społeczno-rozrywkowymi i dostarczyły nam wielu dobrych chwil. Tak, to były dobre czasy.

*Udało mi się w końcu rozszyfrować skrót Punto. Otóż znaczy on nie mniej, nie więcej niż Prototypowy Ultra  Nowoczesny Transporter Osobowy.

niedziela, 9 października 2011

Życie na loterii

   Karola poznałem na jednej z imprez u koleżanki. Wyróżniał się z tłumu. Z przyczyn, których nie mogłem jeszcze wtedy odgadnąć był jedyną osobą, która nie spożywała tam alkoholu. A mimo to świetnie wczuwał się w klimat. Niecodzienny talent powiedziałbym. Gdy w końcu nadszedł moment, w którym wszyscy zajęci byli wyszukiwaniem wygodnego kąta do spoczynku i tempo imprezki zwolniło niemal do zera, Karol zaproponował mi grę w orła i reszką na pieniądze. Mi, bo zdaje się, że oprócz niego byłem ostatnią w miarę trzeźwą osobą, która jeszcze trzymała się na nogach. Nie, nie dlatego że mam mocną głowę. Po prostu nigdy nie lubiłem nadużywać alkoholu. Oczywiście zgodziłem się na jego propozycję, bo powoli nuda zaczynała zalewać pomieszczenie ze wszystkich stron. Zasady gry były proste: jeżeli zgadnę co wypadnie to Karol daje mi stówę, jeżeli nie zgadnę to ja daję stówę jemu.
-To ile rzutów? - zapytał z nieskrywaną radością Karol.
-Dziesięć - odpowiedziałem bez chwili namysłu. Bo „dziesięć” to był nasz taki żarcik matematyczny w liceum.
-Eee, może jedenaście? Tak wiesz, żeby nie było szans na remis.

piątek, 23 września 2011

Kilka mądrych słów

   Pomyślałem sobie, że upchnę tutaj małą paczkę cytatów, tudzież aforyzmów, które w jakiś sposób wywarły na mnie wrażenie i zapadły w pamięć. Niektóre znane chyba każdemu, inne z kolei są już trochę mniej popularne. Większość z nich zdawałoby się jest oczywista, jednak (przynajmniej dla mnie) w pewien sposób uderzająca i wywołująca fale na tafli duszy, że się tak wyrażę z braku lepszego pomysłu. Być może któregoś z czytelników zmuszą do konstruktywnej refleksji, tak jak to było w moim przypadku. A jeżeli macie jakieś swoje ulubione sentencje to będę wdzięczny, jeżeli się nimi podzielicie.

Lepiej z mądrym pieczeń obracać, niż z głupim ją jeść
                              - Samuel Adalberg
"Jeśli myślisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli myślisz, że nie potrafisz - również masz rację"
                             - Henry Ford
Człowieka, który nie daje się pokonać, nie da się pokonać.”
Ból jest najlepszym nauczycielem, ale nikt nie chce być jego uczniem. „
                             - Bruce Lee
Marność nad marnościami i wszystko marność
                             - Kohelet
Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju
Nie módlcie się o łatwe życie. Módlcie się o to, żeby być silniejszymi ludźmi
                             - John F. Kennedy
Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka
                             - Józef Stalin.
W nocy wszystkie koty wydają się być panterami
                             Indiańskie przysłowie
Nie można obudzić kogoś, kto udaje, że śpi
                             Indiańskie przysłowie
Twoje życie staje się lepsze, gdy ty stajesz się lepszy
Nieważne skąd przychodzisz, ważne dokąd idziesz
                             - Brian Tracy.
Luck is the residue of design
                             - John Milton
Ludzie prawie zawsze wolą wierzyć nie w to, co można udowodnić, lecz w to, co im odpowiada”  
                             - Blaise Pascal
Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą
                             - Josef Goebbels
Daj człowiekowi rybę a nakarmisz go na cały dzień. Naucz człowieka łowić ryby a nakarmisz go na całe życie
                             - Chińskie powiedzenie.
Nie wystarczy namierzyć, trzeba jeszcze strzelić
                             - Włoskie przysłowie
Ten, kto nie wytrzyma złego nie dożyje by zobaczyć dobrego
                             - Żydowskie przysłowie
To, co można zrobić kiedykolwiek nigdy nie zostanie zrobione
                             - Szkockie przysłowie
Jeżeli chcesz być poważany, musisz poważać sam siebie
                             - Hiszpańskie przysłowie

   A na koniec cytat z pewnego filmu, pretendującego do miana komedii (niestety, jestem sztywny, więc rzadko którą komedię uważam za komedię), ale mimo to poruszającego wiele istotnych kwestii dotyczących życia oraz szlachetnej postawy, która ostatnio zdaje się nie być w modzie.
Hub:  „Czasami rzeczy, które mogą być prawdziwe ale wcale nie muszą, są rzeczami, w które człowiek powinien wierzyć najbardziej. To że ludzie są generalnie dobrzy; że honor, odwaga i cnota są najważniejsze… Że pieniądze i władza, władza i pieniądze nie mają znaczenia; że dobro zawsze triumfuje nad złem. I chcę, żebyś zapamiętał to… to że miłość, ta prawdziwa miłość... prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Zapamiętaj to, chłopcze. Zapamiętaj to. I nie ma znaczenia czy to prawda czy nie. Widzisz, człowiek powinien wierzyć w te rzeczy, ponieważ te rzeczy są warte tego, żeby w nie wierzyć. „
Film nazywa się „Stare Lwy” i naprawdę polecam go obejrzeć.

środa, 14 września 2011

Mała rewolucja w domu

   Z pewnością każde dziecko wie, że rodzice to niemały problem i potrzeba do nich nieskończonych pokładów cierpliwości.  Poziom trudności wychowania sobie grona rodzicielskiego dorównuje czy może wręcz przebija poziom trudności opanowania umiejętności przesuwania przedmiotów siłą woli.
   Początki moich działań mających na celu wprowadzić gry planszowe do naszego domu sięgają odległych czasów. Gdybym przez owy czas zajmował się robieniem kanapek to problem głodu na świecie prawdopodobnie zniknął by na zawsze. Niestety jednak wolałem przekonywać starszą generację do wspólnego spędzania czasu przy planszy. Negocjacje na ten temat bezproduktywnie ciągnęły się w nieskończoność i mimo mojego mistrzostwa w wierceniu dziury w brzuchu, którego zazdrości mi sam Lucyfer, moi opozycjoniści niewzruszenie trwali na swoim stanowisku, że do zabawy spod znaku pionka i kostki wcale wielką chęcią nie pałają. Prawdę mówiąc opuszczała mnie ostatnia nadzieja i myślałem o złożeniu broni i wycofaniu się z tej operacji. Jednak ostatnie dni przyniosły w końcu upragniony przełom na tym polu, bo postanowiłem pokazać im w praktyce jak dobrze można się przy planszówkach rozerwać. Wiadomo, jak rodzicowi palcem nie pokażesz to nic nie zrozumie. Wgramoliłem się więc na strych, i po długich, mozolnych poszukiwaniach natrafiłem w końcu na zapomnianego przedstawiciela gier planszowych, po czym zmusiłem towarzystwo ogniska domowego do wspólnej gry. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tego samego dnia zapadła decyzja o zakupie następnej gry, a w planach mamy wręcz stworzenie całej ich kolekcji. Tak bardzo się tym przejąłem, że sam zacząłem robić swoją własną, autorską grę.  A później przypomnieliśmy sobie, że mamy karty i wydarzenia nabrały błyskawicznego tempa. Wzieliśmy kasę od Monopola i Poker pochłonął nas bez reszty.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...